18.01.2025, 14:59 ✶
To był ciężki czas. Wszystko komplikowało się raz za razem, częściej niż rzadziej. Bardziej aniżeli Greengrass był w stanie przyznać. Radził sobie z tym. Być może nie szczególnie wybitnie, nie tak jak mógł tego chcieć lub oczekiwać, jednak liczyło się to, że w dalszym ciągu starał się mieć kontrolę nad sytuacją. Nie potrzebował ojcowskich porad czy monologów, na które w przypadku innego człowieka prawdopodobnie zareagowałby w otwarcie alergiczny sposób.
Nie tolerował wpierdalania mu się z butami w życie. Tym bardziej, że już i tak nie było lekko. Nie miał moralniaka w związku z tym, co się wydarzyło. Co chyba w dalszym ciągu się działo, choć nie powiedzieli sobie tego wprost. Zabranie zwierząt do Piaskownicy było całkiem wymowne. W momencie, w którym to zrobili, odniósł zatem wrażenie, że ich czas w tamtym domu faktycznie nie urwie się z dnia na dzień. Nie potrzebował poruszać tego tematu.
Tyle tylko, że słowa Corneliusa uderzyły w to podświadomie skrywane drugie dno. W coś, co Roise starał się odsuwać od siebie przez ten cały czas. Mimowolnie odwlekali rozstanie. Robili kolejne rzeczy mające dać im pretekst do pozostania w Whitby. To nie było zdrowe, nawet jeśli właśnie tego teraz potrzebowali.
Wmawiali sobie, że skoro i tak poniosą konsekwencje własnych impulsywnych zachowań to mogą przynajmniej wycisnąć z tego jak najwięcej. Dać sobie odpocząć, przynieść sobie odrobinę spokoju i ulgi. Tyle tylko, że w dalszym ciągu to nie był ten upragniony odpoczynek. To była wyłącznie marna iluzja, imitacja dawnego życia.
- Wspaniale, następnym razem zachowaj to dla siebie - to było jedyne, co padło z jego ust na cały ten monolog, wszystkie raczej gorzkie, nawet jeśli prawdziwe słowa.
Nie musiał dodawać nic więcej, prawda? Mieli jasność w każdym zakresie. We wszystkim, co powinno a co nie powinno zaistnieć. Zresztą Ambroise znał już przecież opinię przyjaciela. Być może to właśnie w związku z tym nie przyjebał się teraz do Corneliusa. Zrobił to wiele miesięcy wcześniej w tak dosadny sposób, że teraz mógł sobie po prostu pozwolić na posłanie mu pociemniałego, iście grobowego spojrzenia.
To nie był jego dzień, nawet jeśli zaczął się naprawdę dobrze. Powinien spodziewać się, że prędzej czy później wszystko się spierdoli. Chyba nawet nie był tym jakoś specjalnie zaskoczony. Lestrange nigdy nie trzymał swoich komentarzy dla siebie.
Było wiele momentów, w których Ambroise zupełnie inaczej zareagowałby na spojrzenie Yaxleyówny. Prawdę mówiąc, przez większość czasu hardo odwzajemniłby jej minę, być może nie ciskając gromami z oczu, ale prowokując ją do powiedzenia tego, co chciała powiedzieć.
Wbrew temu, co działo się między nimi podczas ostatnich urodzin Fabiana, kiedy to Greengrass również mroził dziewczynę spojrzeniem, zazwyczaj po prostu usiłował wywołać u niej jakąś bardziej zdecydowaną reakcję. Jeśli chciała o czymś wspomnieć, powinna nie wahać się i to zrobić. Jeżeli pragnęła wyrwać mu teraz swój mokry płaszcz z dłoni i ponownie nim w niego cisnąć - mogła spróbować to zrobić. Milczenie i brak ekspresji, ponad wyraz jej oczu były dla nich całkowicie nienaturalne.
A jednak Ambroise tym razem się na to nie zdecydował. Odwzajemnił spojrzenie. Nie uciekł wzrokiem ani nawet nie spróbował uniknąć gromów ciskanych ku niemu przez Yaxleyównę. Mimo to nie próbował jej bardziej prowokować. Nieznacznie, ale to bardzo nieznacznie, niemalże niedostrzegalnie pokręcił głową. Nie musiał tego mówić, prawda? Wszystkie słowa, które padły z jego ust miały prawo wybrzmieć w przestrzeni korytarza. Nawet jeśli były cholernie gorzkie.
Ustalili to sobie. Nie było szans na wspólną przyszłość, nie mogli do siebie wrócić. Nie powiedział nic, co byłoby niezgodne z prawdą. Mogła go za to obecnie nienawidzić (nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że tak nie było; po prostu ją uraził), ale nie była w stanie być na niego bardziej wściekła niż on sam był wkurwiony na siebie.
Obserwował ją bez słowa, gdy opuszczała pomieszczenie, odprowadzając dziewczynę wzrokiem w kierunku salonu. Przez cały czas trzymał przy tym w rękach ten cholernie mokry płaszcz, ignorując wodę kapiącą na podłogę.
Nie spodziewał się jednak, że przyjdzie mu na dłużej zamrzeć w tej pozycji. Gdy otwierał usta, aby poinformować Corneliusa o ich wspólnych znajomych, miał co prawda przeczucie, że Lestrange mógł wiedzieć co nieco o sprawie. Jednak w żadnym wypadku nie wziął pod uwagę tego, co usłyszał w odpowiedzi.
- Iteti nie żyje? - Powtórzył słowa Corneliusa, skracając je jednak do jednego kluczowego pytania, nawet jeśli już otrzymał na nie odpowiedź.
Może nie zabrzmiał przy tym zbyt światło, jednak ta informacja była dla niego całkowitym zaskoczeniem.
Kurwa mać.
Nie tak dawno, bo dosłownie dzień przed wydarzeniami z jaskini dopplegangera, był na spotkaniu z oba kobietami. Żadna z nich ani przez moment nie zająknęła się na temat potencjalnego zagrożenia wiszącego nad ich głowami, lecz gdy tak o tym teraz myślał, podczas tamtej rozmowy miało miejsce całkiem wiele bardzo nietypowych rzeczy.
Przede wszystkim to, że obie dołączyły do niego razem. Znalazły się z nim w jednym pomieszczeniu, w którym zresztą obie na niego wyczekiwały. Żadna nie siedziała z przodu sklepu, żadna nie wyszła mu na powitanie. W tylnej salce było jakby ciemniej i duszniej niż zazwyczaj. Charakterystyczna chłodna tarcza chroniąca przejście przed nieproszonymi gośćmi nie była tak zimna, była wręcz nieprzyjemnie letnia, jak gdyby dużo bardziej brejowata.
Ambroise nie mógł zgodzić się ze słowami Corneliusa - Inez i Iteti wiedziały. To z tej świadomości brały się niecodzienne okoliczności ich spotkania, jak i wrażenie jeszcze bardziej wyczuwalnego niepokoju krążące nad ich głowami. Wtedy nie zwrócił na to aż takiej uwagi.
Obecnie? Aktualnie wszystko zaczęło samo się spinać, jednak miał wrażenie, że nie do końca we właściwy sposób. Układanka wcale się nie układała, kolejne fragmenty wpinały się w siebie, jednak ktoś całkiem celowo przeszlifował brzegi w taki sposób, aby jeden puzel pasował do wielu luk. Obaj zdawali sobie z tego sprawę, lecz nie było to w żaden sposób pocieszające.
- Och, ktoś tu zdecydowanie próbuje zamieść wszystko pod dywan. Inez z pewnością ma w tym jakiś cel, ale wątpię, że tylko ona stara się to zrobić - nie padło z jego ust, jednak spojrzenie, które Greengrass posłał w stronę Lestrange'a było dostatecznie wymowne. - Mów - rzucił zamiast tego, oczekując dodatkowych informacji na temat całej sytuacji.
Tak, to zdecydowanie było bagno. To był syf co rusz wybijający od środka i od zewnątrz. To było coś, na co się pisał i z czego powinien zdawać sobie sprawę już wiele lat wcześniej. Tak się jednak nie stało, więc teraz musiał ponieść konsekwencje nieprzemyślanych decyzji. Nie musiał wysłuchiwać kolejnej dawki upomnień.
- Zajebiście, że zdajesz sobie z tego sprawę. Jeszcze tylko przestań być fiutem i będziemy w domu - miał ochotę odsyknąć tym samym zniżonym, może jeszcze niższym tonem, wymijając Corneliusa i kontynuując drogę do łazienki.
Nie musieć słuchać tego, co przyjaciel ma mu do powiedzenia, bo przecież sam aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób wygląda sytuacja. Nie potrzebował uświadamiania go w tym zakresie. Sam od wielu miesięcy, praktycznie pierdolonych dwóch lat doskonale wiedział, w co się władował i co samo okręciło się wokół niego jak powoli splatany stryczek. Naprawdę nie musiał wysłuchiwać przypomnień o czymś, co sam pamiętał niemalże w każdej sekundzie mijającego dnia.
Tym bardziej, że już kiedyś o tym rozmawiali, prawda? Tamten jeden raz w naprawdę gwałtowny, ekspresyjny sposób, kiedy to w akcie czegoś, czego sam nigdy nie nazwałby ostateczną desperacją (ale w istocie nią było) wysrał Corneliusowi niemalże wszystko, co leżało mu na wątrobie. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie pękł tak bardzo.
Tym bardziej, że nie pamiętał co najmniej trzech czwartych własnych słów z kuchni w Whitby, więc nie mógł porównywać tych dwóch momentów. Zresztą - mylił tamte wypowiedzi z myślami, jego umysł był zamglony a zdania opuszczające usta nie brzmiały naturalnie. Były zbyt monotonne, za spokojne. Miały związek z zadawanymi mu pytaniami i niczym więcej.
W przypadku jego spotkania z Corio było zupełnie inaczej. Dał się wtedy ponieść całej atmosferze, w której rozpoczęła się rozmowa. Wszystkim odczuwanym druzgocącym emocjom. Wyrzutom sumienia i poczuciu bycia najgorszym, które jeszcze bardziej nakręcało jego wewnętrzne demony.
Nienawidził okazywać się niewystarczającym. Nie potrafił tak po prostu przejść do porządku dziennego z informacją jak bardzo spierdolił wszystko to, na czym mu wtedy (i teraz przecież też) zależało. To pchnęło go do rzeczy, z których zdecydowanie nie był dumny. Później zaś do wyrzucenia z siebie jeszcze bardziej parszywych słów (i nie tylko), gdy poczuł się zaatakowany. Nigdy więcej o tym nie mówił.
Być może dlatego teraz wyłącznie posłał Corneliusowi jedno długie spojrzenie zanim się odezwał.
- Doskonale wiem, że to jest zły pomysł, nie musisz mi tego przypominać. Sam dobrze wiem jak to teraz wygląda - teraz i zawsze, ale tego już nie uściślał; po prostu pokręcił głową, starając się zachować twarz i nie brzmieć tak znużenie jak się obecnie czuł. - Wierz mi, Stary, kurewsko dobrze wiem, jakie konsekwencje mogą z tego wyniknąć i nie, nie chcę jej ranić jeszcze raz. Nie zamierzam wciągać jej w moje bagno. To jednorazowy wyskok, nie analizuj - mówił powoli, wyraźnie ważąc każde wypowiadane słowo, co nie zdarzało mu się wyjątkowo często.
Zazwyczaj już dawno by się uaktywnił. Tym bardziej, że słowa Corneliusa nie były łatwe. To nie było coś, co ktokolwiek mógłby chcieć usłyszeć. Nawet od jednej z najbliższych mu osób.
Mimo to, chyba mieli za sobą etap powarkiwania na siebie w związku z całą sytuacją. Rozmawiali o tym nie raz i nie dwa. Z początku bardziej intensywnie niż później, bowiem musieli przy okazji wyjaśnić sobie całkiem sporo innych cholernie trudnych kwestii. Nic więc dziwnego, że wtedy im się ulało.
Teraz? Nie zamierzał mówić Corio, że było mu ciężko, bo bo mimo wszystko wciąż ją kochał. Że musiał być odpowiedzialny i zakończyć to, zanim będzie za późno. Że to, ta chwila słabości niechybnie miała ponownie zniszczyć część tego, co wokół siebie zbudował. Że miał mieć po tym naprawdę parszywe tygodnie czy wręcz miesiące.
Nie musiał nic mówić, prawda? Wystarczyło ciężkie i posępne spojrzenie posłane w stronę Lestrange'a, aby wszystko wyjaśnić. Tym bardziej, że przecież Ambroise nigdy nie był i nigdy nie miał być człowiekiem słowa. Nic więc dziwnego, że brakowało mu ich, aby opisać całą sytuację.
Zamiast próbować je znaleźć, zwyczajnie wyminął Corneliusa w korytarzu, kierując swoje kroki, by odwiesić płaszcze a następnie udać się do łazienki. Bezceremonialnie nie tej dla gości. Tej przy głównej sypialni, bo nie zamierzał ryzykować suszenia koszuli zaklęciami. Tym bardziej, że byli z Corio podobnego wzrostu i bardzo zbliżonej postury, toteż Ambroise bez pytania czy mrugnięcia okiem postanowił pożyczyć sobie jego ciuchy.
Własne wrzucił do kosza na pranie, zamierzając odebrać je od skrzata domowego w przeciągu kilku następnych tygodni. Gdy wrócił do salonu, miał ponownie przeczesane i spięte włosy, cholernie niepasującą do niego jasnoszarą koszulę i proste popielate spodnie. Bez słowa przeszedł przez pomieszczenie, zajmując jeden z foteli na przeciwko kanapy. Tak, by nie siadać przy Geraldine.
Usiadł zakładając nogę na nogę. Ignorując alkohol i wszystko, co działo się w pomieszczeniu. Jeśli wcześniej był dosyć chmurny, teraz ponownie stał się chłodny i zdystansowany.
Nie tolerował wpierdalania mu się z butami w życie. Tym bardziej, że już i tak nie było lekko. Nie miał moralniaka w związku z tym, co się wydarzyło. Co chyba w dalszym ciągu się działo, choć nie powiedzieli sobie tego wprost. Zabranie zwierząt do Piaskownicy było całkiem wymowne. W momencie, w którym to zrobili, odniósł zatem wrażenie, że ich czas w tamtym domu faktycznie nie urwie się z dnia na dzień. Nie potrzebował poruszać tego tematu.
Tyle tylko, że słowa Corneliusa uderzyły w to podświadomie skrywane drugie dno. W coś, co Roise starał się odsuwać od siebie przez ten cały czas. Mimowolnie odwlekali rozstanie. Robili kolejne rzeczy mające dać im pretekst do pozostania w Whitby. To nie było zdrowe, nawet jeśli właśnie tego teraz potrzebowali.
Wmawiali sobie, że skoro i tak poniosą konsekwencje własnych impulsywnych zachowań to mogą przynajmniej wycisnąć z tego jak najwięcej. Dać sobie odpocząć, przynieść sobie odrobinę spokoju i ulgi. Tyle tylko, że w dalszym ciągu to nie był ten upragniony odpoczynek. To była wyłącznie marna iluzja, imitacja dawnego życia.
- Wspaniale, następnym razem zachowaj to dla siebie - to było jedyne, co padło z jego ust na cały ten monolog, wszystkie raczej gorzkie, nawet jeśli prawdziwe słowa.
Nie musiał dodawać nic więcej, prawda? Mieli jasność w każdym zakresie. We wszystkim, co powinno a co nie powinno zaistnieć. Zresztą Ambroise znał już przecież opinię przyjaciela. Być może to właśnie w związku z tym nie przyjebał się teraz do Corneliusa. Zrobił to wiele miesięcy wcześniej w tak dosadny sposób, że teraz mógł sobie po prostu pozwolić na posłanie mu pociemniałego, iście grobowego spojrzenia.
To nie był jego dzień, nawet jeśli zaczął się naprawdę dobrze. Powinien spodziewać się, że prędzej czy później wszystko się spierdoli. Chyba nawet nie był tym jakoś specjalnie zaskoczony. Lestrange nigdy nie trzymał swoich komentarzy dla siebie.
Było wiele momentów, w których Ambroise zupełnie inaczej zareagowałby na spojrzenie Yaxleyówny. Prawdę mówiąc, przez większość czasu hardo odwzajemniłby jej minę, być może nie ciskając gromami z oczu, ale prowokując ją do powiedzenia tego, co chciała powiedzieć.
Wbrew temu, co działo się między nimi podczas ostatnich urodzin Fabiana, kiedy to Greengrass również mroził dziewczynę spojrzeniem, zazwyczaj po prostu usiłował wywołać u niej jakąś bardziej zdecydowaną reakcję. Jeśli chciała o czymś wspomnieć, powinna nie wahać się i to zrobić. Jeżeli pragnęła wyrwać mu teraz swój mokry płaszcz z dłoni i ponownie nim w niego cisnąć - mogła spróbować to zrobić. Milczenie i brak ekspresji, ponad wyraz jej oczu były dla nich całkowicie nienaturalne.
A jednak Ambroise tym razem się na to nie zdecydował. Odwzajemnił spojrzenie. Nie uciekł wzrokiem ani nawet nie spróbował uniknąć gromów ciskanych ku niemu przez Yaxleyównę. Mimo to nie próbował jej bardziej prowokować. Nieznacznie, ale to bardzo nieznacznie, niemalże niedostrzegalnie pokręcił głową. Nie musiał tego mówić, prawda? Wszystkie słowa, które padły z jego ust miały prawo wybrzmieć w przestrzeni korytarza. Nawet jeśli były cholernie gorzkie.
Ustalili to sobie. Nie było szans na wspólną przyszłość, nie mogli do siebie wrócić. Nie powiedział nic, co byłoby niezgodne z prawdą. Mogła go za to obecnie nienawidzić (nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że tak nie było; po prostu ją uraził), ale nie była w stanie być na niego bardziej wściekła niż on sam był wkurwiony na siebie.
Obserwował ją bez słowa, gdy opuszczała pomieszczenie, odprowadzając dziewczynę wzrokiem w kierunku salonu. Przez cały czas trzymał przy tym w rękach ten cholernie mokry płaszcz, ignorując wodę kapiącą na podłogę.
Nie spodziewał się jednak, że przyjdzie mu na dłużej zamrzeć w tej pozycji. Gdy otwierał usta, aby poinformować Corneliusa o ich wspólnych znajomych, miał co prawda przeczucie, że Lestrange mógł wiedzieć co nieco o sprawie. Jednak w żadnym wypadku nie wziął pod uwagę tego, co usłyszał w odpowiedzi.
- Iteti nie żyje? - Powtórzył słowa Corneliusa, skracając je jednak do jednego kluczowego pytania, nawet jeśli już otrzymał na nie odpowiedź.
Może nie zabrzmiał przy tym zbyt światło, jednak ta informacja była dla niego całkowitym zaskoczeniem.
Kurwa mać.
Nie tak dawno, bo dosłownie dzień przed wydarzeniami z jaskini dopplegangera, był na spotkaniu z oba kobietami. Żadna z nich ani przez moment nie zająknęła się na temat potencjalnego zagrożenia wiszącego nad ich głowami, lecz gdy tak o tym teraz myślał, podczas tamtej rozmowy miało miejsce całkiem wiele bardzo nietypowych rzeczy.
Przede wszystkim to, że obie dołączyły do niego razem. Znalazły się z nim w jednym pomieszczeniu, w którym zresztą obie na niego wyczekiwały. Żadna nie siedziała z przodu sklepu, żadna nie wyszła mu na powitanie. W tylnej salce było jakby ciemniej i duszniej niż zazwyczaj. Charakterystyczna chłodna tarcza chroniąca przejście przed nieproszonymi gośćmi nie była tak zimna, była wręcz nieprzyjemnie letnia, jak gdyby dużo bardziej brejowata.
Ambroise nie mógł zgodzić się ze słowami Corneliusa - Inez i Iteti wiedziały. To z tej świadomości brały się niecodzienne okoliczności ich spotkania, jak i wrażenie jeszcze bardziej wyczuwalnego niepokoju krążące nad ich głowami. Wtedy nie zwrócił na to aż takiej uwagi.
Obecnie? Aktualnie wszystko zaczęło samo się spinać, jednak miał wrażenie, że nie do końca we właściwy sposób. Układanka wcale się nie układała, kolejne fragmenty wpinały się w siebie, jednak ktoś całkiem celowo przeszlifował brzegi w taki sposób, aby jeden puzel pasował do wielu luk. Obaj zdawali sobie z tego sprawę, lecz nie było to w żaden sposób pocieszające.
- Och, ktoś tu zdecydowanie próbuje zamieść wszystko pod dywan. Inez z pewnością ma w tym jakiś cel, ale wątpię, że tylko ona stara się to zrobić - nie padło z jego ust, jednak spojrzenie, które Greengrass posłał w stronę Lestrange'a było dostatecznie wymowne. - Mów - rzucił zamiast tego, oczekując dodatkowych informacji na temat całej sytuacji.
Tak, to zdecydowanie było bagno. To był syf co rusz wybijający od środka i od zewnątrz. To było coś, na co się pisał i z czego powinien zdawać sobie sprawę już wiele lat wcześniej. Tak się jednak nie stało, więc teraz musiał ponieść konsekwencje nieprzemyślanych decyzji. Nie musiał wysłuchiwać kolejnej dawki upomnień.
- Zajebiście, że zdajesz sobie z tego sprawę. Jeszcze tylko przestań być fiutem i będziemy w domu - miał ochotę odsyknąć tym samym zniżonym, może jeszcze niższym tonem, wymijając Corneliusa i kontynuując drogę do łazienki.
Nie musieć słuchać tego, co przyjaciel ma mu do powiedzenia, bo przecież sam aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób wygląda sytuacja. Nie potrzebował uświadamiania go w tym zakresie. Sam od wielu miesięcy, praktycznie pierdolonych dwóch lat doskonale wiedział, w co się władował i co samo okręciło się wokół niego jak powoli splatany stryczek. Naprawdę nie musiał wysłuchiwać przypomnień o czymś, co sam pamiętał niemalże w każdej sekundzie mijającego dnia.
Tym bardziej, że już kiedyś o tym rozmawiali, prawda? Tamten jeden raz w naprawdę gwałtowny, ekspresyjny sposób, kiedy to w akcie czegoś, czego sam nigdy nie nazwałby ostateczną desperacją (ale w istocie nią było) wysrał Corneliusowi niemalże wszystko, co leżało mu na wątrobie. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie pękł tak bardzo.
Tym bardziej, że nie pamiętał co najmniej trzech czwartych własnych słów z kuchni w Whitby, więc nie mógł porównywać tych dwóch momentów. Zresztą - mylił tamte wypowiedzi z myślami, jego umysł był zamglony a zdania opuszczające usta nie brzmiały naturalnie. Były zbyt monotonne, za spokojne. Miały związek z zadawanymi mu pytaniami i niczym więcej.
W przypadku jego spotkania z Corio było zupełnie inaczej. Dał się wtedy ponieść całej atmosferze, w której rozpoczęła się rozmowa. Wszystkim odczuwanym druzgocącym emocjom. Wyrzutom sumienia i poczuciu bycia najgorszym, które jeszcze bardziej nakręcało jego wewnętrzne demony.
Nienawidził okazywać się niewystarczającym. Nie potrafił tak po prostu przejść do porządku dziennego z informacją jak bardzo spierdolił wszystko to, na czym mu wtedy (i teraz przecież też) zależało. To pchnęło go do rzeczy, z których zdecydowanie nie był dumny. Później zaś do wyrzucenia z siebie jeszcze bardziej parszywych słów (i nie tylko), gdy poczuł się zaatakowany. Nigdy więcej o tym nie mówił.
Być może dlatego teraz wyłącznie posłał Corneliusowi jedno długie spojrzenie zanim się odezwał.
- Doskonale wiem, że to jest zły pomysł, nie musisz mi tego przypominać. Sam dobrze wiem jak to teraz wygląda - teraz i zawsze, ale tego już nie uściślał; po prostu pokręcił głową, starając się zachować twarz i nie brzmieć tak znużenie jak się obecnie czuł. - Wierz mi, Stary, kurewsko dobrze wiem, jakie konsekwencje mogą z tego wyniknąć i nie, nie chcę jej ranić jeszcze raz. Nie zamierzam wciągać jej w moje bagno. To jednorazowy wyskok, nie analizuj - mówił powoli, wyraźnie ważąc każde wypowiadane słowo, co nie zdarzało mu się wyjątkowo często.
Zazwyczaj już dawno by się uaktywnił. Tym bardziej, że słowa Corneliusa nie były łatwe. To nie było coś, co ktokolwiek mógłby chcieć usłyszeć. Nawet od jednej z najbliższych mu osób.
Mimo to, chyba mieli za sobą etap powarkiwania na siebie w związku z całą sytuacją. Rozmawiali o tym nie raz i nie dwa. Z początku bardziej intensywnie niż później, bowiem musieli przy okazji wyjaśnić sobie całkiem sporo innych cholernie trudnych kwestii. Nic więc dziwnego, że wtedy im się ulało.
Teraz? Nie zamierzał mówić Corio, że było mu ciężko, bo bo mimo wszystko wciąż ją kochał. Że musiał być odpowiedzialny i zakończyć to, zanim będzie za późno. Że to, ta chwila słabości niechybnie miała ponownie zniszczyć część tego, co wokół siebie zbudował. Że miał mieć po tym naprawdę parszywe tygodnie czy wręcz miesiące.
Nie musiał nic mówić, prawda? Wystarczyło ciężkie i posępne spojrzenie posłane w stronę Lestrange'a, aby wszystko wyjaśnić. Tym bardziej, że przecież Ambroise nigdy nie był i nigdy nie miał być człowiekiem słowa. Nic więc dziwnego, że brakowało mu ich, aby opisać całą sytuację.
Zamiast próbować je znaleźć, zwyczajnie wyminął Corneliusa w korytarzu, kierując swoje kroki, by odwiesić płaszcze a następnie udać się do łazienki. Bezceremonialnie nie tej dla gości. Tej przy głównej sypialni, bo nie zamierzał ryzykować suszenia koszuli zaklęciami. Tym bardziej, że byli z Corio podobnego wzrostu i bardzo zbliżonej postury, toteż Ambroise bez pytania czy mrugnięcia okiem postanowił pożyczyć sobie jego ciuchy.
Własne wrzucił do kosza na pranie, zamierzając odebrać je od skrzata domowego w przeciągu kilku następnych tygodni. Gdy wrócił do salonu, miał ponownie przeczesane i spięte włosy, cholernie niepasującą do niego jasnoszarą koszulę i proste popielate spodnie. Bez słowa przeszedł przez pomieszczenie, zajmując jeden z foteli na przeciwko kanapy. Tak, by nie siadać przy Geraldine.
Usiadł zakładając nogę na nogę. Ignorując alkohol i wszystko, co działo się w pomieszczeniu. Jeśli wcześniej był dosyć chmurny, teraz ponownie stał się chłodny i zdystansowany.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down