19.01.2025, 13:43 ✶
Drgnęła niespokojnie, gdy drzwi ustąpiły. Nie spodziewała się reakcji, raczej zignorowania, toteż gdy drzwi na powrót się zamknęły, ta stała jeszcze przez chwilę, analizując sytuacje sprzed chwili.
Ojciec nie był w formie, ale było lepiej, a Ona miała nadzieje, że teraz będzie już tylko lepiej. Potrzebny był czas, dużo czasu. Robili postępy.
Odwróciła się na pięcie, schodząc na dół, aby nałożyć buty, oraz przyodziać czarny płaszcz. Nasunęła na głowę czarny kapelusz, przejeżdżając dłonią po jego rąbku, jakoby chciała go odpowiednio ułożyć.
Jej ubiór jednak nie kojarzył się żałobnie, głównie dlatego że Scarlett od zawsze lubowała się w czerni, a kolory jeśli nosiła to raczej stonowane. Zawsze elegancko - więc i tym razem można by stwierdzić, że wygląda jak zwykle.
Rzuciła ojcu badawcze spojrzenie, gdy zjawił się na dole. Ostatnie dni były niczym sen, a cały sierpień niczym chaos. Tyle się wydarzyło i to nawet nie chodziło o śmierć wuja, która była ciosem dla domowników i kością niezgody między nią i Charlesem.
Gdy był gotowy, dziewczyna skinęła głową i otworzyła drzwi. Chłodny powiew wiatru rozwiał im włosy, co zmusiło Scarlett do podtrzymania jesiennego kapelusza, aby ten nie odleciał nigdzie. Między ich nogami przemknął Lucyfer, czarny zwierz rósł jak na drożdżach i coraz bardziej zaczynał przypominać kocura, chociaż wciąż niewyrośniętego i sporo mu brakowało. Jego futerko było długie i lśniące, a jednak o dziwo nigdzie nie zostawiał sierści. Kocurek przeszedł kilka kroków po czym zawrócił i zakręcił się przy nogach dziewczyny, aby zrównać z nią kroku i wiernie, niczym pies, podążać tuż przy jej nodze.
-Pogoda nam dopisuje - stwierdziła, zalewając spojrzeniem okolice. Cóż, może upału nie było, a jednak było wciąż dość ciepło, w dodatku niebo było łaskawe i bezchmurne. Liczyła, że tak pozostanie. Ostatnie czego im brakowało to zimny prysznic.
-A wiesz... - podjęła, chcąc rzucić pierwszy temat - Wraz z dzisiejszym dniem stałam się oficjalnie stażystką w kancelarii prawnej...- uniosła na niego spojrzenie - Od połowy sierpnia zaczęłam wdrążać się we wszystko, by zadecydować czy to aby na pewno dla mnie... - wymruczała, będąc wdzięczna prababce, że dała jej możliwość zdecydowania chwilę później. Było ciężko, a jednak możliwość zrobienia porządnej, poważnej kariery kusiła. Będzie jej małą cegiełką którą dołoży, aby ich nazwisko zyskało coś co nie było kontrowersją, ani uszczerbkiem na honorze.
Było tyle rzeczy o których nie mówiła ojcu - akurat to nie były sekrety, nic co chciałaby ukryć, po prostu czas nie był im łaskawy. W sierpniu jej życie wskoczyło na wyższe obroty. Lawirowanie między Baldwinem, kancelarią, Faye, lasem samobójców i domem w którym stała się bardziej gościem, aniżeli domownikiem. Acz ona wiecznie się włóczyła i nigdy typem domownika nie była. Ojciec wtem był zajęty i nie mieli czasu by wyjść i poplotkować, w dodatku wtedy jeszcze nie podjęła decyzji. A potem... potem zdarzyło się coś co rzuciło na dom czarny cień. Cień, który zniechęcał dziewczynę do powrotu. Przeraźliwa cisza, szloch Sophii, której nie potrafiła pomóc mimo starań. Miała wrażenie jakoby w domu zatrzymała się śmierć, a powietrze stało się wyjątkowo ciężkie, wręcz duszące. Jakby czas się zatrzymał. Chciała uciec - i niekiedy pozwalała sobie to uczynić, spędzić trochę czasu z Malfoyem, który odciągał jej myśli od rzeczywistości, wspierał i pozwalał zapomnieć. Lubiła jego obecność, głównie dlatego, że będąc obok miała wrażenie, że nie jest "zbyt". Zbyt głośna, zbyt niestabilna, zbyt pyskata, zbyt niepokorna - jemu to nie przeszkadzało. Jakoby akceptował i nie chciał zmieniać, ingerować - szanując i wspierając jej decyzje, nawet jeśli się z nimi nie do końca zgadzał. Prawdopodobnie to dzięki niemu łagodniej przyjęła zgrzyt jaki nastąpił między nią, a bratem. Był niczym amortyzująca poduszka podczas ów sytuacji.
-Mam nadzieje, że nie będzie dziś padać... później widzę się z Baldwinem, myślałam, że może wyjdziemy gdzieś, ale coś... nie ufam dzisiejszej pogodzie...-wymruczała, lustrując uważnie niebo. Pogoda nie wyglądała na taką jakby miała się zmienić, aczkolwiek byli w Anglii, tutaj w kwestii pogody nigdy nie można było być pewnym. Samo imię chłopaka Richard już słyszał, a pierwsze wspomnienie padło przy przytarganiu Lucyfera do domu, gdy przyznała, że to nie był prezent, a raczej legalna kradzież, której się dopuściła. Wspomnienie jego imienia dało jasny sygnał, że od tamtego czasu dziewczyna dalej widywała się z Malfoyem, chociaż mógł zakładać, że ich relacja nie jest pewna, stabilna czy ukierunkowana, gdyż nie przyprowadziła go do domu. A ona nie zwykła marnować czasu ojca na niepewne znajomości. A jednak nie wspomniała przypadkiem jego imienia, dawała ojcu znać, subtelny sygnał, że ktoś taki jak Baldwin Malfoy istnieje w jej świecie i by był tego świadomy. Zresztą jeżeli Richard zerkał za zasłonięte zasłony mógł go raz czy dwa dostrzec - jak młody blondyn odchodzi spod kamienicy w towarzystwie Mulciber, gdy ta opuszczała domostwo.
Ojciec nie był w formie, ale było lepiej, a Ona miała nadzieje, że teraz będzie już tylko lepiej. Potrzebny był czas, dużo czasu. Robili postępy.
Odwróciła się na pięcie, schodząc na dół, aby nałożyć buty, oraz przyodziać czarny płaszcz. Nasunęła na głowę czarny kapelusz, przejeżdżając dłonią po jego rąbku, jakoby chciała go odpowiednio ułożyć.
Jej ubiór jednak nie kojarzył się żałobnie, głównie dlatego że Scarlett od zawsze lubowała się w czerni, a kolory jeśli nosiła to raczej stonowane. Zawsze elegancko - więc i tym razem można by stwierdzić, że wygląda jak zwykle.
Rzuciła ojcu badawcze spojrzenie, gdy zjawił się na dole. Ostatnie dni były niczym sen, a cały sierpień niczym chaos. Tyle się wydarzyło i to nawet nie chodziło o śmierć wuja, która była ciosem dla domowników i kością niezgody między nią i Charlesem.
Gdy był gotowy, dziewczyna skinęła głową i otworzyła drzwi. Chłodny powiew wiatru rozwiał im włosy, co zmusiło Scarlett do podtrzymania jesiennego kapelusza, aby ten nie odleciał nigdzie. Między ich nogami przemknął Lucyfer, czarny zwierz rósł jak na drożdżach i coraz bardziej zaczynał przypominać kocura, chociaż wciąż niewyrośniętego i sporo mu brakowało. Jego futerko było długie i lśniące, a jednak o dziwo nigdzie nie zostawiał sierści. Kocurek przeszedł kilka kroków po czym zawrócił i zakręcił się przy nogach dziewczyny, aby zrównać z nią kroku i wiernie, niczym pies, podążać tuż przy jej nodze.
-Pogoda nam dopisuje - stwierdziła, zalewając spojrzeniem okolice. Cóż, może upału nie było, a jednak było wciąż dość ciepło, w dodatku niebo było łaskawe i bezchmurne. Liczyła, że tak pozostanie. Ostatnie czego im brakowało to zimny prysznic.
-A wiesz... - podjęła, chcąc rzucić pierwszy temat - Wraz z dzisiejszym dniem stałam się oficjalnie stażystką w kancelarii prawnej...- uniosła na niego spojrzenie - Od połowy sierpnia zaczęłam wdrążać się we wszystko, by zadecydować czy to aby na pewno dla mnie... - wymruczała, będąc wdzięczna prababce, że dała jej możliwość zdecydowania chwilę później. Było ciężko, a jednak możliwość zrobienia porządnej, poważnej kariery kusiła. Będzie jej małą cegiełką którą dołoży, aby ich nazwisko zyskało coś co nie było kontrowersją, ani uszczerbkiem na honorze.
Było tyle rzeczy o których nie mówiła ojcu - akurat to nie były sekrety, nic co chciałaby ukryć, po prostu czas nie był im łaskawy. W sierpniu jej życie wskoczyło na wyższe obroty. Lawirowanie między Baldwinem, kancelarią, Faye, lasem samobójców i domem w którym stała się bardziej gościem, aniżeli domownikiem. Acz ona wiecznie się włóczyła i nigdy typem domownika nie była. Ojciec wtem był zajęty i nie mieli czasu by wyjść i poplotkować, w dodatku wtedy jeszcze nie podjęła decyzji. A potem... potem zdarzyło się coś co rzuciło na dom czarny cień. Cień, który zniechęcał dziewczynę do powrotu. Przeraźliwa cisza, szloch Sophii, której nie potrafiła pomóc mimo starań. Miała wrażenie jakoby w domu zatrzymała się śmierć, a powietrze stało się wyjątkowo ciężkie, wręcz duszące. Jakby czas się zatrzymał. Chciała uciec - i niekiedy pozwalała sobie to uczynić, spędzić trochę czasu z Malfoyem, który odciągał jej myśli od rzeczywistości, wspierał i pozwalał zapomnieć. Lubiła jego obecność, głównie dlatego, że będąc obok miała wrażenie, że nie jest "zbyt". Zbyt głośna, zbyt niestabilna, zbyt pyskata, zbyt niepokorna - jemu to nie przeszkadzało. Jakoby akceptował i nie chciał zmieniać, ingerować - szanując i wspierając jej decyzje, nawet jeśli się z nimi nie do końca zgadzał. Prawdopodobnie to dzięki niemu łagodniej przyjęła zgrzyt jaki nastąpił między nią, a bratem. Był niczym amortyzująca poduszka podczas ów sytuacji.
-Mam nadzieje, że nie będzie dziś padać... później widzę się z Baldwinem, myślałam, że może wyjdziemy gdzieś, ale coś... nie ufam dzisiejszej pogodzie...-wymruczała, lustrując uważnie niebo. Pogoda nie wyglądała na taką jakby miała się zmienić, aczkolwiek byli w Anglii, tutaj w kwestii pogody nigdy nie można było być pewnym. Samo imię chłopaka Richard już słyszał, a pierwsze wspomnienie padło przy przytarganiu Lucyfera do domu, gdy przyznała, że to nie był prezent, a raczej legalna kradzież, której się dopuściła. Wspomnienie jego imienia dało jasny sygnał, że od tamtego czasu dziewczyna dalej widywała się z Malfoyem, chociaż mógł zakładać, że ich relacja nie jest pewna, stabilna czy ukierunkowana, gdyż nie przyprowadziła go do domu. A ona nie zwykła marnować czasu ojca na niepewne znajomości. A jednak nie wspomniała przypadkiem jego imienia, dawała ojcu znać, subtelny sygnał, że ktoś taki jak Baldwin Malfoy istnieje w jej świecie i by był tego świadomy. Zresztą jeżeli Richard zerkał za zasłonięte zasłony mógł go raz czy dwa dostrzec - jak młody blondyn odchodzi spod kamienicy w towarzystwie Mulciber, gdy ta opuszczała domostwo.