W pierwszej chwili nie spodziewał się, że ktokolwiek będzie go tu zaczepiał. Oczywiście pół wieku na francuskim świeczniku pozwalało znać wielu prominentnych czarodziejów nie tylko z kontynentu, ale też Londynu, młodzieńczy głos o silnym londyńskim posmaku wskazywał jednak na kogoś nieznanego.
W dłoniach trzymał już nabitą cygaretkę, czarną i smukłą, w której znajdowała się równie czarny papieros. Końcówka zatliła się, choć mężczyzna nie trzymał w dłoniach ani zapalniczki, ani różdżki. Zaciągnął się dymem, który dawał otoczeniu woń ćmionego tytoniu zmieszanego że słodyczą róży. Dopiero wtedy odwrócił się do młodzieńca.
Od pierwszego wrażenia uderzyła w starszego jegomościa świeżość jego urody i pewna buta lśniącą w oczach. Uśmiechnął się bardzo lekko, pozwalając kurzym łapkom ozdobić jasne, błękitne oczy, które w blasku ulicznych lamp mogły uchodzić za szare.
– Mon Dieu Ministerstwo? O tej porze? Zdaje się że urzędy są już pozamykane. – jego mocny francuski akcent uderzał w nawet malo wrażliwe na te kwestie ucho. Starszy czarodziej tymczasem zorientował się, że twarz nieznajomego zdawała się żywcem zdarta z okładek i rycin niektórych egzemplarzy Portretu Doriana Grey'a. Choć po spektaklu miał ochotę na przechadzkę, ta śliczna buzia, czy może raczej ciekawość bijacego w piersi serca i jego poziomu zepsucia, powstrzymała go na tyle, że mienił zdanie. W końcu miał zwiedzać Londyn, a to był przykład lokalnego kolorytu. Zsunął z ramienia laskę, by się na niej wesprzeć podczas rozmowy.
Zaciągnął się znowu.
– Pozostaje mi liczyć, że nie zostałem pomylony z Monsieur Shafiq'iem, nie byłby to pierwszy raz – powiedział przesadnie rozżalony, z teatralną manierą w której nie brak było lekkości i rozbawienia takim stanem rzeczy. Kiwnął przy tym głową w kierunku jednej z reklam garniturów Rosierów, bo przecież nie miał pewności, czy chłopak w ogóle wie o kogo chodzi. Musiał przyznać, że były ambasador nieźle sobie poczynał od powrotu do kraju. – Widziałem go gdy wchodził do Teatru, więc pewnie zaraz wyjdzie. Sam na niego czekam. Nie widzieliśmy się już parę lat... Papierosa? – wyprostował się, a laska powędrowała na swoje miejsce, srebrzystą kruczą głową zaczepiona o ciało nieznajomego. Wolną dłonią sięgnął po srebrzystą papierośnicę, której wieko zdobiły piękne, grawerowane kwiaty róż. Wewnątrz znajdowało się osiem czarnych papierosów, z eleganckim czerwonym paskiem na złączeniu tytoniu i filtra. Jasna sugestia zaproszenia do small talku we wspólnym oczekiwaniu.
– Pozwolę sobie spytać, korzystając z momentu oddechu po zaczerpnięciu ze źródła duchowej strawy... jak sztuka? Dość tendencyjne dekoracje, ale trzeba przyznać że głos Christine trząsł żyrandolem. – Upiór w operze nie należał do jego ulubionych sztuk, można powiedzieć że nabrał swoistej awersji do teatru sześć lat temu. Był to jednak jeden z punktów do odhaczenia na dość długiej liście, więc nie wybrzydzał.
W dłoniach trzymał już nabitą cygaretkę, czarną i smukłą, w której znajdowała się równie czarny papieros. Końcówka zatliła się, choć mężczyzna nie trzymał w dłoniach ani zapalniczki, ani różdżki. Zaciągnął się dymem, który dawał otoczeniu woń ćmionego tytoniu zmieszanego że słodyczą róży. Dopiero wtedy odwrócił się do młodzieńca.
Od pierwszego wrażenia uderzyła w starszego jegomościa świeżość jego urody i pewna buta lśniącą w oczach. Uśmiechnął się bardzo lekko, pozwalając kurzym łapkom ozdobić jasne, błękitne oczy, które w blasku ulicznych lamp mogły uchodzić za szare.
– Mon Dieu Ministerstwo? O tej porze? Zdaje się że urzędy są już pozamykane. – jego mocny francuski akcent uderzał w nawet malo wrażliwe na te kwestie ucho. Starszy czarodziej tymczasem zorientował się, że twarz nieznajomego zdawała się żywcem zdarta z okładek i rycin niektórych egzemplarzy Portretu Doriana Grey'a. Choć po spektaklu miał ochotę na przechadzkę, ta śliczna buzia, czy może raczej ciekawość bijacego w piersi serca i jego poziomu zepsucia, powstrzymała go na tyle, że mienił zdanie. W końcu miał zwiedzać Londyn, a to był przykład lokalnego kolorytu. Zsunął z ramienia laskę, by się na niej wesprzeć podczas rozmowy.
Zaciągnął się znowu.
– Pozostaje mi liczyć, że nie zostałem pomylony z Monsieur Shafiq'iem, nie byłby to pierwszy raz – powiedział przesadnie rozżalony, z teatralną manierą w której nie brak było lekkości i rozbawienia takim stanem rzeczy. Kiwnął przy tym głową w kierunku jednej z reklam garniturów Rosierów, bo przecież nie miał pewności, czy chłopak w ogóle wie o kogo chodzi. Musiał przyznać, że były ambasador nieźle sobie poczynał od powrotu do kraju. – Widziałem go gdy wchodził do Teatru, więc pewnie zaraz wyjdzie. Sam na niego czekam. Nie widzieliśmy się już parę lat... Papierosa? – wyprostował się, a laska powędrowała na swoje miejsce, srebrzystą kruczą głową zaczepiona o ciało nieznajomego. Wolną dłonią sięgnął po srebrzystą papierośnicę, której wieko zdobiły piękne, grawerowane kwiaty róż. Wewnątrz znajdowało się osiem czarnych papierosów, z eleganckim czerwonym paskiem na złączeniu tytoniu i filtra. Jasna sugestia zaproszenia do small talku we wspólnym oczekiwaniu.
– Pozwolę sobie spytać, korzystając z momentu oddechu po zaczerpnięciu ze źródła duchowej strawy... jak sztuka? Dość tendencyjne dekoracje, ale trzeba przyznać że głos Christine trząsł żyrandolem. – Upiór w operze nie należał do jego ulubionych sztuk, można powiedzieć że nabrał swoistej awersji do teatru sześć lat temu. Był to jednak jeden z punktów do odhaczenia na dość długiej liście, więc nie wybrzydzał.