17.01.2025, 03:20 ✶
Siedział na łóżku otulony w milczenie, które zdawało się być cięższe niż okrywająca ich puchowa kołdra. W pomieszczeniu zdążyło zrobić się trochę cieplej, jednak chłód bijący od drżącego ciała Geraldine nie pochodził z zewnątrz. Wiedział to aż nazbyt dobrze, nie musiał pytać o to, co się stało.
Obejmował ją mocno, zamykał w swoich napiętych ramionach, jednocześnie czując jak niewiele to daje. Nawet jeśli drżące ciało ukochanej wtulało się w niego, poszukując w nim oparcia, jej oddech w dalszym ciągu był płytki i niespokojny.
Wiedział, że wiedziała. Nie musiał o to pytać. Oboje mieli świadomość, że nie mógł już być tym, którym był wcześniej, ale w tej chwili pragnął, by znów mogła poczuć się bezpieczna. W tym ulotnym momencie pragnął być dla niej wszystkim, czym niegdyś mógł być. Wciąż trzymał ją blisko, jakby to miało naprawić to, co zostało zniszczone
Przytulił ją nieco mocniej, jego palce delikatnie błądziły po końcówkach jej miękkich włosów spływających po chłodnych plecach. Milczał starając się ukoić ból, którego nie mógł zrozumieć. Z tego również zdawał sobie sprawę. Ich spojrzenia na świat były zupełnie inne, mijały się gdzieś w czasie i przestrzeni.
- Jestem tu - mógłby wymamrotać, kołysząc ją powoli. - To tylko sen, kochanie. Nie ma się czego bać - być może na ułamek sekundy rzeczywiście mógłby spróbować ukoić ją tymi słowami, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że to nieprawda, że rzeczywistość była pełna lęków, które nie znikały tak łatwo, bo mogły spełnić się niemalże w każdej chwili.
Żyli w ciemnym i brutalnym świecie. W czasach niepewności. W momencie tak samo przełomowym dla magicznego świata jak i druzgocącym dla wszystkich, którzy musieli mierzyć się ze zmienną rzeczywistością.
Zamiast tego milczał tak długo aż wreszcie usłyszał jej odpowiedź na te pierwsze złudne słowa.
- Skąd wiesz? - Odbił jej stwierdzenie tym jednym prostym pytaniem wymierzonym we wszystkie bezsensowne słowa padające teraz z ust Yaxleyówny.
Co prawda niemalże dokładnie te same teksty niespełna dwadzieścia cztery godziny wcześniej opuszczały również jego własne usta, jednak w tym momencie nie zwracał na to żadnej uwagi. Nie to, by nie miał tej świadomości.
Tak, był hipokrytą - to nie była żadna nowość. Wyjmował słowa z kontekstu, dopuszczał do siebie wybiórcze prawdy, manewrował rzeczywistością. Aż nazbyt dobrze zdawał sobie z tego sprawę, tym bardziej, że sam w dalszym ciągu nie wierzył w jakikolwiek pozytywny aspekt nadchodzącej przyszłości. Szczególnie w związku z tym tu i teraz.
Nie było dla nich szczęśliwego zakończenia. Nie mieli pozostać tu na tak długo, żeby dać sobie dostatecznie dużo czasu, aby tak naprawdę o tym zapomnieć. Zresztą nie powinni. Im dłużej odwlekali rozstanie, tym bardziej się wzajemnie krzywdzili.
Tym trudniej było zaakceptować fakt, że nic z tego, co się między nimi działo nie było prawdziwe. Tym trudniej było zaakceptować fakt, że wszystko z tego, co się między nimi działo w istocie było prawdziwe.
Tyle tylko, że nie należało już do nich, bo tylko jedno z dwojga zasługiwało na swoje miękkie, ciepłe światło nadmorskiego poranka.
- Kiedy ostatnio sprawdzałem, nie byłaś jasnowidzem - próbował, naprawdę próbował ująć to w taki sposób, aby sama dostrzegła własną nagłą zmianę narracji.
Tak, by nie musieć potrząsnąć jej chłodnymi, drżącymi ramionami, by pozostać tak spokojnym jak tylko mógł, jednocześnie nie tracąc resztek opanowania, bo to...
...to było trudne. Patrzeć na nią w tym stanie, zdając sobie sprawę z tego, że cokolwiek by zrobił czy powiedział, miał wrażenie, że nic nie byłoby w stanie wystarczyć. Nic nie mogło zapełnić tej pustki. Odegnać demonów na dobre, wyzbyć się ich w taki sposób, aby już nigdy nie powróciły. Był tego aż nazbyt świadomi, bo byli do siebie zbyt podobni.
Przeszli nazbyt wiele. W ostatnich miesiącach uświadamiał sobie, że niektórych zniszczeń nie dało się naprawić. Niektóre pęknięcia na szklanej tafli nie były czymś, co mogłyby zalepić jakiekolwiek czyny czy słowa. Drobna siateczka pęknięć okrywała każdy fragment obrazu tworzonego przez lata.
Nawet jeśli z pozoru przypominała pajęczynę, nie była tak wytrzymała. Była krucha, bliska całkowitego posypania się pod wpływem nawet najlżejszego uderzenia. Kolejnego, ale tym razem ostatecznego. Nie mieli się po nim pozbierać.
- Ani żadną wersją czarnowidza - kontynuował mimo tej świadomości, pomimo własnego ponurego patrzenia na to wszystko, co działo się dookoła.
Poranne zderzenie z rzeczywistością było trudniejsze niż założył. Tym bardziej, że poprzedniego dnia, cóż, może nie powinien się okłamywać? Nic. Nic nie założył. Dał się ponieść chwili. Tamtym wszystkim emocjom, nagłemu zrywowi wręcz szczeniackiej radości. Wydawało mu się to słuszne. Pragnął tego, więc po to sięgnął.
Dokładnie tak jak zarzekał się, że już nigdy nie uczyni. Miesiącami próbował zachowywać się słusznie, tylko po to, żeby zniweczyć to zaledwie w przeciągu kilku chwil słabości. Błogich i radosnych, jednak w tym momencie stawiających ich oboje w obliczu świadomości, że nic, zupełnie nic nie było w stanie wymazać najboleśniejszej z prawd.
Lgnęli do siebie, mimowolnie poszukiwali swojego dotyku, obecności, ciepła, lecz nie tylko. W dalszym ciągu potrafili tak po prostu się przyjaźnić. Zachowywać się tak naturalnie, że świadomość tego piekła i bolała niczym ostre cięcie niedostrzegalne gołym okiem. Tylko przy niej potrafił zapomnieć, tylko z nią potrafił pamiętać. Usiłował to od siebie odsunąć. Odegnać to niczym kolejne widmo przeszłości. Coś niewłaściwego. A przecież wcale tym nie było, prawda?
Mimo wszystko nie czuł wyrzutów sumienia związanych z tym, co się między nimi wydarzyło. Z zeszłą nocą w swoich ramionach, z pobudką w ramionach Geraldine, z gonitwą po domu, ze wspólnym śniadaniem, jakie dla nich szykował zupełnie tak, jakby to był po prostu kolejny niedzielny poranek.
Czuł wyłącznie smutek.
- Nie rób tego - nie chciał słyszeć od niej podobnych słów, nieważne, co miała przez to na myśli.
Powoli, ale zdecydowanie ujął podbródek Geraldine w palce, jednocześnie usiłując skierować jej wzrok na swoje oczy. Kręcąc głową w milczeniu, zaczerpnął głęboki wdech, nie pozwalając sobie jednak na kolejne słowa. Nie chciał jej okłamywać. Próbował po prostu być.
Obejmował ją mocno, zamykał w swoich napiętych ramionach, jednocześnie czując jak niewiele to daje. Nawet jeśli drżące ciało ukochanej wtulało się w niego, poszukując w nim oparcia, jej oddech w dalszym ciągu był płytki i niespokojny.
Wiedział, że wiedziała. Nie musiał o to pytać. Oboje mieli świadomość, że nie mógł już być tym, którym był wcześniej, ale w tej chwili pragnął, by znów mogła poczuć się bezpieczna. W tym ulotnym momencie pragnął być dla niej wszystkim, czym niegdyś mógł być. Wciąż trzymał ją blisko, jakby to miało naprawić to, co zostało zniszczone
Przytulił ją nieco mocniej, jego palce delikatnie błądziły po końcówkach jej miękkich włosów spływających po chłodnych plecach. Milczał starając się ukoić ból, którego nie mógł zrozumieć. Z tego również zdawał sobie sprawę. Ich spojrzenia na świat były zupełnie inne, mijały się gdzieś w czasie i przestrzeni.
- Jestem tu - mógłby wymamrotać, kołysząc ją powoli. - To tylko sen, kochanie. Nie ma się czego bać - być może na ułamek sekundy rzeczywiście mógłby spróbować ukoić ją tymi słowami, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że to nieprawda, że rzeczywistość była pełna lęków, które nie znikały tak łatwo, bo mogły spełnić się niemalże w każdej chwili.
Żyli w ciemnym i brutalnym świecie. W czasach niepewności. W momencie tak samo przełomowym dla magicznego świata jak i druzgocącym dla wszystkich, którzy musieli mierzyć się ze zmienną rzeczywistością.
Zamiast tego milczał tak długo aż wreszcie usłyszał jej odpowiedź na te pierwsze złudne słowa.
- Skąd wiesz? - Odbił jej stwierdzenie tym jednym prostym pytaniem wymierzonym we wszystkie bezsensowne słowa padające teraz z ust Yaxleyówny.
Co prawda niemalże dokładnie te same teksty niespełna dwadzieścia cztery godziny wcześniej opuszczały również jego własne usta, jednak w tym momencie nie zwracał na to żadnej uwagi. Nie to, by nie miał tej świadomości.
Tak, był hipokrytą - to nie była żadna nowość. Wyjmował słowa z kontekstu, dopuszczał do siebie wybiórcze prawdy, manewrował rzeczywistością. Aż nazbyt dobrze zdawał sobie z tego sprawę, tym bardziej, że sam w dalszym ciągu nie wierzył w jakikolwiek pozytywny aspekt nadchodzącej przyszłości. Szczególnie w związku z tym tu i teraz.
Nie było dla nich szczęśliwego zakończenia. Nie mieli pozostać tu na tak długo, żeby dać sobie dostatecznie dużo czasu, aby tak naprawdę o tym zapomnieć. Zresztą nie powinni. Im dłużej odwlekali rozstanie, tym bardziej się wzajemnie krzywdzili.
Tym trudniej było zaakceptować fakt, że nic z tego, co się między nimi działo nie było prawdziwe. Tym trudniej było zaakceptować fakt, że wszystko z tego, co się między nimi działo w istocie było prawdziwe.
Tyle tylko, że nie należało już do nich, bo tylko jedno z dwojga zasługiwało na swoje miękkie, ciepłe światło nadmorskiego poranka.
- Kiedy ostatnio sprawdzałem, nie byłaś jasnowidzem - próbował, naprawdę próbował ująć to w taki sposób, aby sama dostrzegła własną nagłą zmianę narracji.
Tak, by nie musieć potrząsnąć jej chłodnymi, drżącymi ramionami, by pozostać tak spokojnym jak tylko mógł, jednocześnie nie tracąc resztek opanowania, bo to...
...to było trudne. Patrzeć na nią w tym stanie, zdając sobie sprawę z tego, że cokolwiek by zrobił czy powiedział, miał wrażenie, że nic nie byłoby w stanie wystarczyć. Nic nie mogło zapełnić tej pustki. Odegnać demonów na dobre, wyzbyć się ich w taki sposób, aby już nigdy nie powróciły. Był tego aż nazbyt świadomi, bo byli do siebie zbyt podobni.
Przeszli nazbyt wiele. W ostatnich miesiącach uświadamiał sobie, że niektórych zniszczeń nie dało się naprawić. Niektóre pęknięcia na szklanej tafli nie były czymś, co mogłyby zalepić jakiekolwiek czyny czy słowa. Drobna siateczka pęknięć okrywała każdy fragment obrazu tworzonego przez lata.
Nawet jeśli z pozoru przypominała pajęczynę, nie była tak wytrzymała. Była krucha, bliska całkowitego posypania się pod wpływem nawet najlżejszego uderzenia. Kolejnego, ale tym razem ostatecznego. Nie mieli się po nim pozbierać.
- Ani żadną wersją czarnowidza - kontynuował mimo tej świadomości, pomimo własnego ponurego patrzenia na to wszystko, co działo się dookoła.
Poranne zderzenie z rzeczywistością było trudniejsze niż założył. Tym bardziej, że poprzedniego dnia, cóż, może nie powinien się okłamywać? Nic. Nic nie założył. Dał się ponieść chwili. Tamtym wszystkim emocjom, nagłemu zrywowi wręcz szczeniackiej radości. Wydawało mu się to słuszne. Pragnął tego, więc po to sięgnął.
Dokładnie tak jak zarzekał się, że już nigdy nie uczyni. Miesiącami próbował zachowywać się słusznie, tylko po to, żeby zniweczyć to zaledwie w przeciągu kilku chwil słabości. Błogich i radosnych, jednak w tym momencie stawiających ich oboje w obliczu świadomości, że nic, zupełnie nic nie było w stanie wymazać najboleśniejszej z prawd.
Lgnęli do siebie, mimowolnie poszukiwali swojego dotyku, obecności, ciepła, lecz nie tylko. W dalszym ciągu potrafili tak po prostu się przyjaźnić. Zachowywać się tak naturalnie, że świadomość tego piekła i bolała niczym ostre cięcie niedostrzegalne gołym okiem. Tylko przy niej potrafił zapomnieć, tylko z nią potrafił pamiętać. Usiłował to od siebie odsunąć. Odegnać to niczym kolejne widmo przeszłości. Coś niewłaściwego. A przecież wcale tym nie było, prawda?
Mimo wszystko nie czuł wyrzutów sumienia związanych z tym, co się między nimi wydarzyło. Z zeszłą nocą w swoich ramionach, z pobudką w ramionach Geraldine, z gonitwą po domu, ze wspólnym śniadaniem, jakie dla nich szykował zupełnie tak, jakby to był po prostu kolejny niedzielny poranek.
Czuł wyłącznie smutek.
- Nie rób tego - nie chciał słyszeć od niej podobnych słów, nieważne, co miała przez to na myśli.
Powoli, ale zdecydowanie ujął podbródek Geraldine w palce, jednocześnie usiłując skierować jej wzrok na swoje oczy. Kręcąc głową w milczeniu, zaczerpnął głęboki wdech, nie pozwalając sobie jednak na kolejne słowa. Nie chciał jej okłamywać. Próbował po prostu być.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down