18.01.2025, 03:36 ✶
Maeve zmrużyła oczy, zerkając na Sauriela z tym swoim charakterystycznym, półkpiącym uśmiechem, który sugerował, że zaraz padnie jakaś uszczypliwa uwaga. Było coś niepokojąco znajomego w jego tonie, ale bardziej niż słowa, uwagę przyciągała atmosfera. Nokturn otaczał ich jak stary, podarty płaszcz - ciemny, ciężki i lepkawy od wilgoci, która wdzierała się pod skórę.
- Przestań, bo się podniecę - odparła na obietnicę gryzienia, samej przygryzając wargę. Prawie się nawet oblizała, ale przypomniała sobie, że właśnie sugeruje coś takiego facetowi i kwas żołądkowy podszedł jej do gardła. Poza tym widziała, że Sauriel nie do końca był sobą. Zapamiętywała twarze jak nikt inny, ot, zboczenie zawodowe, więc też czuła, że czegoś znajomego w jego wyrazie brakowało. Jakby błysk w oku na moment przysłoniły ciemniejsze chmury. Dlatego zaśmiała się jedynie, kiedy zaproponował danie dupy, choć mogła powiedzieć, że niestety jego matki nie ma już z nimi, więc świąteczne puszczanie się już nigdy nie będzie takie samo.
Skrzypienie śniegu pod jej butami odbijało się echem w ciasnych zaułkach. Kiedy wampir zapytał, czy jest z Wietnamu, Maeve zmarszczyła brwi i spojrzała na niego jakby chciała niemo zapytać, czy się może szaleju nie najadł. Gdyby miała dostawać galeona za każdy jego zjebany komentarz, dawno mogłaby się wyprowadzić z Nokturnu.
- Czy twojego łba używali do odbijania tłuczka podczas meczów Quidditcha? Jestem z Londynu - wypluła z siebie oczywistość, machając tą zupką gniewnie, jakby chciała mu makaron na czole rozkruszyć. Nie była jednak skora do marnowania jedzenia, więc schowała Vifona za pazuchę kurtki, a rękoma zanurkowała głęboko w kieszaniach. Palce z zimna zaczynały jej świerknąć.
- Wreszcie zaczynasz mówić moim językiem. - Uśmiechnęła się szeroko, słysząc propozycję wyżerki i to na koszt Rookwooda, ale potem od razu kontynuowała, żeby nie zdążył powiedzieć, że przecież nie mówi po chińsku. Albo wietnamsku. - Nie widziałam, bo nie łażę tam bez wyraźnego powodu. Pokątna mnie nieziemsko wkurwia - wzdrygnęła się aż wyznając mu to, przede wszystkim na myśl tych pstrokatych tłumów, które się wleką wzdłuż chodników jak ćmy, spacerując mozolnie i nie dając człowiekowi przejść naprędce, żeby mógł zrobić swoje i zapomnieć o tym koszmarze. Niemniej dla jedzenia poszłaby gdziekolwiek, nawet do piekła i z powrotem. - Możemy się na choineczkę wspiąć, jeśli chcesz. Ścigać się, kto pierwszy ściągnie gwiazdę z góry - zaproponowała, uśmiechając się dziko. Już widziała oczyma wyobraźni, jak skaczą po gałęziach jak małpy, w akompaniamencie przejętych krzyków widowni. Na myśl o tej adrenalinie poczuła, że się jej od razu ciepło robi.
- Czaję, zbieżność nazwisk przypadkowa. - Zaadresowała to krótko, ale urwała temat, bo choć ich rozmowa toczyła się w typowym dla nich, zaczepnym tonie, Maeve zauważyła, że coś w reakcji Sauriela wydawało się inne. Może to była ta noc - ciemniejsza niż zwykle, przesycona czymś nieuchwytnym, jakby nawet powietrze zamarło, oczekując na coś więcej. - Możemy cię adoptować, jak chcesz. Moja matka cię nie polubi, ale ona nikogo nie lubi, więc nic nie tracisz - zaproponowała w żartach, dźgając go lekko łokciem, ale nadal nie wyjmując rąk z kieszeni.
- Przestań, bo się podniecę - odparła na obietnicę gryzienia, samej przygryzając wargę. Prawie się nawet oblizała, ale przypomniała sobie, że właśnie sugeruje coś takiego facetowi i kwas żołądkowy podszedł jej do gardła. Poza tym widziała, że Sauriel nie do końca był sobą. Zapamiętywała twarze jak nikt inny, ot, zboczenie zawodowe, więc też czuła, że czegoś znajomego w jego wyrazie brakowało. Jakby błysk w oku na moment przysłoniły ciemniejsze chmury. Dlatego zaśmiała się jedynie, kiedy zaproponował danie dupy, choć mogła powiedzieć, że niestety jego matki nie ma już z nimi, więc świąteczne puszczanie się już nigdy nie będzie takie samo.
Skrzypienie śniegu pod jej butami odbijało się echem w ciasnych zaułkach. Kiedy wampir zapytał, czy jest z Wietnamu, Maeve zmarszczyła brwi i spojrzała na niego jakby chciała niemo zapytać, czy się może szaleju nie najadł. Gdyby miała dostawać galeona za każdy jego zjebany komentarz, dawno mogłaby się wyprowadzić z Nokturnu.
- Czy twojego łba używali do odbijania tłuczka podczas meczów Quidditcha? Jestem z Londynu - wypluła z siebie oczywistość, machając tą zupką gniewnie, jakby chciała mu makaron na czole rozkruszyć. Nie była jednak skora do marnowania jedzenia, więc schowała Vifona za pazuchę kurtki, a rękoma zanurkowała głęboko w kieszaniach. Palce z zimna zaczynały jej świerknąć.
- Wreszcie zaczynasz mówić moim językiem. - Uśmiechnęła się szeroko, słysząc propozycję wyżerki i to na koszt Rookwooda, ale potem od razu kontynuowała, żeby nie zdążył powiedzieć, że przecież nie mówi po chińsku. Albo wietnamsku. - Nie widziałam, bo nie łażę tam bez wyraźnego powodu. Pokątna mnie nieziemsko wkurwia - wzdrygnęła się aż wyznając mu to, przede wszystkim na myśl tych pstrokatych tłumów, które się wleką wzdłuż chodników jak ćmy, spacerując mozolnie i nie dając człowiekowi przejść naprędce, żeby mógł zrobić swoje i zapomnieć o tym koszmarze. Niemniej dla jedzenia poszłaby gdziekolwiek, nawet do piekła i z powrotem. - Możemy się na choineczkę wspiąć, jeśli chcesz. Ścigać się, kto pierwszy ściągnie gwiazdę z góry - zaproponowała, uśmiechając się dziko. Już widziała oczyma wyobraźni, jak skaczą po gałęziach jak małpy, w akompaniamencie przejętych krzyków widowni. Na myśl o tej adrenalinie poczuła, że się jej od razu ciepło robi.
- Czaję, zbieżność nazwisk przypadkowa. - Zaadresowała to krótko, ale urwała temat, bo choć ich rozmowa toczyła się w typowym dla nich, zaczepnym tonie, Maeve zauważyła, że coś w reakcji Sauriela wydawało się inne. Może to była ta noc - ciemniejsza niż zwykle, przesycona czymś nieuchwytnym, jakby nawet powietrze zamarło, oczekując na coś więcej. - Możemy cię adoptować, jak chcesz. Moja matka cię nie polubi, ale ona nikogo nie lubi, więc nic nie tracisz - zaproponowała w żartach, dźgając go lekko łokciem, ale nadal nie wyjmując rąk z kieszeni.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —