17.01.2025, 13:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2025, 13:36 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Zdawał sobie sprawę z tego, że te wszystkie chwile, które spędzali tu razem w Piaskownicy były tylko chwilowym złudzeniem. Iluzją, której nie mogli się trzymać. Prędzej czy później mieli opuścić wychłodzone mury nadmorskiego domu, bo to nie była już ich bezpieczna przystań. Wiedział o tym nawet, gdy tego ranka schodził do kuchni, walcząc z zakwasami, naciągniętymi mięśniami i kacem. Wyczuwał inność tego miejsca. Zupełnie tak, jakby gdzieś po drodze i tutaj wkradł się cień zewnętrznego świata.
Wszystkie zabezpieczenia, każdy drobny element, wszelkie starania poczynione ku temu, aby uczynić z Whitby ich ostoję najpewniej już nie istniały albo były na granicy zatracenia. Być może gdzieś tam jeszcze pozostał drobny fragment czegoś, co kiedyś zrobili. W końcu minęło półtora roku. Aż i tylko. Niektóre zaklęcia były tak silne, że powinny przetrzymać próbę czasu. Tyle tylko, że gdy przestawały być związane intencjami, czy wtedy nie słabły i nie rozmywały się w powietrzu?
Każdy pokój, w którym miał okazję znaleźć się sam, gdy ona jeszcze spała - pierwszy raz od dawna przebywając tu tak długo, nawet biorąc pod uwagę tamtą przelotną wizytę z dokumentami. Pomieszczenia, po których przeszedł się z rana tylko po to, by spróbować rozchodzić ciało, ostatecznie jednak zadając sobie tym samym nieprzemyślane rany na duszy. Wszystko przypominało mu o utraconej przeszłości, nieistniejącej przeszłości i teraźniejszości, która z bladym światłem poranka na powrót przestała być kolorowa.
Sądził, że dali sobie chwilę ukojenia. Coś, czego oboje potrzebowali. Na kilka momentów odnaleźli w sobie dwójkę dawnych ludzi. Wtedy to działało. Nie zastanawiali się nad niczym, co sprawiło, że przez kilka godzin zachowywali się zupełnie tak, jakby w dalszym ciągu to był ich dom. Leniwa sobota, beztroski weekend nad morzem, długie godziny spędzone przed kominkiem a potem w łóżku. Absurdalne rozmowy na najbardziej dziwaczne tematy, jakie tylko były w stanie przelecieć im przez głowę.
Dawno nie był tak szczęśliwy jak przez ten czas. W jednej chwili na moment zapomniał o miesiącach brodzenia przez coraz to głębsze bagno. Zatapiania się w nie z początku po pas, teraz już nawet nie dostrzegania powierzchni.
Domyślał się, co mogła przeżywać Geraldine zanim obudziła się z krzykiem. Nie pytał jej o to, bo jeśli sama nie zamierzała mu o tym mówić, on nie zamierzał wpychać szponów w te rany. Nie chciał szarpać ich ponownie. Obejmował ją ramionami, próbując dać jej tę odrobinę ciepła, którego potrzebowała.
- Najwyraźniej patrzę na jedynego w swoim rodzaju - odparł, starając się zachować cichy i spokojny ton głosu. - Co mnie nie dziwi, bo w końcu jesteś wyjątkowa - tym razem nie zamierzał dodawać do tego żadnego określenia ani podkreślać tego, że oboje tacy byli.
Wielokrotnie to sobie powtarzali. Podkreślali ten fakt zarówno na serio, jak i w żartach. Mówili o tym, jakby to było coś niesamowitego. W istocie chyba było? Tyle tylko, że teraz niosło im różnie dużo radości, co i trosk, bo przez tę wyjątkowość nie potrafili już patrzeć na świat w ten sam sposób. Każde miało swoje racje i przekonania.
- Przestań mnie przepraszać - nieznacznie pokręcił głową, mimowolnie posyłając jej karcące spojrzenie. - Chuja a nie mija. Nie próbuj mi wciskać kitu - ani nie dziękuj, bo nic kurwa nie zrobiłem.
Przytulił ją mocniej, obejmując jej ramiona swoimi dłońmi. W dalszym ciągu przytrzymywał palcami jej podbródek, jednocześnie oddychając głęboko, by zniwelować kaca, który mu doskwierał.
Z całych sił próbował nie myśleć o tym, co minęło, o ich wspólnych marzeniach, które rozpadły się na kawałki. Teraz w tej chwili byli tylko dwojgiem ludzi, którzy kiedyś się kochali, a jednak wciąż musieli zmierzyć się z rzeczywistością. Nie chciał, by to było bardziej bolesne niż musiało być.
- Mieszają w głowie, prawda? Jakby rzeczywistość nagle przestała mieć sens - nie musiała dawać mu odpowiedzi. - Mówią, że w nocy wszystkie lęki stają się rzeczywistością, ale to bardziej jak cień, który nie chce odejść, nawet gdy świta - sam nie wiedział, do czego zmierzał, poza tym, że był w tym cholernie poetycki.
Nigdy nie był dobry w takie rzeczy, nie potrafił pocieszać ludzi, nawet tych najbliższych. Więc po prostu zamilkł, kręcąc głową.
- Parszywe gówno - było tym, co jednocześnie oddawało istotę rzeczy i wciąż było niedopowiedzeniem...
Wszystkie zabezpieczenia, każdy drobny element, wszelkie starania poczynione ku temu, aby uczynić z Whitby ich ostoję najpewniej już nie istniały albo były na granicy zatracenia. Być może gdzieś tam jeszcze pozostał drobny fragment czegoś, co kiedyś zrobili. W końcu minęło półtora roku. Aż i tylko. Niektóre zaklęcia były tak silne, że powinny przetrzymać próbę czasu. Tyle tylko, że gdy przestawały być związane intencjami, czy wtedy nie słabły i nie rozmywały się w powietrzu?
Każdy pokój, w którym miał okazję znaleźć się sam, gdy ona jeszcze spała - pierwszy raz od dawna przebywając tu tak długo, nawet biorąc pod uwagę tamtą przelotną wizytę z dokumentami. Pomieszczenia, po których przeszedł się z rana tylko po to, by spróbować rozchodzić ciało, ostatecznie jednak zadając sobie tym samym nieprzemyślane rany na duszy. Wszystko przypominało mu o utraconej przeszłości, nieistniejącej przeszłości i teraźniejszości, która z bladym światłem poranka na powrót przestała być kolorowa.
Sądził, że dali sobie chwilę ukojenia. Coś, czego oboje potrzebowali. Na kilka momentów odnaleźli w sobie dwójkę dawnych ludzi. Wtedy to działało. Nie zastanawiali się nad niczym, co sprawiło, że przez kilka godzin zachowywali się zupełnie tak, jakby w dalszym ciągu to był ich dom. Leniwa sobota, beztroski weekend nad morzem, długie godziny spędzone przed kominkiem a potem w łóżku. Absurdalne rozmowy na najbardziej dziwaczne tematy, jakie tylko były w stanie przelecieć im przez głowę.
Dawno nie był tak szczęśliwy jak przez ten czas. W jednej chwili na moment zapomniał o miesiącach brodzenia przez coraz to głębsze bagno. Zatapiania się w nie z początku po pas, teraz już nawet nie dostrzegania powierzchni.
Domyślał się, co mogła przeżywać Geraldine zanim obudziła się z krzykiem. Nie pytał jej o to, bo jeśli sama nie zamierzała mu o tym mówić, on nie zamierzał wpychać szponów w te rany. Nie chciał szarpać ich ponownie. Obejmował ją ramionami, próbując dać jej tę odrobinę ciepła, którego potrzebowała.
- Najwyraźniej patrzę na jedynego w swoim rodzaju - odparł, starając się zachować cichy i spokojny ton głosu. - Co mnie nie dziwi, bo w końcu jesteś wyjątkowa - tym razem nie zamierzał dodawać do tego żadnego określenia ani podkreślać tego, że oboje tacy byli.
Wielokrotnie to sobie powtarzali. Podkreślali ten fakt zarówno na serio, jak i w żartach. Mówili o tym, jakby to było coś niesamowitego. W istocie chyba było? Tyle tylko, że teraz niosło im różnie dużo radości, co i trosk, bo przez tę wyjątkowość nie potrafili już patrzeć na świat w ten sam sposób. Każde miało swoje racje i przekonania.
- Przestań mnie przepraszać - nieznacznie pokręcił głową, mimowolnie posyłając jej karcące spojrzenie. - Chuja a nie mija. Nie próbuj mi wciskać kitu - ani nie dziękuj, bo nic kurwa nie zrobiłem.
Przytulił ją mocniej, obejmując jej ramiona swoimi dłońmi. W dalszym ciągu przytrzymywał palcami jej podbródek, jednocześnie oddychając głęboko, by zniwelować kaca, który mu doskwierał.
Z całych sił próbował nie myśleć o tym, co minęło, o ich wspólnych marzeniach, które rozpadły się na kawałki. Teraz w tej chwili byli tylko dwojgiem ludzi, którzy kiedyś się kochali, a jednak wciąż musieli zmierzyć się z rzeczywistością. Nie chciał, by to było bardziej bolesne niż musiało być.
- Mieszają w głowie, prawda? Jakby rzeczywistość nagle przestała mieć sens - nie musiała dawać mu odpowiedzi. - Mówią, że w nocy wszystkie lęki stają się rzeczywistością, ale to bardziej jak cień, który nie chce odejść, nawet gdy świta - sam nie wiedział, do czego zmierzał, poza tym, że był w tym cholernie poetycki.
Nigdy nie był dobry w takie rzeczy, nie potrafił pocieszać ludzi, nawet tych najbliższych. Więc po prostu zamilkł, kręcąc głową.
- Parszywe gówno - było tym, co jednocześnie oddawało istotę rzeczy i wciąż było niedopowiedzeniem...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down