27.01.2023, 23:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.01.2023, 23:23 przez Julien Fitzpatrick.)
Wszystko stało się bardzo szybko, większość akcji skończyła się fiaskiem, ale w jednej triumfowali: wciąż żyli, oddychali, byli (prawie)przytomni. Adrenalina uderzyła go w tym samym momencie, w którym zdążył zauważyć, że Castiel nie był w stanie utrzymać stołu, żadna z akcji, które wykonał nie była przemyślana, a teraz odczuwał to bardzo mocno w kości ogonowej, potylicy i plecach. Przygniatał go blat stołu, w skórę zbiły się drzazgi, powodując, że ta w cieńszych miejscach piekła. Lądowanie w pierwszym momencie mial miękkie, w porównaniu do swojego kompana, dopiero, gdy połamane meble przycisnęły go do drugiego mężczyzny poczuł każdą wystającą z niego kość - od miednicy, przez żebra do ramienia, na którym zwiesił na chwilę głowę, widząc przed sobą jedynie trawę zmieszają z brązową ziemią. Ta pierwsza łaskotała go w nos, nałykał się też kurzu i jakichś mniejszych kamyków, chyba części gleby, nie chciał pluć będąc tak blisko drugiej osoby, więc w bólu przełknął te wartości odżywcze matki ziemi.
- Uratowałem cię... - brzmiał jakby dopiero co wybudzał się ze snu lub jak po wypiciu paru, naprawdę mocnych shotów. Pierwszym odruchem było oczywiście podniesienie głowy, czego zaraz odczuł konsekwencje, bo uderzył nią o jedną z połamanych nóg stołów. Syknął nieprzyjemnie i wrócił do wcześniejszej pozycji, skazany na widok castielowego ucha w plątaninie blond włosów i kawałek trawy z ziemią.
Kuło go w klatce piersiowej, oddychało się trudno, bo z każdym zaczerpnięciem powietrza wciągał do nosa albo drzazgi, albo kurz i przyciskał Flinta mocniej do ziemi.
- Nie zamierzam jeszcze umierać, tak szybko się mnie nie pozbędziesz - odparł z pewną butą, ale wszystko w żartobliwym tonie. Usłyszał dochodzący znajomy głos Panny Longbottom i zrobiło mu się niesamowicie głupio, ale chyba zbyt mocno uderzył się w głowę, aby kontynuować tę myśl i jedynie parsknął słysząc komentarz drugiego mężczyzny 'to mamy ze soba coś wspólnego' odmamrotał, też ledwo zrozumiale, ale ze względu na to jak blisko siebie się znajdywali zanim Brenna odgruzowała ich na tyle, aby byli w stanie chociaż być w pozycji siedzącej, tylko drugi magik-czarodziej-bohater-champion był w stanie go usłyszeć.
- My jesteśmy całkiem cali, tak myślę - odpowiedział jej pewnie, chociaż wyglądał jak siedem nieszczęść. Włosy miał powyginane w każdą stronę, pomiędzy nimi drzazgi, ziemię i odrobinę twarzy, na rękach przetarcia, a koszulka była brudna od kurzu, zapewne nabawił się wielu siniaków. pomacał się ostentacyjnie, pomacał równie ostentacyjnie Castiela, robiąc to tak naturalnie, jakby znali się od lat - Aczkolwiek stoły wydają się być w częściach - z początku próbował się nie roześmiać, ale po chwili wyleciał mu z ust 'pierdzący' dźwięk i parsknął głośnym, trochę histerycznym śmiechem, prawdopodobnie alarmując resztę osób na polanie, jeżeli ci juz nie byli przejęci zburzeniem się ogromnej wieży z mebli.
- Jak poszukasz swojego zebra w tej stercie to może ci je wmontujemy z powrotem, damy radę - kontynuował i odgarnął włosy z twarzy krzywiąc się przy tym i poprawiając na kupie gruzu, która przesunęła się niebezpiecznie pod jego ciężarem i musiał chwilę łapać równowage, aby się z niej nie stoczyć. Skrzywił się delikatnie, bo już czuł, ze coś sobie naciągnął w ręce, a ramie to było całe posiniaczone, bo rownież bolało jak diabli. Na twarzy, zaraz nad okiem miał piekącą szramę, ale ogólnie wydawał się niesamowicie rozbawiony sytuacją.
- Sory, ze musiałaś się fatygować. I sory za stoły. Może jak nie będziemy sięę gaapić naaa...- zaczął mówić i przeciągnął ostatnie słowa, zerkając to na Brennę, to na Castiela jakby probował właśnie wymyślić coś na poczekaniu - Norę... i jeeej .. buty na obcasach to uda - podkreślił to słowo w dziwaczny, chyba tylko zrozumiały dla siebie sposób - nam się naprawić te stoły - zaproponował. Jego tłumaczenia mogły być uznane za:
a) prawdę - Charles nie posiadał żadnego filtra w takich rzeczach
b) gadanie potłuczonego - właśnie przygniótł go gruz i zaryli z Castielem o grunt
c) nonsens - prawdopodobnie najlepsza z opcji i najzdrowsza dla odbiorcy.
Cieszył się, że jego towarzysz jest cały, to było, w zasadzie, najistotniejsze. Gdyby nie był sobą pewnie byłoby mu głupio, że tak się rozproszył przez gapienie się na ładną panią, ale niestety, był sobą, więc nie było mu głupio, był bezwstydny, poturbowany, ale zadowolony.
- Uratowałem cię... - brzmiał jakby dopiero co wybudzał się ze snu lub jak po wypiciu paru, naprawdę mocnych shotów. Pierwszym odruchem było oczywiście podniesienie głowy, czego zaraz odczuł konsekwencje, bo uderzył nią o jedną z połamanych nóg stołów. Syknął nieprzyjemnie i wrócił do wcześniejszej pozycji, skazany na widok castielowego ucha w plątaninie blond włosów i kawałek trawy z ziemią.
Kuło go w klatce piersiowej, oddychało się trudno, bo z każdym zaczerpnięciem powietrza wciągał do nosa albo drzazgi, albo kurz i przyciskał Flinta mocniej do ziemi.
- Nie zamierzam jeszcze umierać, tak szybko się mnie nie pozbędziesz - odparł z pewną butą, ale wszystko w żartobliwym tonie. Usłyszał dochodzący znajomy głos Panny Longbottom i zrobiło mu się niesamowicie głupio, ale chyba zbyt mocno uderzył się w głowę, aby kontynuować tę myśl i jedynie parsknął słysząc komentarz drugiego mężczyzny 'to mamy ze soba coś wspólnego' odmamrotał, też ledwo zrozumiale, ale ze względu na to jak blisko siebie się znajdywali zanim Brenna odgruzowała ich na tyle, aby byli w stanie chociaż być w pozycji siedzącej, tylko drugi magik-czarodziej-bohater-champion był w stanie go usłyszeć.
- My jesteśmy całkiem cali, tak myślę - odpowiedział jej pewnie, chociaż wyglądał jak siedem nieszczęść. Włosy miał powyginane w każdą stronę, pomiędzy nimi drzazgi, ziemię i odrobinę twarzy, na rękach przetarcia, a koszulka była brudna od kurzu, zapewne nabawił się wielu siniaków. pomacał się ostentacyjnie, pomacał równie ostentacyjnie Castiela, robiąc to tak naturalnie, jakby znali się od lat - Aczkolwiek stoły wydają się być w częściach - z początku próbował się nie roześmiać, ale po chwili wyleciał mu z ust 'pierdzący' dźwięk i parsknął głośnym, trochę histerycznym śmiechem, prawdopodobnie alarmując resztę osób na polanie, jeżeli ci juz nie byli przejęci zburzeniem się ogromnej wieży z mebli.
- Jak poszukasz swojego zebra w tej stercie to może ci je wmontujemy z powrotem, damy radę - kontynuował i odgarnął włosy z twarzy krzywiąc się przy tym i poprawiając na kupie gruzu, która przesunęła się niebezpiecznie pod jego ciężarem i musiał chwilę łapać równowage, aby się z niej nie stoczyć. Skrzywił się delikatnie, bo już czuł, ze coś sobie naciągnął w ręce, a ramie to było całe posiniaczone, bo rownież bolało jak diabli. Na twarzy, zaraz nad okiem miał piekącą szramę, ale ogólnie wydawał się niesamowicie rozbawiony sytuacją.
- Sory, ze musiałaś się fatygować. I sory za stoły. Może jak nie będziemy sięę gaapić naaa...- zaczął mówić i przeciągnął ostatnie słowa, zerkając to na Brennę, to na Castiela jakby probował właśnie wymyślić coś na poczekaniu - Norę... i jeeej .. buty na obcasach to uda - podkreślił to słowo w dziwaczny, chyba tylko zrozumiały dla siebie sposób - nam się naprawić te stoły - zaproponował. Jego tłumaczenia mogły być uznane za:
a) prawdę - Charles nie posiadał żadnego filtra w takich rzeczach
b) gadanie potłuczonego - właśnie przygniótł go gruz i zaryli z Castielem o grunt
c) nonsens - prawdopodobnie najlepsza z opcji i najzdrowsza dla odbiorcy.
Cieszył się, że jego towarzysz jest cały, to było, w zasadzie, najistotniejsze. Gdyby nie był sobą pewnie byłoby mu głupio, że tak się rozproszył przez gapienie się na ładną panią, ale niestety, był sobą, więc nie było mu głupio, był bezwstydny, poturbowany, ale zadowolony.
I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you