Izolacja była najgorszą z kar, którą wymierzał Dumie, kiedy nie był w stanie go opanować. Ludzie powiedzieliby - ale jak to? Największą karą jest klaps! Nie. Przemoc rodziła przemoc, nie była odpowiedzią na żadne pytanie, a pies nie rozumiał, dlaczego ta sama dłoń bije i głaszcze. Pies... z ludźmi było podobnie. Raz zadany cios jeszcze sobie tłumaczyłeś - bardzo zły dzień, bardzo ostra kłótnia, alkohol, narkotyki, Mars nie po tej stronie układu słonecznego. Potem przychodził drugi raz. Czy to nadal zły dzień? Bardzo ostra kłótnia? Czy to alkohol, narkotyki, Mars jeszcze dalej niż być powinien? Trzeci raz. Wyjątki były i będą. Niestety wyjątki miały brzydką tendencję do stawania się regułami.
Łudził się, że Flynn by tam wrócił. Nawet gdyby nie było tam tego frajera - wróciłby. Ta ułuda stała pod znakiem zapytania z przyzwyczajeń. W końcu... niewiele osób wracało. Ale Flynn by tego nie zrobił, wrócił w restauracji - wróciłby i tam. Ale to trwało, przeciągało się. Stracił poczucie czasu, ale pewnie minęło i tak mniej tych minut, niż mu się wydawało. Ani tam, ani tutaj, zostawienie Flynna za swoimi plecami nie było dobrym rozwiązaniem. Było tylko brzydką podpowiedzią zranionych emocji i jego jeszcze brzydszej tendencji do... do czego w sumie? Och, zgrozo - przecież z jaką podłością potraktował Alexandra, rzucając mu monetą pod nogi jak żebrakowi, który nie zasłużył nawet na jedno jego spojrzenie - co dopiero zainteresowanie. Nie lubił tego w sobie. A najbardziej nie lubił, kiedy to się wymykało i puszczał lejce kontroli. Gdyby nie był takim małym, upartym skurwysynem to być może stajnia by nie spłonęła. Abraksan by nie zginął. Musiałby tylko... pochylić głowę. Tylko. I tylko teraz musiał tę głowę ostudzić i wyjaśnić samemu sobie, że ze wszystkich możliwych opcji zachowań, jakie miał w swoim wachlarzu, to zostawienie Flynna i strzelenie foszka było tą najgorszą. Już żałował zresztą tego, co powiedział - że go powinien zostawić. Takich rzeczy... nie powinno się mówić.
Znów się jąkał. Problem, który zadziwiająco mało się pojawił przez te dni, jakie mijały. Stres? Poczucie winy? Pewnie jeszcze inne czynniki na to wpływały. Och, jakże to smutno brzmiało... łatwo było roztopić złość Laurenta. Nie odpowiedział od razu. Chwilę tak stał, ale już nie zamykał oczu. Jak teraz to wszystko z niego schodziło to przestał ufać zdolności utrzymania pionu, gdyby znów zanurzył się w czerni. Stanął naprzeciw Flynna i kucnął przed nim, sięgając dłońmi po jego dłonie.
- Musiało ci być ciężko. Wśród tych wszystkich ludzi. - JCzłowiek, który potrzebował krzyczeć i biegać, kiedy emocje uderzały w niego za mocno. Pogładził kciukiem czule jego palce. - Zabierz nas do domu.
Czy też powinien go przeprosić? Wydawało mu się, że tak. Za to, że dobrał taki moment, że to powiedział bez zastanowienia, że go nie zapytał najpierw - przedstawił go przed faktem. Tylko... nie chciał przepraszać. To było dla jego dobra - czy on w ogóle brał to pod uwagę? Jego wyobrażenie o tym, jak traktowali go poprzedni partnerzy nie było najlepsze. W zasadzie miał na to całkiem krzywy pogląd. Dodajcie do tego jakże chwiejny charakter Flynna - tam musiały się dziać rzeczy niestworzone.
Był w stanie przełamać ten schemat? Był w stanie znaleźć sobie tyle cierpliwości i wyrozumiałości, żeby przy tym nie zniszczyć samego siebie?