Miała doświadczenie w kłótniach: ze swoją matką. Zwykle wyglądało to tak, że Isabella wyrażała swoje niezadowolenie dobitnie, a wszelkie oznaki buntu od strony Victorii były bardzo prędko tłumione… do czasu, bo były okazje, kiedy młodsza Lestrange stawiała się matce. Czasami spotykały ja konsekwencje, czasami nie – ale dzisiaj już nie miało to żadnego znaczenia. Ale kłótnie z Saurielem to było coś zupełnie innego. Nie mieli ich dużo, zdarzyły się oczywiście, to Sauriel był tym.. który wybuchał, Victoria mogła co najwyżej podsycać jego złość do pewnego momentu, ale była też tym elementem, który wszystko ochładza. Dzisiaj, tak jak te poprzednie razy. Póki co robiła za wspaniałą podpałkę.
I może sobie wyglądała, jakby ją to nie ruszało, ale nic bardziej mylnego. To, że zwykle jej twarz była taka spokojna, pozbawiona emocji… Teraz nie była. Nie była też w pełni ekspresyjna, ale coś można było z niej odczytać. Nie czuła się dobrze, ze ta kłótnia wybuchła teraz. Tutaj. Czuła się super niepewnie na tym terenie. Nie czuła się dobrze, że kłótnia wybuchła w ogóle i to jeszcze o… O co. Że rozmawiała z właścicielem tej kamienicy? Tym samym, który był też ojcem Sauriela? Który przyjął go pod swój dach?
Wypuściła z irytacją powietrze przez usta.
– Nie jestem pięknym ptaszkiem, którego można zamknąć w złotej klatce – znaczyło ni mniej, ni więcej, że nie pozwoli sobie rozkazywać i zamknąć się w kolejnych wielkich zasadach, których miała po dziurki w nosie. – Szanuję twoje zdanie i nie robiłam ci na przekór – to była prawda. Mogłaby się założyć, ze Joseph posiadał ogromną wiedzę, którą można byłoby wykorzystać, którą ona mogła wykorzystać, ale jednak nie tknęła tego tematu nawet palcem. Bo Sauriel jej tego zakazał – a wcale nie musiała się go słuchać, bo z jakiej racji? – Ale nie możesz wymagać, że będę ignorować drugą osobę, która sama przyjdzie ze mną porozmawiać na swoim terenie. To idiotyczne tak palić mosty.
Nie była przecież głupia i doskonale, naprawdę, doskonale zdawała sobie sprawę, że w tamtej rozmowie było drugie dno, przecież widziała i słyszała jak bawił się słowami – wiec ona podjęła tę gierkę i robiła to samo. Miała kilka momentów zastanowienia odnośnie tego, ile Joseph o niej wie, o tej przeprowadzce na przykład: bo przecież nie musiała mówić o teraz, w końcu, jak każdy inny dzieciak, mieszkała kilka lat w Hogwarcie, więc technicznie tam tez się… przeprowadzała. I bardzo szybko pojęła, że skrzat powiadomił pana – swojego pana, Josepha, a nie pana, z którym się dzisiaj tutaj umówiła. To wszystko to była jedna wielka gierka i Joseph nie był niewinny. Wiedziała to! A Sauriel zachowywał się, jakby była ślepą ignorantką, która zaraz uzna, że achh, jaki on jest kochany, Sauriel, o co ci chodzi!
Miała ochotę przewrócić oczami. Miała też ochotę tupnąć nogą i postawić na swoim – bo znowu to robił. Znowu ją obrażał, chociaż bardzo wyraźnie mu zakomunikowała, żeby w ten sposób z nią nie rozmawiał. To była jej granica, wyrysowana bardzo wyraźnie, a którą Rookwood ciągle uparcie przekraczał, nie mając żadnych hamulców, żadnego filtra na buzi. Miała ochotę zgrzytnąć zębami, ale jedyne co zrobiła, to zacisnęła zęby, żeby nie powiedzieć czegoś, czego za chwilę będzie żałowała, a co tylko wszystko popsuje. Bo już i tak… cokolwiek nie mówiła, to Sauriel odwracał kota ogonem. Miała ochotę, przez moment, strzelić mu niczym z bicza, że och tak, wyciągaj moje słowa z kontekstu dalej, na pewno się dogadamy, ale zamiast tego zacisnęła dłonie w pięści, pozwalając, by paznokcie mocno wbiły się w miękką skórę. Ten lekki ból odrobinę otrzeźwiał.
– To oczywiste, że w danym towarzystwie panuje konkretna konwencja odzywania się do siebie, dlatego informuję cię, że ta mi nie odpowiada! – jasne, teraz była „panienką Lestrange”, jakże kpiąco. Na końcu języka miała „paniczu Rookwood”, ale się w niego ugryzła. – Więc nie obrażam twoich znajomych, chyba że każda jedna mątwa z Nokturna jest ci bliska. Jedynie zauważam fakt – niemalże to wysyczała, a kiedy zobaczyła ten jego uśmiech, to poczuła, że coś się w niej przekręciło. A może po prostu wstrzymała oddech. – Sauriel, przestań! – to był rozkaz? Błaganie? Bardziej coś pomiędzy. Nie miała się nawet gdzie cofnąć, bo za swoimi plecami miała kanapę, którą dotykała tyłem nóg.