A czego miała się bać? Sauriel miał mnóstwo okazji, by zrobić jej krzywdę i nie wykorzystał żadnej z nich. Ba, każdy człowiek mógł kogoś skrzywdzić w każdej chwili, a jakoś ludzie z natury nie podchodzili do wszystkich z myślą „skrzywdzi mnie”. I Victoria też nie podchodziła. Inaczej ta relacja nie miałaby najmniejszego sensu – bać się osoby, z którą spędza się czas, która tak mieszała w głowie…? Nie. Dlatego nie drgnęła i wcale nie chowała głęboko strachu, bo go zwyczajnie w niej nie było. Tak, Sauriel był silny, mógł też machnąć dłonią bez wyciągania różdżki i przetrącić jej kości, ale… niby jaki miałby w tym cel? I jaki miałaby ona przychodząc tutaj do niego?
Tymczasem nie spodobało jej się to oskarżenie, zero zaskoczenia. Przecież grzecznie czekała na Sauriela i nie robiła niczego ryzykownego ponad to, że znajdowała się w domu, który należał do Josepha Rookwooda, stwórcy Sauriela. I tak, napiła się z nim wina, które zresztą sama dla niego przyniosła, w geście dobrego wychowania. Nic ponad to. A jednak… Musiała się z tego tłumaczyć, prawda? Chociaż to nie była jej wina. Pojebało cię?
– Co, miałam przeprosić i wyjść, chociaż dopiero przyszłam? – Victoria uniosła wyżej jedną brew, w lekkim niedowierzaniu tego, co słyszy. – Przypomnę ci, że czekałam na ciebie. To nie było takie znowu nie do przewidzenia, a jak tak ci się to nie podoba, to trzeba było mi otworzyć drzwi – to było niedorzeczne, ta rozmowa i te zarzuty. I o co? Przecież była absolutnie cała i zdrowa, a rozmowa z Josephem nie była w żadnej mierze nieprzyjemna, nie groził jej, nie sugerował niczego nieprzyjemnego. Zresztą… Joseph sam już zdążył Saurielowi wytknąć, że skoro już zaprosił do siebie gościa, to należałoby pilnować godziny – Victorii aż tak to nie przeszkadzało, prócz tych absurdalnych zarzutów i zakazów. – Odrobina manier i dobrego wychowania jeszcze nikomu nie zaszkodziła, nie bądź niemądry – bo dokładnie tak się w tej chwili zachowywał: niemądrze.
Victoria przymknęła na dwie boleśnie długie sekundy powieki i głośno westchnęła, słysząc ten kolejny wybuch. Sauriel nie krzyczał… jeszcze, ale był bardzo blisko wybuchu, słyszała to w jego tonie. Miała ochotę złapać palcami nasadę swojego nosa, jak to często ludzie pokazowo robili, ale ani drgnęła. Po prostu ponownie na niego spojrzała.
– Właśnie tak – powiedziała na wydechu. – Jakbym była twoim znajomym z Nokturnu. Nie pojebało mnie – zaakcentowała, wcale nie podnosząc głosu. Nie czuła, żeby była ku temu potrzeba i emocje aż tak nie brały nad nią góry. Victoria rzadko krzyczała – zwykle była irytująco… zamknięta. Emocje zwykle zbierały się w niej, kotłowały, nie wylewając zanadto na zewnątrz, aż ostatecznie dochodziło do samozapłonu i spektakularnej eksplozji rażącej wszystko i wszystkich. – Nie jestem… Nie jestem jakąś ścierą z rynsztoka, żebyś tak się do mnie zwracał – jej spokój… był. I był pozorny, bo było w niej też coś ostrzegawczego, co czaiło się w tych błyskach oczu.