19.01.2025, 23:45 ✶
Ich rozmowa nie mogła przebiegać bardziej nienaturalnie. Paradoksem było to, że niedawne koszmary Geraldine nie miały z tym najmniejszego związku. To nie nocne mary, nie cienie i demony. To oni sami to sobie robili. Zamiast próbować korzystać z darowanego sobie czasu, kolejny raz prowadzili się ku kłótni. A przecież tego nie chcieli.
Odpowiedzi Riny były krótkie. Krótsze niż zazwyczaj, bardziej milczące i urywkowe niż kiedykolwiek. Kiedyś mogli powiedzieć sobie wszystko. Teraz siedzieli w ciszy. Ciało przy ciele, bo nadal odejmował ją ramieniem, ale jednocześnie mile morskie od siebie. Dryfowali na fali niewypowiedzianych słów, oddalając się coraz bardziej i bardziej.
Już wkrótce nie miało być niczego. Tylko bezkresny, pusty horyzont i ciemna toń dookoła niego. Zupełnie tak jak przez te wszystkie ostatnie miesiące. To było nieuniknione, ale ta świadomość wcale niczego nie ułatwiała. To, że byli szczerzy co do tego, co nie czekało na nich na zewnątrz, nie przynosiło ulgi. Jakżeby miało?
Nie musiała wytykać mu niczego na głos. Bez tego również zdawał sobie sprawę ze wszystkich wyrzutów, jakie do niego miała. Z tego, o czym mówiła, w co wierzyła tak długo i uparcie, że szybko stało się jej własną wersją prawdy.
Zresztą nie był lepszy, czyż nie? Zrobił aż nadto, by ułatwić jej sprawę, udowodnić, że miała rację, dać otoczeniu do zrozumienia, że odniesione przez niego rany nie były niczym głębokim. Jedynie powierzchownym zadrapaniem. Był młody, konwencjonalnie atrakcyjny, bogaty, umiał się zachować, potrafił osiągnąć to, na czym mu zależało. Przynajmniej w tym nieistotnym, nieco żałośnie nieważnym zakresie.
Wszystko inne, te prawdziwe oczekiwania raz po raz były poddawane kolejnemu testowi. Tu od miesięcy miał wrażenie, że kręci się w kółko, goniąc za czymś, czego nigdy nie miał trzymać w swoich dłoniach. Nawet teraz, gdy obejmował ramionami dziewczynę, która niegdyś była dla niego wszystkim.
Teraz? Nie potrafili odnaleźć tego, co przez chwilę znów było ich. A teraz mieli stąd tak po prostu wyjść?
- Nie. Nie w ten sposób - przez ten cały czas spoglądał na twarz Geraldine, na jej przymknięte usta i zaciśnięte powieki.
Nie musiała nic mówić, zdawał sobie sprawę z tego, że właśnie w tym momencie dusiła w sobie słowa, by nie powiedzieć ich na głos. Nie wiedział jak by brzmiały, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że nie byłyby dla nich niczym dobrym. Zazwyczaj wolał wybierać szczerość, jednakże nie zawsze im ona służyła. Ostatnio była wręcz gorsza niż kiedykolwiek.
Zreflektował się. Przynajmniej usiłował się zreflektować. Zaczerpnąć cichy wdech, samemu również na kilka sekund zamykając oczy. Walcząc z tępym łupaniem w czaszce, suchością w ustach i narastającym ciężarem w piersi.
Nie chciał być na nią zły. Wcale nie pragnął czuć tej całej irytacji. Nie rozumiał, skąd to wszystko się działo, dlaczego było tak jak było, bo wcale nie próbował tego zrozumieć. Analizowanie sytuacji niewiele by zmieniło. Poza tym, że prawdopodobnie jeszcze bardziej wszystko by zrujnowało.
A ich życie przecież już było ruderą. Ich dom był cmentarzyskiem wspomnień. Ich bezpieczne miejsce rozpadało się na ich oczach zaś oni nie robili nic, aby nie dać mu runąć. Tak, powiedzieli sobie, że pozostaną tu na tyle długo, by coś naprawić. Tyle tylko, że ten najbardziej istotny, najważniejszy fragment nie był do odratowania. Nie mogli naprawić tego, co mogłoby zmienić dosłownie wszystko inne.
Mogli tylko kręcić się dookoła, nie patrząc w kierunku dziury ziejącej w samym środku przestrzeni pomiędzy nimi. Tym razem starać się choć na chwilę nie spoglądać w pustkę, obawiając się, że ona wreszcie ponownie spojrzy ku nim.
Unosząc jedną rękę, starał się zignorować niemal niedostrzegalne drżenie palców. Mógł zwalić to na schodzące z niego upojenie alkoholowe. Kac był zawsze doskonałym powodem do wyjaśnienia wszystkich ruchów i decyzji, każdego szczegółu, nawet jeśli ten nie był z nim związany. Tak jak bycie pijanym, nie panowanie nad sobą w stanie nietrzeźwości umysłu.
- Nie chcę cię krzywdzić - odezwał się tak cicho, że niemal bezgłośnie, pierwszy raz formułując te słowa w ten sposób: na głos, jednocześnie wyciągając opuszki palców, żeby musnąć nimi jej policzek, odgarniając włosy z twarzy Yaxleyówny. - To nie powinno być pole bitwy - to czyli ich sypialnia, to czyli Piaskownica, to czyli każda przestrzeń, w jakiej się znajdowali i w której prędzej czy później mieli pojawić się wspólnie, lecz nie razem.
Nie mógł cofnąć wypowiedzianych słów. Zdanie Geraldine nie było mu obojętne. Nie ignorował tego, co mu mówiła. Nie starał się odtrącić jej tylko po to, żeby cokolwiek sobie, jej czy im udowodnić. Nie po to, aby postawić na swoim. To nie było tak proste, nigdy nie miało być.
Nie chciał składać jej obietnic bez pokrycia. Nie widział innego wyjścia jak tylko pozostawać przy swoim stanowisku, nawet jeśli powtarzanie tych samych słów (nieważne czy we własnej głowie, czy na głos) bolało go znacznie bardziej niż to pokazywał.
Nie chciał być jej czarnym charakterem. Kłamać, łgać, wykręcać się od czegokolwiek, co było związane z ich relacją. Z tym, co przecież zawsze było dla niego najważniejsze. Szczególnie, gdy dawał te słowo właśnie jej. Wtedy liczyło się jeszcze bardziej. Poczucie, że do samego końca, do jego usranej śmierci miała nie wierzyć w żadne jego słowo, bo wtedy go nie dotrzymał...
...to piekło żywym ogniem. Tym bardziej, że wiedział. Zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo zawalił. Że zniszczył zaufanie budowlane między nimi przez lata. Że tak było lepiej - odizolować się od niego emocjonalnie, kwestionować wszystkie jego pobudki, podważać wartość tego, co mówił, nawet jeśli tylko żartował.
Powinien nie tylko mieć tego świadomość, lecz także wziąć za to pełną odpowiedzialność. Tyle tylko, że w tym momencie znów czuł się tak jak wtedy, kiedy pierwszy raz ciśnięto mu w twarz jej słowa. Zupełnie tak jak w momencie, w którym dotarło do niego, że ten przekaz nie był po prostu wykrzywieniem rzeczywistości, które miało go zaboleć do żywego.
To był cytat. Może nie bezpośredni, ale dostatecznie bliski oryginalnym słowom, aby mieć pewność, że Rina naprawdę je wypowiedziała. Po pięciu latach związku, ponad sześciu latach orbitowania wokół siebie nawzajem, poznawania się praktycznie od każdej strony, zakwestionowała wszystko, co próbował po sobie pozostawić.
A potem uderzyła też w istotę tego, co mieli. Dwa dni temu podczas ich kłótni to sprawiło, że słowa o byciu pewną, że prędzej czy później ją zostawi uderzyły jeszcze bardziej. Mogła mówić mu, że rzuciła je pochopnie, że nie miała tego na myśli, że chciała go tak po prostu ugodzić, bo podświadomie wiedziała, w które miejsce wymierzyć cios.
Po pijaku nawet jej w to uwierzył. Chciał jej wierzyć, jednak wraz z orzeźwieniem przyszła także świadomość, że już wcześniej to słyszał. Nie od niej, nie prosto w twarz, nie dokładnie w ten sposób, jednak istota była taka sama.
Zaczerpnął powietrza w palące płuca, jednocześnie moment później zamykając usta. Uśmiechnął się, przynajmniej uniósł kąciki ust, ale jego oczy pozostały matowe i zmęczone. Cofnął dłoń z miękkiego, ciepłego policzka dziewczyny. Następnie również ramię z jej ciała, puszczając talię Geraldine i odsuwając się od niej na łóżku. Spuścił nogi na podłogę, jednocześnie wyciągając rękę ku szafie, by podać Yaxleyównie szlafrok.
- Rozpaliłem. Zaraz powinno być ciepłej - poinformował ją tak, jakby jeszcze chwilę temu nie było między nimi ciężko i ponuro. - Znajdź tą swoją kuszę. Mówię na serio. Pewnie jest gdzieś na strychu - starał się zabrzmieć luźno, ale na tyle zdecydowanie, żeby znowu nie zaczęła wytykać mu tego, że robił to w wymuszony sposób.
Zresztą tak - nigdy nie pałał ku temu entuzjazmem i nigdy nie miał zapałać, ale zakład był zakładem, tak? Mimo wszystko.
Odpowiedzi Riny były krótkie. Krótsze niż zazwyczaj, bardziej milczące i urywkowe niż kiedykolwiek. Kiedyś mogli powiedzieć sobie wszystko. Teraz siedzieli w ciszy. Ciało przy ciele, bo nadal odejmował ją ramieniem, ale jednocześnie mile morskie od siebie. Dryfowali na fali niewypowiedzianych słów, oddalając się coraz bardziej i bardziej.
Już wkrótce nie miało być niczego. Tylko bezkresny, pusty horyzont i ciemna toń dookoła niego. Zupełnie tak jak przez te wszystkie ostatnie miesiące. To było nieuniknione, ale ta świadomość wcale niczego nie ułatwiała. To, że byli szczerzy co do tego, co nie czekało na nich na zewnątrz, nie przynosiło ulgi. Jakżeby miało?
Nie musiała wytykać mu niczego na głos. Bez tego również zdawał sobie sprawę ze wszystkich wyrzutów, jakie do niego miała. Z tego, o czym mówiła, w co wierzyła tak długo i uparcie, że szybko stało się jej własną wersją prawdy.
Zresztą nie był lepszy, czyż nie? Zrobił aż nadto, by ułatwić jej sprawę, udowodnić, że miała rację, dać otoczeniu do zrozumienia, że odniesione przez niego rany nie były niczym głębokim. Jedynie powierzchownym zadrapaniem. Był młody, konwencjonalnie atrakcyjny, bogaty, umiał się zachować, potrafił osiągnąć to, na czym mu zależało. Przynajmniej w tym nieistotnym, nieco żałośnie nieważnym zakresie.
Wszystko inne, te prawdziwe oczekiwania raz po raz były poddawane kolejnemu testowi. Tu od miesięcy miał wrażenie, że kręci się w kółko, goniąc za czymś, czego nigdy nie miał trzymać w swoich dłoniach. Nawet teraz, gdy obejmował ramionami dziewczynę, która niegdyś była dla niego wszystkim.
Teraz? Nie potrafili odnaleźć tego, co przez chwilę znów było ich. A teraz mieli stąd tak po prostu wyjść?
- Nie. Nie w ten sposób - przez ten cały czas spoglądał na twarz Geraldine, na jej przymknięte usta i zaciśnięte powieki.
Nie musiała nic mówić, zdawał sobie sprawę z tego, że właśnie w tym momencie dusiła w sobie słowa, by nie powiedzieć ich na głos. Nie wiedział jak by brzmiały, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że nie byłyby dla nich niczym dobrym. Zazwyczaj wolał wybierać szczerość, jednakże nie zawsze im ona służyła. Ostatnio była wręcz gorsza niż kiedykolwiek.
Zreflektował się. Przynajmniej usiłował się zreflektować. Zaczerpnąć cichy wdech, samemu również na kilka sekund zamykając oczy. Walcząc z tępym łupaniem w czaszce, suchością w ustach i narastającym ciężarem w piersi.
Nie chciał być na nią zły. Wcale nie pragnął czuć tej całej irytacji. Nie rozumiał, skąd to wszystko się działo, dlaczego było tak jak było, bo wcale nie próbował tego zrozumieć. Analizowanie sytuacji niewiele by zmieniło. Poza tym, że prawdopodobnie jeszcze bardziej wszystko by zrujnowało.
A ich życie przecież już było ruderą. Ich dom był cmentarzyskiem wspomnień. Ich bezpieczne miejsce rozpadało się na ich oczach zaś oni nie robili nic, aby nie dać mu runąć. Tak, powiedzieli sobie, że pozostaną tu na tyle długo, by coś naprawić. Tyle tylko, że ten najbardziej istotny, najważniejszy fragment nie był do odratowania. Nie mogli naprawić tego, co mogłoby zmienić dosłownie wszystko inne.
Mogli tylko kręcić się dookoła, nie patrząc w kierunku dziury ziejącej w samym środku przestrzeni pomiędzy nimi. Tym razem starać się choć na chwilę nie spoglądać w pustkę, obawiając się, że ona wreszcie ponownie spojrzy ku nim.
Unosząc jedną rękę, starał się zignorować niemal niedostrzegalne drżenie palców. Mógł zwalić to na schodzące z niego upojenie alkoholowe. Kac był zawsze doskonałym powodem do wyjaśnienia wszystkich ruchów i decyzji, każdego szczegółu, nawet jeśli ten nie był z nim związany. Tak jak bycie pijanym, nie panowanie nad sobą w stanie nietrzeźwości umysłu.
- Nie chcę cię krzywdzić - odezwał się tak cicho, że niemal bezgłośnie, pierwszy raz formułując te słowa w ten sposób: na głos, jednocześnie wyciągając opuszki palców, żeby musnąć nimi jej policzek, odgarniając włosy z twarzy Yaxleyówny. - To nie powinno być pole bitwy - to czyli ich sypialnia, to czyli Piaskownica, to czyli każda przestrzeń, w jakiej się znajdowali i w której prędzej czy później mieli pojawić się wspólnie, lecz nie razem.
Nie mógł cofnąć wypowiedzianych słów. Zdanie Geraldine nie było mu obojętne. Nie ignorował tego, co mu mówiła. Nie starał się odtrącić jej tylko po to, żeby cokolwiek sobie, jej czy im udowodnić. Nie po to, aby postawić na swoim. To nie było tak proste, nigdy nie miało być.
Nie chciał składać jej obietnic bez pokrycia. Nie widział innego wyjścia jak tylko pozostawać przy swoim stanowisku, nawet jeśli powtarzanie tych samych słów (nieważne czy we własnej głowie, czy na głos) bolało go znacznie bardziej niż to pokazywał.
Nie chciał być jej czarnym charakterem. Kłamać, łgać, wykręcać się od czegokolwiek, co było związane z ich relacją. Z tym, co przecież zawsze było dla niego najważniejsze. Szczególnie, gdy dawał te słowo właśnie jej. Wtedy liczyło się jeszcze bardziej. Poczucie, że do samego końca, do jego usranej śmierci miała nie wierzyć w żadne jego słowo, bo wtedy go nie dotrzymał...
...to piekło żywym ogniem. Tym bardziej, że wiedział. Zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo zawalił. Że zniszczył zaufanie budowlane między nimi przez lata. Że tak było lepiej - odizolować się od niego emocjonalnie, kwestionować wszystkie jego pobudki, podważać wartość tego, co mówił, nawet jeśli tylko żartował.
Powinien nie tylko mieć tego świadomość, lecz także wziąć za to pełną odpowiedzialność. Tyle tylko, że w tym momencie znów czuł się tak jak wtedy, kiedy pierwszy raz ciśnięto mu w twarz jej słowa. Zupełnie tak jak w momencie, w którym dotarło do niego, że ten przekaz nie był po prostu wykrzywieniem rzeczywistości, które miało go zaboleć do żywego.
To był cytat. Może nie bezpośredni, ale dostatecznie bliski oryginalnym słowom, aby mieć pewność, że Rina naprawdę je wypowiedziała. Po pięciu latach związku, ponad sześciu latach orbitowania wokół siebie nawzajem, poznawania się praktycznie od każdej strony, zakwestionowała wszystko, co próbował po sobie pozostawić.
A potem uderzyła też w istotę tego, co mieli. Dwa dni temu podczas ich kłótni to sprawiło, że słowa o byciu pewną, że prędzej czy później ją zostawi uderzyły jeszcze bardziej. Mogła mówić mu, że rzuciła je pochopnie, że nie miała tego na myśli, że chciała go tak po prostu ugodzić, bo podświadomie wiedziała, w które miejsce wymierzyć cios.
Po pijaku nawet jej w to uwierzył. Chciał jej wierzyć, jednak wraz z orzeźwieniem przyszła także świadomość, że już wcześniej to słyszał. Nie od niej, nie prosto w twarz, nie dokładnie w ten sposób, jednak istota była taka sama.
Zaczerpnął powietrza w palące płuca, jednocześnie moment później zamykając usta. Uśmiechnął się, przynajmniej uniósł kąciki ust, ale jego oczy pozostały matowe i zmęczone. Cofnął dłoń z miękkiego, ciepłego policzka dziewczyny. Następnie również ramię z jej ciała, puszczając talię Geraldine i odsuwając się od niej na łóżku. Spuścił nogi na podłogę, jednocześnie wyciągając rękę ku szafie, by podać Yaxleyównie szlafrok.
- Rozpaliłem. Zaraz powinno być ciepłej - poinformował ją tak, jakby jeszcze chwilę temu nie było między nimi ciężko i ponuro. - Znajdź tą swoją kuszę. Mówię na serio. Pewnie jest gdzieś na strychu - starał się zabrzmieć luźno, ale na tyle zdecydowanie, żeby znowu nie zaczęła wytykać mu tego, że robił to w wymuszony sposób.
Zresztą tak - nigdy nie pałał ku temu entuzjazmem i nigdy nie miał zapałać, ale zakład był zakładem, tak? Mimo wszystko.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down