– Wielu uważa, że znalezienie się na tych kartach to prawdziwe wyróżnienie – dodała. Fakt, że byli tam przeróżni czarodzieje – w większości już dawno nieżyjący, słynący z różnych rzeczy, nie tylko tych dobrych, wiele było w tym moralnie szarych uczynków, natomiast jakoś się musiały odbić czy przysłużyć społeczeństwu.
Czuła napięcie, jakie wręcz się wylewało z sylwetki Sauriela. Kierowane było zapewne w stronę jego stwórcy, wybrzmiewało w tych kilku słowach, które wypowiedział i widziała je w jego twarzy, gdy stał za plecami Josepha. Sauriel nigdy nie był dobrym aktorem, nie nauczył się kontrolować swoich emocji, jak ona, i wielokrotnie można było z niego czytać… a jednak w większości przypadków pozostawał dla Victorii zagadką. Ale nie w tej chwili. Lestrange starała się nie dać tego po sobie poznać, zachowywała się więc tak samo, jak dotychczas – oszczędna w gestach tylko odrobinę bawiła się winem w kieliszku, ale miło uśmiechała się do Sauriela. Przysłuchiwała się temu z umiarkowanym zainteresowaniem wypisanym na twarzy, chociaż nie powstrzymała uniesienia brwi, gdy czarnowłosy stwierdził, że gdyby ktoś go powiadomił… czyli jednak. Skrzat bardzo zręcznie go nie powiadomił, za to przywołał Josepha? To nie mógł być przypadek w żadnym wypadku i Victoria nie była tak naiwna, by wierzyć w niewinną pomyłkę. Przez moment jej oczy patrzyły to na Sauriela, to na Josepha, chłonąc to napięcie jednego i kompletny brak reakcji drugiego, a w końcu upiła ostatniego łyka i cicho i z gracją odłożyła kieliszek na stolik. Nie oczekiwała, że Sauriel będzie na nią czekać, nigdy tak przecież nie było. Był przyzwyczajony do tego, że skrzat, albo jego matka, prowadzili ją do jego pokoju, gdy już się zjawiła, bez dodatkowych gierek starego wampira. Victoria… chyba zaczynała rozumieć, co tu się działo.
Wstała, jak nakazywała grzeczność i podała Josephowi dłoń, pozwalając mu się zanurzyć w tych starych zwyczajach z ucałowaniem dłoni damy. Damy, którą z pewnością była.
– Dziękuję i wzajemnie – odparła spokojnie i uśmiechnęła się krótko, ale całkiem szczerze, do Josepha. Jego zainteresowanie było dla niej jasne jak na dłoni, ale sama pamiętała dokładnie niezadowolenie Sauriela, którego wcale nie chciała drażnić, ani łamać jego zakazu. Nie był w żadnej mierze w pozycji, by mówić jej, jak ma żyć, ale nie widziała też powodu, dla którego miałaby mu robić na złość, kiedy widać było, że mu na tym zależy. A kiedy wychodząc odwrócił się, życząc im dobrej nocy, dygnęła lekko w krótkim ukłonie, jaki był odpowiedni do pożegnania właściciela. – Dobrej nocy.
I zostali sami, może z odgłosami oddalających się kroków.
Nie cofnęła się, kiedy Sauriel gwałtownie zbliżył się do stolika, przy którym nadal stała, patrząc na to wejście do salonu, a przy poruszeniu – na niego. Za to zmarszczyła lekko brwi w niezadowoleniu na jego słowa.
– A jak to sobie wyobrażałeś? Jest panem tego domu i przyszedł. Zastał mnie, kiedy na ciebie czekałam, chociaż wychodzi na to, że w swojej niewiedzy czekałam bardziej na niego, skoro ten skrzat cię nie powiadomił – odparła, mierząc teraz Sauriela wzrokiem. – A poza tym nie mów do mnie w ten sposób – było w jej głosie jakieś wyzwanie, ale też lekko urażona nuta.