27.01.2023, 22:16 ✶
/Przejście stąd/
Brenna właśnie – zgodnie z ustaleniami – była w trakcie wędrowania po polanie, by ocenić, jak rozstawiane są stoiska, i co można zrobić, aby jak najsensowniej je poprzestawiać. Krążyła po okolicy z notatnikiem w ręku, odnotowując sobie rysikiem, w których miejscach problemy wydawały się największe.
A wtedy coś wybuchło.
To znaczy – tak naprawdę to nie, ale dźwięk był taki, jakby faktycznie doszło do wybuchu. Gdzieś w głowie Brenny postała myśl, że nawet ona, mimo całego swojego czarnowidztwa, nie spodziewała się ataku Voldemorta dzisiaj. Mógłby mieć tyle przyzwoitości, żeby nie przychodzić tyle przed czasem, no bardzo proszę! Nie miała jednak okazji bardziej rozważać tej kwestii, bo ledwo usłyszała huk, już pędem ruszała w jego kierunku. Notatnik byle jak wepchnęła do kieszeni, rysik zgubiła, lawirując między stoiskami, a w jednym wypadku z braku możliwości przejścia (mimowolnie sobie zapamiętała, że tak, ten stół trzeba przestawić) przez niego przeskakując. Już z różdżką w ręku dopadła miejsca, gdzie pracowali Jules i Charlie, trochę zziajana, z rozwianym włosem…
…i zobaczyła stoły.
Dużo leżących stołów.
- Na litość Merlina – wyrwało się jej, kiedy zorientowała się, że ktoś pod nimi leży. Rzuciła się do przodu, zacząć odwalać resztki stołów na tyle, by umożliwić wyjście spod nich uwięzionym. Nie bawiła się nawet w czary: może skoro doszło do czegoś takiego, moc polany je zakłócała, czy coś?
Nie zdążyła jeszcze uporać się w pełni z tym zadaniem, bo tak jakby stoły były ciężkie – miała nadzieję, że któryś z Brygadzistów zwabiony zamieszaniem też tu przybiegnie – ale odgruzowała ich na tyle, by zorientować się, że pod spodem leży…
- Jules? – wykrztusiła, a potem dostrzegła jasną czuprynę pod nim. – Cas? – stwierdziła, tym samym tonem, co wcześniej, po czym przykucnęła, chcąc unieść największy stół, który wylądował na ich plecach. - Jesteście cali?
Pytanie: jak wy to zrobiliście, miała na końcu języka. Ale uznała, że zada je później.
Castiel chyba zauważyłby, gdyby ciążyła na nim jakaś klątwa morderczego pecha.
Prawda?
Brenna właśnie – zgodnie z ustaleniami – była w trakcie wędrowania po polanie, by ocenić, jak rozstawiane są stoiska, i co można zrobić, aby jak najsensowniej je poprzestawiać. Krążyła po okolicy z notatnikiem w ręku, odnotowując sobie rysikiem, w których miejscach problemy wydawały się największe.
A wtedy coś wybuchło.
To znaczy – tak naprawdę to nie, ale dźwięk był taki, jakby faktycznie doszło do wybuchu. Gdzieś w głowie Brenny postała myśl, że nawet ona, mimo całego swojego czarnowidztwa, nie spodziewała się ataku Voldemorta dzisiaj. Mógłby mieć tyle przyzwoitości, żeby nie przychodzić tyle przed czasem, no bardzo proszę! Nie miała jednak okazji bardziej rozważać tej kwestii, bo ledwo usłyszała huk, już pędem ruszała w jego kierunku. Notatnik byle jak wepchnęła do kieszeni, rysik zgubiła, lawirując między stoiskami, a w jednym wypadku z braku możliwości przejścia (mimowolnie sobie zapamiętała, że tak, ten stół trzeba przestawić) przez niego przeskakując. Już z różdżką w ręku dopadła miejsca, gdzie pracowali Jules i Charlie, trochę zziajana, z rozwianym włosem…
…i zobaczyła stoły.
Dużo leżących stołów.
- Na litość Merlina – wyrwało się jej, kiedy zorientowała się, że ktoś pod nimi leży. Rzuciła się do przodu, zacząć odwalać resztki stołów na tyle, by umożliwić wyjście spod nich uwięzionym. Nie bawiła się nawet w czary: może skoro doszło do czegoś takiego, moc polany je zakłócała, czy coś?
Nie zdążyła jeszcze uporać się w pełni z tym zadaniem, bo tak jakby stoły były ciężkie – miała nadzieję, że któryś z Brygadzistów zwabiony zamieszaniem też tu przybiegnie – ale odgruzowała ich na tyle, by zorientować się, że pod spodem leży…
- Jules? – wykrztusiła, a potem dostrzegła jasną czuprynę pod nim. – Cas? – stwierdziła, tym samym tonem, co wcześniej, po czym przykucnęła, chcąc unieść największy stół, który wylądował na ich plecach. - Jesteście cali?
Pytanie: jak wy to zrobiliście, miała na końcu języka. Ale uznała, że zada je później.
Castiel chyba zauważyłby, gdyby ciążyła na nim jakaś klątwa morderczego pecha.
Prawda?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.