19.01.2025, 01:56 ✶
- Prawda - odrzekł, nawet jeśli nie był w stanie stwierdzić, czy mówiła szczerze, czy może ironicznie.
Był z nią szczery. Był wobec niej prawdziwy. Ujmując te kilka wyjątkowych sytuacji, o których nie chciał mówić, przez cały czas starał się zachowywać wobec niej właściwie. Kochał ją, szanował, adorował. To nie była ułuda. Nie była to poza czy gra.
Zawsze podskórnie liczył, że zdawała sobie z tego sprawę. Tak, był też przy tym świadomy, że dużo łatwiej było wybrać wersję całkowicie negującą wszystko, co jej napisał. Oczywiście, że dotarło do niego to zdanie, które o nim miała. Nie musiało paść wprost z jej malinowych ust. Nie był w stanie uciec przed świadomością, co o nim sądziła.
Wybrała ten rodzaj prawdy. Swoją własną prawdę. Nie jego. I miesiącami, choć dogłębnie tym zraniony, starał się to akceptować. Mówić sobie, że to było dobre rozwiązanie. Że jeśli dzięki nienawidzeniu go miała ułożyć sobie życie, być szczęśliwa i bezpieczna to było to poświęcenie, które mógł ponieść.
Tyle tylko, że później pojawiły się te pierwsze pogłoski o Longbottomie, które błyskawicznie eskalowały w coś znacznie większego. Zdecydowanie bardziej bolesnego. Czuł się naprawdę paskudnie, mimowolnie postanawiając odpowiedzieć swoją wersją wydarzeń na tą, którą usłyszał.
Ponownie - może nie bezpośrednio w jej niebieskie oczy, ale zdając sobie sprawę z tego, że jeśli kiedykolwiek posunęłaby się do tego, by o niego spytać (a wciąż jak ostatni debil liczył na to, że nie był jej aż tak obojętny, nawet jeśli już kogoś miała) mogłaby sparzyć się tak mocno jak jego paliła jej opinia.
Jeśli wcześniej jakkolwiek jeszcze powstrzymywał się przed powrotem do starych nawyków, to był dostateczny impuls, by pozwolił sobie całkowicie popłynąć. Ponownie brylując na salonach, podkreślając swój status wszędzie tam, gdzie mógł skorzystać z niego w ten jednoznaczny sposób. W tym jednym celu - by nie wrócić do domu na noc. W środku dnia, nad ranem, to nie miało większego znaczenia. Nigdy nie zostawał tak, by faktycznie zasnąć z kimś u boku. Nie zamierzał się do tego posuwać, nawet jeśli posuwał się do wielu innych rzeczy, bo nigdy tego nie robił. Nie zamierzał upadać aż tak nisko. Przynajmniej nie na tej płaszczyźnie.
Na innych upadł bowiem naprawdę nisko. Nie zamierzał nigdy o tym wspominać. Zrobił to tylko ten jeden raz. Nigdy więcej. Szczególnie nie w jakiejkolwiek rozmowie z Geraldine, tym bardziej, że przecież wkrótce nie mieli mieć już zbyt wielu okazji do szczerej rozmowy. Nie zamierzał aż tak bardzo się przed nią odsłaniać. Wbrew temu, co wcześniej mówiła, nie potrzebowali tego.
- Ależ uwierz mi, miałem ku temu swoje okazje - odpowiedział może trochę bardziej kąśliwie niż zamierzał, zaraz jednak usiłując złagodzić to uniesieniem kącików ust.
Mimo to, pomimo tego, że sam rozpoczął ich rozmowę, miał wrażenie, że zaczęli zjeżdżać w naprawdę śliskie rejony. W tematy, których wcale nie chciał poruszać, bo ostatnią rzeczą, jaką chciał robić na kacu zamiast troszczyć się o dziewczynę, na której mu zależało, było mówienie o tego typu chwilach.
O momentach, gdy nie tylko ona miała prawo czuć się zraniona. On też dostał od niej swoją porcję naprawdę parszywego, błędnego osądu, nawet jeśli chwilę później zadbał o to, aby miała w tym choć częściową rację. W tym momencie nadal unosił kąciki ust, ale jego spojrzenie stało się trochę bardziej rozgoryczone.
Cały czas rozmawiali o tym, co on jej zrobił. Nigdy nie poruszając tematu tego jaki to miało wpływ na jego. I nie, nie chciał narzekać. Nie chciał robić z siebie ofiary. Było mu do tego naprawdę daleko, ale kiedy tak to wszystko ujmowała, wcześniejszy żartobliwy ton stawał się trochę bardziej uszczypliwy. A on naprawdę nie potrzebował uszczypliwości w swoim kierunku, gdy próbował robić słuszną rzecz.
- A zaraz potem wytkniesz mi bycie osłem i to, że w istocie nie myślę? - w dalszym ciągu usiłował znaleźć złoty środek w żartach, które chyba nadal między sobą rzucali.
Tyle tylko, że to powoli przestawało być chociażby odrobinę zabawne i pocieszające a robiło się irytujące. Być może nie był w stanie czytać jej w myślach (i całe szczęście, bo wtedy zupełnie by go wkurwiła; częściowo przez to, że miała rację), ale zdecydowanie dostrzegał, że jego próby odciągnięcia uwagi Yaxleyówny działały.
Tyle tylko, że nie w tym kierunku, który sobie założył. W powietrzu coraz bardziej dało się wyczuć atmosferę gęstniejącego napięcia.
- Niby kiedy? - Spojrzał na nią wyzywająco, jednocześnie odsuwając się od niej wyłącznie na kilkanaście centymetrów - na tyle, by móc jej się przyjrzeć, ale jednocześnie nie wypuszczać dziewczyny z ramion.
No, niby kiedy nie grał fair? Jasne, nie grał czysto. To było nie do zaprzeczenia. Jednak miał do czynienia z profesjonalną zawodową łowczynią. Z kimś, kto ścigał zwierzynę nie dla rozrywki a po to, żeby ją dorwać. Oczywiście, że nawet jeśli był cholernie pewny swego, musiał zapewnić sobie odpowiednie warunki do tej konfrontacji. W innym wypadku sprawa mogłaby się rypnąć, bo był zbyt pijany zaś ona stanowczo nazbyt mocno go wtedy rozpraszała.
Wtedy i nie tylko wtedy. Tak właściwie to zawsze działała na niego naprawdę intensywnie. Niezależnie od momentu, w jakim się znajdowali czy tego jak wyglądała sytuacja między nimi. Geraldine miała na niego cholernie mocny wpływ. Co prawda nie zamierzał jej o tym informować. Nawet teraz nazwał to po prostu zwykłym rozpraszaniem, ale to zawsze było coś głębszego.
Coś, co pchnęło go ku niej po raz pierwszy, nawet jeśli wtedy nie byli jeszcze na tyle dojrzali, by móc czy chcieć z tym cokolwiek zrobić. Drugi tamtej burzowej nocy. Trzeci podczas balu. Czwarty, piąty, szósty, siedemnasty i tysięczny. Walczył z tym jako jej nieprzyjaciel. Walczył z tym także jako przyjaciel.
Odpuścił, gdy stali się parą, gdy zostali dla siebie kimś więcej niżeli wyłącznie przelotnymi kochankami. Naprawdę myślał, że tak będzie już zawsze. Nie szafował tym zawsze, na zawsze ani tym bardziej ich ulubionym, lekko groźnie brzmiącym do usranej śmierci po to, żeby sobie z nią pogrywać. Naprawdę miał to na myśli.
- Nie będzie takiej potrzeby. Dam ci strzelić z tej kuszy, skoro tak stawiasz sprawę. Dotrzymuję słowa, Geraldine, nawet jeśli sądzisz, że jest inaczej - stwierdził, tym razem sucho i bardziej oficjalnie niż żartobliwie.
Był z nią szczery. Był wobec niej prawdziwy. Ujmując te kilka wyjątkowych sytuacji, o których nie chciał mówić, przez cały czas starał się zachowywać wobec niej właściwie. Kochał ją, szanował, adorował. To nie była ułuda. Nie była to poza czy gra.
Zawsze podskórnie liczył, że zdawała sobie z tego sprawę. Tak, był też przy tym świadomy, że dużo łatwiej było wybrać wersję całkowicie negującą wszystko, co jej napisał. Oczywiście, że dotarło do niego to zdanie, które o nim miała. Nie musiało paść wprost z jej malinowych ust. Nie był w stanie uciec przed świadomością, co o nim sądziła.
Wybrała ten rodzaj prawdy. Swoją własną prawdę. Nie jego. I miesiącami, choć dogłębnie tym zraniony, starał się to akceptować. Mówić sobie, że to było dobre rozwiązanie. Że jeśli dzięki nienawidzeniu go miała ułożyć sobie życie, być szczęśliwa i bezpieczna to było to poświęcenie, które mógł ponieść.
Tyle tylko, że później pojawiły się te pierwsze pogłoski o Longbottomie, które błyskawicznie eskalowały w coś znacznie większego. Zdecydowanie bardziej bolesnego. Czuł się naprawdę paskudnie, mimowolnie postanawiając odpowiedzieć swoją wersją wydarzeń na tą, którą usłyszał.
Ponownie - może nie bezpośrednio w jej niebieskie oczy, ale zdając sobie sprawę z tego, że jeśli kiedykolwiek posunęłaby się do tego, by o niego spytać (a wciąż jak ostatni debil liczył na to, że nie był jej aż tak obojętny, nawet jeśli już kogoś miała) mogłaby sparzyć się tak mocno jak jego paliła jej opinia.
Jeśli wcześniej jakkolwiek jeszcze powstrzymywał się przed powrotem do starych nawyków, to był dostateczny impuls, by pozwolił sobie całkowicie popłynąć. Ponownie brylując na salonach, podkreślając swój status wszędzie tam, gdzie mógł skorzystać z niego w ten jednoznaczny sposób. W tym jednym celu - by nie wrócić do domu na noc. W środku dnia, nad ranem, to nie miało większego znaczenia. Nigdy nie zostawał tak, by faktycznie zasnąć z kimś u boku. Nie zamierzał się do tego posuwać, nawet jeśli posuwał się do wielu innych rzeczy, bo nigdy tego nie robił. Nie zamierzał upadać aż tak nisko. Przynajmniej nie na tej płaszczyźnie.
Na innych upadł bowiem naprawdę nisko. Nie zamierzał nigdy o tym wspominać. Zrobił to tylko ten jeden raz. Nigdy więcej. Szczególnie nie w jakiejkolwiek rozmowie z Geraldine, tym bardziej, że przecież wkrótce nie mieli mieć już zbyt wielu okazji do szczerej rozmowy. Nie zamierzał aż tak bardzo się przed nią odsłaniać. Wbrew temu, co wcześniej mówiła, nie potrzebowali tego.
- Ależ uwierz mi, miałem ku temu swoje okazje - odpowiedział może trochę bardziej kąśliwie niż zamierzał, zaraz jednak usiłując złagodzić to uniesieniem kącików ust.
Mimo to, pomimo tego, że sam rozpoczął ich rozmowę, miał wrażenie, że zaczęli zjeżdżać w naprawdę śliskie rejony. W tematy, których wcale nie chciał poruszać, bo ostatnią rzeczą, jaką chciał robić na kacu zamiast troszczyć się o dziewczynę, na której mu zależało, było mówienie o tego typu chwilach.
O momentach, gdy nie tylko ona miała prawo czuć się zraniona. On też dostał od niej swoją porcję naprawdę parszywego, błędnego osądu, nawet jeśli chwilę później zadbał o to, aby miała w tym choć częściową rację. W tym momencie nadal unosił kąciki ust, ale jego spojrzenie stało się trochę bardziej rozgoryczone.
Cały czas rozmawiali o tym, co on jej zrobił. Nigdy nie poruszając tematu tego jaki to miało wpływ na jego. I nie, nie chciał narzekać. Nie chciał robić z siebie ofiary. Było mu do tego naprawdę daleko, ale kiedy tak to wszystko ujmowała, wcześniejszy żartobliwy ton stawał się trochę bardziej uszczypliwy. A on naprawdę nie potrzebował uszczypliwości w swoim kierunku, gdy próbował robić słuszną rzecz.
- A zaraz potem wytkniesz mi bycie osłem i to, że w istocie nie myślę? - w dalszym ciągu usiłował znaleźć złoty środek w żartach, które chyba nadal między sobą rzucali.
Tyle tylko, że to powoli przestawało być chociażby odrobinę zabawne i pocieszające a robiło się irytujące. Być może nie był w stanie czytać jej w myślach (i całe szczęście, bo wtedy zupełnie by go wkurwiła; częściowo przez to, że miała rację), ale zdecydowanie dostrzegał, że jego próby odciągnięcia uwagi Yaxleyówny działały.
Tyle tylko, że nie w tym kierunku, który sobie założył. W powietrzu coraz bardziej dało się wyczuć atmosferę gęstniejącego napięcia.
- Niby kiedy? - Spojrzał na nią wyzywająco, jednocześnie odsuwając się od niej wyłącznie na kilkanaście centymetrów - na tyle, by móc jej się przyjrzeć, ale jednocześnie nie wypuszczać dziewczyny z ramion.
No, niby kiedy nie grał fair? Jasne, nie grał czysto. To było nie do zaprzeczenia. Jednak miał do czynienia z profesjonalną zawodową łowczynią. Z kimś, kto ścigał zwierzynę nie dla rozrywki a po to, żeby ją dorwać. Oczywiście, że nawet jeśli był cholernie pewny swego, musiał zapewnić sobie odpowiednie warunki do tej konfrontacji. W innym wypadku sprawa mogłaby się rypnąć, bo był zbyt pijany zaś ona stanowczo nazbyt mocno go wtedy rozpraszała.
Wtedy i nie tylko wtedy. Tak właściwie to zawsze działała na niego naprawdę intensywnie. Niezależnie od momentu, w jakim się znajdowali czy tego jak wyglądała sytuacja między nimi. Geraldine miała na niego cholernie mocny wpływ. Co prawda nie zamierzał jej o tym informować. Nawet teraz nazwał to po prostu zwykłym rozpraszaniem, ale to zawsze było coś głębszego.
Coś, co pchnęło go ku niej po raz pierwszy, nawet jeśli wtedy nie byli jeszcze na tyle dojrzali, by móc czy chcieć z tym cokolwiek zrobić. Drugi tamtej burzowej nocy. Trzeci podczas balu. Czwarty, piąty, szósty, siedemnasty i tysięczny. Walczył z tym jako jej nieprzyjaciel. Walczył z tym także jako przyjaciel.
Odpuścił, gdy stali się parą, gdy zostali dla siebie kimś więcej niżeli wyłącznie przelotnymi kochankami. Naprawdę myślał, że tak będzie już zawsze. Nie szafował tym zawsze, na zawsze ani tym bardziej ich ulubionym, lekko groźnie brzmiącym do usranej śmierci po to, żeby sobie z nią pogrywać. Naprawdę miał to na myśli.
- Nie będzie takiej potrzeby. Dam ci strzelić z tej kuszy, skoro tak stawiasz sprawę. Dotrzymuję słowa, Geraldine, nawet jeśli sądzisz, że jest inaczej - stwierdził, tym razem sucho i bardziej oficjalnie niż żartobliwie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down