17.01.2025, 21:56 ✶
Pokręcił głową. Tym razem dużo bardziej intensywnie niż wcześniej, obdarzając Geraldine naprawdę poważnym spojrzeniem.
- Jesteś najbardziej wyjątkową osobą, jaką znam - wbrew pozorom nie musiał się specjalnie wysilać, aby powiedzieć te słowa, przyszły mu tak samo naturalnie jak druga część zdania. - A przypominam ci, że siebie też znam - zaznaczył, bowiem przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że rzadko kiedy był w stanie ująć sobie, aby podkreślić znaczenie własnych słów.
Jednakże teraz to zrobił. To w istocie była jedna z tych nielicznych chwil, kiedy bez namysłu wydobył z siebie te słowa. Zupełnie tak jak wtedy na samym początku lata, gdy znaleźli się tu po raz pierwszy, jeszcze nie zdając sobie sprawy z tego, jak istotne będzie dla nich to miejsce.
- Tylko nie powtarzaj tego Ministrowi - tym razem nawet bardzo nieznacznie się uśmiechnął, co prawda tylko pod nosem, bardzo lekko unosząc kąciki ust, ale mimo wszystko poczuł coś na kształt niemrawego rozbawienia.
Nie miał zielonego pojęcia czy Geraldine w dalszym ciągu utrzymywała szerszy kontakt z ich wspólnym przyjacielem. Jasne, spotykali się na urodzinach Fabiana, bo byli jego chrzestnymi, jednak prócz tego Ambroise wolał nie pytać a Cornelius nigdy nie poruszał tematu swojej aktualnej relacji z Yaxleyówną.
W pewnym sensie tak było trochę lepiej. Widzieć się dwa razy do roku, nie częściej, wymuszając na sobie tą całą względną neutralność. Trzymać się na dystans, nawet jeśli przestrzeń kamienicy przy Horyzontalnej nie pozwalała na zbyt wiele ruchów. Przeżyć kilka godzin wewnętrznej męczarni, po czym wrócić do domu...
...albo w istocie nie - wcale tam nie wracać, bo przecież nie zrobił tego, gdy wyszedł z mieszkania Lestrange'a wtedy wczesną wiosną. Zimą nie mieli okazji się zobaczyć. Teraz już zdawał sobie sprawę z tego, że nie było jej wtedy w kraju, jednak w tamtym momencie nie mógł przełknąć tego wewnętrznego zawodu. Naprawdę chciał ją zobaczyć.
Tak mocno jak unikać wszelkich możliwości kontaktu, bo gubił się we wszystkim, co czuł na samą myśl o znalezieniu się obok siebie. Paradoksalnie w znacznie lżejszy sposób niż w tej chwili. Nie tak blisko, bo przez te wszystkie miesiące naprawdę usiłował nie dopuszczać do siebie myśli, że tęsknił za tym, co mieli.
Zadziwiające jak łatwo dali ponieść się chwili. Sądził, naprawdę starał się twierdzić, że to nigdy się nie stanie. Tym bardziej słysząc o Eriku Longbottomie, wydawało mu się to niemożliwe. Wręcz wykluczone, stracone. Nieważne, jak bardzo pragnąłby, by było inaczej.
Zamierzał wzmocnić wszystkie ściany wokół siebie nie tylko po to, żeby nie dać jej się prześlizgnąć (zresztą wybierał wmawianie sobie, że i tak tego nie chciała). Również po to, żeby samemu nie wyślizgnąć się poza narzucone sobie granice. Przecież się znał. Mógł zapierać się rękami i nogami, że i bez tego miałby dostatecznie silną wolę.
I co? Co by sobie wtedy powiedział? Co miał powiedzieć sobie w tej chwili, gdy pomimo tego całego dystansu, wszelkich starań, znaleźli się w swoich ramionach? Mając świadomość, że to było najwłaściwsze i zarazem najbardziej niewłaściwe uczucie?
- Nie musisz się taką lubić. Wystarczy, że ja to robię - odpowiedział powoli, nie mając na myśli tego stanu, w którym się teraz znalazła, lecz coś znacznie głębszego.
Kochał ją. Wielokrotnie to powtarzał a jedna chwila niekontrolowanej słabości nie mogła tego zmienić. Nie miała naruszyć niczego, co się między nimi wydarzyło. Nie wpływała na to, w jaki sposób patrzył na Yaxleyównę. Tego, że może nie mówił tego na głos, ale mogła pozwolić sobie przy nim na to, czego potrzebowała. Nawet jeśli to było zupełne pogrążenie się we wrażeniu zawieszenia poza rzeczywistością.
- Nie mówię, że nie minie. Mówię, że teraz nie mija - zaprzeczył, bo przecież nie był ślepy i doskonale dostrzegał, kiedy faktycznie odczuwała wyraźną ulgę, kiedy zaś tylko to przed nim udawała.
Nie musiała wmawiać mu, że te wszystkie lęki zaczęły ustępować. Ba, nie była w stanie mu tego wmówić. Być może nie zadawał pytań tam, gdzie sama nie chciała mu o wszystkim powiedzieć. Starał się to rozumieć i nie drążyć, dopóki to ona sama nie zdecyduje o otwarciu się przed nim. Mógł zaczekać. Mógł tak po prostu tu być.
- Wiem - czy musiał dodawać coś więcej?
Coś prócz dotyku ramienia, którym w dalszym ciągu obejmował dziewczynę, palcami drugiej dłoni wreszcie puszczając jej podbródek, lecz nie po to, by odsunąć je z twarzy Riny. Wręcz przeciwnie. Bardzo delikatnie przesunął kciukiem po jej dolnej wardze, lekko o nią zahaczając i mrużąc oczy. Zamknął je dosłownie na ułamek sekundy. Dłużej niż wskazywałoby na mrugnięcie, bardziej celowo.
Kiedy ponownie na nią spojrzał, jego tęczówki nadal pozostały ciemne i matowe. Oczy wciąż były przekrwione. Powieki nadal mu ciążyły, wory pod nimi wcale nie zniknęły. Ta drobna czułość i pozwolenie sobie na zaczerpnięcie tchu w istocie niewiele zmieniły, ale gdy się odezwał, brzmiał trochę spokojniej.
- Cóż, to nie pierwsza i nie ostatnia rzecz, która ci się we mnie nie podoba - rzucił podejrzanie lekkim tonem, przekrzywiając głowę i wzruszając ramionami, jednak w jego oczach brakowało w tym momencie zwyczajowego łobuzerskiego błysku.
Udawał. Grał. Starał się wciągnąć ją w jakąś rozmowę, spróbować ją jakoś pocieszyć. Tyle tylko, że za cholerę nie wiedział jak powinien to robić. Kiedyś takie rzeczy też miewały miejsce. Ich życie nigdy nie było usłane różami, ale niektóre zachowania przychodziły mu wtedy znacznie łatwiej. Miał wrażenie, że wtedy robił to dużo bardziej intuicyjnie.
Obecnie nie mógł postępować w zgodzie z własną intuicją. Częściowo świadomie, po części nieświadomie spychał te odruchy gdzieś daleko poza jaźń. Tak, by nie myśleć o tym, czego chciał czy wręcz potrzebował, zachowując się ze wszech miar właściwie.
Tyle tylko, że trudno było myśleć perspektywicznie, gdy nie dostrzegało się żadnych perspektyw.
- Jesteś najbardziej wyjątkową osobą, jaką znam - wbrew pozorom nie musiał się specjalnie wysilać, aby powiedzieć te słowa, przyszły mu tak samo naturalnie jak druga część zdania. - A przypominam ci, że siebie też znam - zaznaczył, bowiem przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że rzadko kiedy był w stanie ująć sobie, aby podkreślić znaczenie własnych słów.
Jednakże teraz to zrobił. To w istocie była jedna z tych nielicznych chwil, kiedy bez namysłu wydobył z siebie te słowa. Zupełnie tak jak wtedy na samym początku lata, gdy znaleźli się tu po raz pierwszy, jeszcze nie zdając sobie sprawy z tego, jak istotne będzie dla nich to miejsce.
- Tylko nie powtarzaj tego Ministrowi - tym razem nawet bardzo nieznacznie się uśmiechnął, co prawda tylko pod nosem, bardzo lekko unosząc kąciki ust, ale mimo wszystko poczuł coś na kształt niemrawego rozbawienia.
Nie miał zielonego pojęcia czy Geraldine w dalszym ciągu utrzymywała szerszy kontakt z ich wspólnym przyjacielem. Jasne, spotykali się na urodzinach Fabiana, bo byli jego chrzestnymi, jednak prócz tego Ambroise wolał nie pytać a Cornelius nigdy nie poruszał tematu swojej aktualnej relacji z Yaxleyówną.
W pewnym sensie tak było trochę lepiej. Widzieć się dwa razy do roku, nie częściej, wymuszając na sobie tą całą względną neutralność. Trzymać się na dystans, nawet jeśli przestrzeń kamienicy przy Horyzontalnej nie pozwalała na zbyt wiele ruchów. Przeżyć kilka godzin wewnętrznej męczarni, po czym wrócić do domu...
...albo w istocie nie - wcale tam nie wracać, bo przecież nie zrobił tego, gdy wyszedł z mieszkania Lestrange'a wtedy wczesną wiosną. Zimą nie mieli okazji się zobaczyć. Teraz już zdawał sobie sprawę z tego, że nie było jej wtedy w kraju, jednak w tamtym momencie nie mógł przełknąć tego wewnętrznego zawodu. Naprawdę chciał ją zobaczyć.
Tak mocno jak unikać wszelkich możliwości kontaktu, bo gubił się we wszystkim, co czuł na samą myśl o znalezieniu się obok siebie. Paradoksalnie w znacznie lżejszy sposób niż w tej chwili. Nie tak blisko, bo przez te wszystkie miesiące naprawdę usiłował nie dopuszczać do siebie myśli, że tęsknił za tym, co mieli.
Zadziwiające jak łatwo dali ponieść się chwili. Sądził, naprawdę starał się twierdzić, że to nigdy się nie stanie. Tym bardziej słysząc o Eriku Longbottomie, wydawało mu się to niemożliwe. Wręcz wykluczone, stracone. Nieważne, jak bardzo pragnąłby, by było inaczej.
Zamierzał wzmocnić wszystkie ściany wokół siebie nie tylko po to, żeby nie dać jej się prześlizgnąć (zresztą wybierał wmawianie sobie, że i tak tego nie chciała). Również po to, żeby samemu nie wyślizgnąć się poza narzucone sobie granice. Przecież się znał. Mógł zapierać się rękami i nogami, że i bez tego miałby dostatecznie silną wolę.
I co? Co by sobie wtedy powiedział? Co miał powiedzieć sobie w tej chwili, gdy pomimo tego całego dystansu, wszelkich starań, znaleźli się w swoich ramionach? Mając świadomość, że to było najwłaściwsze i zarazem najbardziej niewłaściwe uczucie?
- Nie musisz się taką lubić. Wystarczy, że ja to robię - odpowiedział powoli, nie mając na myśli tego stanu, w którym się teraz znalazła, lecz coś znacznie głębszego.
Kochał ją. Wielokrotnie to powtarzał a jedna chwila niekontrolowanej słabości nie mogła tego zmienić. Nie miała naruszyć niczego, co się między nimi wydarzyło. Nie wpływała na to, w jaki sposób patrzył na Yaxleyównę. Tego, że może nie mówił tego na głos, ale mogła pozwolić sobie przy nim na to, czego potrzebowała. Nawet jeśli to było zupełne pogrążenie się we wrażeniu zawieszenia poza rzeczywistością.
- Nie mówię, że nie minie. Mówię, że teraz nie mija - zaprzeczył, bo przecież nie był ślepy i doskonale dostrzegał, kiedy faktycznie odczuwała wyraźną ulgę, kiedy zaś tylko to przed nim udawała.
Nie musiała wmawiać mu, że te wszystkie lęki zaczęły ustępować. Ba, nie była w stanie mu tego wmówić. Być może nie zadawał pytań tam, gdzie sama nie chciała mu o wszystkim powiedzieć. Starał się to rozumieć i nie drążyć, dopóki to ona sama nie zdecyduje o otwarciu się przed nim. Mógł zaczekać. Mógł tak po prostu tu być.
- Wiem - czy musiał dodawać coś więcej?
Coś prócz dotyku ramienia, którym w dalszym ciągu obejmował dziewczynę, palcami drugiej dłoni wreszcie puszczając jej podbródek, lecz nie po to, by odsunąć je z twarzy Riny. Wręcz przeciwnie. Bardzo delikatnie przesunął kciukiem po jej dolnej wardze, lekko o nią zahaczając i mrużąc oczy. Zamknął je dosłownie na ułamek sekundy. Dłużej niż wskazywałoby na mrugnięcie, bardziej celowo.
Kiedy ponownie na nią spojrzał, jego tęczówki nadal pozostały ciemne i matowe. Oczy wciąż były przekrwione. Powieki nadal mu ciążyły, wory pod nimi wcale nie zniknęły. Ta drobna czułość i pozwolenie sobie na zaczerpnięcie tchu w istocie niewiele zmieniły, ale gdy się odezwał, brzmiał trochę spokojniej.
- Cóż, to nie pierwsza i nie ostatnia rzecz, która ci się we mnie nie podoba - rzucił podejrzanie lekkim tonem, przekrzywiając głowę i wzruszając ramionami, jednak w jego oczach brakowało w tym momencie zwyczajowego łobuzerskiego błysku.
Udawał. Grał. Starał się wciągnąć ją w jakąś rozmowę, spróbować ją jakoś pocieszyć. Tyle tylko, że za cholerę nie wiedział jak powinien to robić. Kiedyś takie rzeczy też miewały miejsce. Ich życie nigdy nie było usłane różami, ale niektóre zachowania przychodziły mu wtedy znacznie łatwiej. Miał wrażenie, że wtedy robił to dużo bardziej intuicyjnie.
Obecnie nie mógł postępować w zgodzie z własną intuicją. Częściowo świadomie, po części nieświadomie spychał te odruchy gdzieś daleko poza jaźń. Tak, by nie myśleć o tym, czego chciał czy wręcz potrzebował, zachowując się ze wszech miar właściwie.
Tyle tylko, że trudno było myśleć perspektywicznie, gdy nie dostrzegało się żadnych perspektyw.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down