• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[05.71] Pijany Mistrz, władca butelek, widział wszystko, pamięta niewiele | A.G & A.T

[05.71] Pijany Mistrz, władca butelek, widział wszystko, pamięta niewiele | A.G & A.T
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
20.01.2025, 05:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.01.2025, 05:41 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Z każdym dniem stawał się coraz bardziej swojski. Przemiana była zaskakująca. Pierwsze dni były w miarę spokojne. Ambroise jeszcze jakoś trzymał się na nogach, usiłując załatwiać swoje sprawy i nawet nie myśląc o tym, by umoczyć ryja w czymś mocniejszym niż lokalne whisky (chrzczone - rzecz jasna) siedząc przy barze w oczekiwaniu na jedno z wielu spotkań. Wcale nie planował dać się pochłonąć nokturnskiej czarnej dziurze, przecież nie bywając tu od święta, tylko stosunkowo często. Niemal nigdy nie miewał podobnych przeżyć. Zazwyczaj z powodzeniem domykał swoje interesy, po czym wracał do domu.
No, właśnie. Niemal, zazwyczaj i domu. Trzy bardzo kluczowe słowa.
Niemal, bowiem zaledwie nieco ponad trzy lata wstecz zdarzyło mu się nienaumyślnie przepaść na pięć dni.
Zazwyczaj, ponieważ tamtego razu zebrał tak sążny wpierdol, że znalazł się jedną nogą za Zasłoną. I choć trudno byłoby powiedzieć, że wrócił z Nokturnu w stanie, w którym nie poznałaby go jego własna matka (umówmy się: ona nie poznałaby go nawet w całkowicie przyzwoitym wydaniu) z pewnością przyprawił swoją dziewczynę o cholernie mocny stres. Szczególnie, że Geraldine nigdy nie była medycznym orłem, nagle musząc wznieść się na wyżyny swoich umiejętności, żeby utrzymać go przy życiu.
Domu. Czy musiał tu wiele dodawać? Nie miał domu, obecnie nie próbując poczynić żadnych kroków ku temu, aby zrobić coś z tym faktem. Nie, gdy skupił się na tu i teraz, bardzo szybko tracąc przy tym zdolność oceny sytuacji. Już na samym początku władował się w bagno, którego mógłby uniknąć, gdyby tylko pomyślał o własnych ruchach.
Zamiast tego zaliczył kolejny sążny wpierdol i co najmniej trzydniową odcinkę. Całe szczęście budząc się już nie w magazynie, jaki wtedy odwiedzał a w mieszkaniu znajomego, który być może samowolnie bardzo hojnie policzył sobie za swoje skromne usługi, ale przynajmniej nie dał mu wyzionąć ducha.
Później sprawa była raczej prosta. Roise za cholerę nie mógł wrócić do Doliny w takim a nie innym stanie, szczególnie że z uwagi na doznane obrażenia nawet średnio przypominał siebie. Nie mógł też koczować na kanapie znajomka. Bezwiednie skończył w barze, stawiając czoła lokalnym menelom, którzy to jednak z każdą kolejną butelką stawali się jego nowymi przyjaciółmi. Dla przykładu, nawiązał bliską relację z Kevinem, który z pasją opowiadał o swojej teorii, że wszystkie gołębie w mieście są w rzeczywistości agentami obcego wywiadu. Ambroise był mu w stanie kurwa uwierzyć.
Tym bardziej, że zaliczył kilka niechcianych spotkań z gołębiami z racji tego, że po tygodniu na Nokturnie, jego fryzura przypominała raczej gniazdo ptaków niż starannie stylizowane włosy. Zarost Greengrassa również zdecydowanie zyskał na objętości, tworząc efektowne zarośla, które mogłyby pomieścić małą sowę, nie gołębia.
W ciągu zaledwie dwóch tygodni, Roise przeszedł od marzeń o miesiącu miodowym zagranicą do życia w tropikalnych zaułkach Nokturnu, gdzie stał się niekwestionowanym pretendentem do tytułu księciunia żulerskiego stylu.
Przemiana była tak gwałtowna, że możnaby ją było porównać do metamorfozy gąsienicy w motyla, choć raczej w wersji gąsienica w menela.
Jego ciało zdawało się być jednością z otoczeniem: brudne, zaniedbane, utytłane w popiele i tajemniczych plamach będących resztkami czegoś, czego lepiej było nie identyfikować. Czarne ubrania były pokryte popiołem i czymś, co mógłby uznać za resztki jedzenia, ale w tej chwili niewiele go to obchodziło. Czuł się jak król, no, księciunio chociaż jego królestwo ograniczało się do tej małej przestrzeni, gdzie słońce grzało wyjątkowo mocno a powietrze było przesycone zapachem stęchlizny i przetrawionego alkoholu. Po części z uwagi, że to on sam - on odpowiadał za utrzymanie jakości tego wyziewu.
No właśnie. A teraz zawodził. Stał w słońcu, które zdawało się prażyć jego już i tak zmarnowane ciało. W dłoni trzymał milczące szkło. Zero przyjemnego dla ucha chlupania. Właśnie skończyła mu się amarenka a butelka, którą obracał w palcach była już tak pusta jak jego nadzieje na lepsze jutro. Spojrzał na nią ze smutkiem, po czym przekręcił ją w palcach z nadzieją, że może jednak coś w niej zostało. Ale nie - i ta nadzieja została mu odebrana.
Słońce przygrzewało jak opętane. Czuł jak pot spływa mu z czoła, mieszając się z kurzem i brudem, który pokrywał jego niemalże sztywne ubranie. Z każdym obrotem butelki w palcach, z każdym łykiem, który nigdy nie nadszedł, Ambroise czuł jak jego entuzjazm opada.
Spojrzał na dno, niechybnie poszukując tam odpowiedzi na pytanie, czemu wszystko, co dobre kończy się tak szybko?, ale wewnątrz nie znalazł nic poza smutkiem bezalkoholowej rzeczywistości, która powoli go przytłaczała.
Tak. To było żałosne.
Słońce prażyło zaś umysł mężczyzny nieubłaganie wracał do analizowania otoczenia, co było absolutnie niepożądane. Z twarzy schodziły mu resztki nie tak dawnego uśmiechu zaś zielonych oczach malowała się tęsknota. Zgniłe kolory otaczającego go świata łączyły się z posępną szarością jego przyszłości. Patrzył w dal, w stronę horyzontu zacierającego mu się przed oczami, kiedy nagle jego wzrok przykuł wysoki, brodaty mężczyzna, który zbliżał się do niego. Powoli i z wręcz magnetyczną gracją. Z majestatem, jakby przybył z innego wymiaru.
Właśnie w tym momencie, gdy nadzieja umierała, gdy myśli krążyły wokół nieprzyjemnych wspomnień, pojawił się jego wybawca. To nie był tylko człowiek, to była skondensowana esencja dobroci! Roise wyczuł to nosem niemalże od razu.
Stojąc w miejscu, co nie przeszkadzało mu w zataczaniu się wśród dymu papierosowego z pobliskiego okna i odoru gnijących śmieci, mężczyzna poczuł jak jego serce na chwilę zabiło szybciej. Wciąż otumaniony przez nadmiar alkoholu umysł z trudem przetwarzał rzeczywistość. Stał tam z pustą butelką po alkoholu, smętnie kręcąc ją w palcach, kiedy nagle pojawił się ten wielki człowiek.
Gigantyczna postać. Wysoki jak drzewo. Z brodą gęstą jak zarośla w lesie i ze świetlistą aurą, która sprawiała, że wyglądał jak samo objawienie Merlina.
Tak, Merlina! W pijanym umyśle Ambroisa ten obraz był jasny jak słońce, które padało na sylwetkę nieznajomego, obrysowując go złotą aureolą. Przecież to nie mógł być zwykły człowiek! Patrzył na swojego nowego przyjaciela z podziwem. Ten mężczyzna był wielki, Greengrass to wiedział. I to wielki nie tylko ciałem, ale i duchem!
W tym momencie w głowie schlanego mężczyzny zaiskrzyło. Zamarł na moment, próbując zrozumieć jak to możliwe, że taki potężny czarodziej znalazł się w tak parszywym miejscu jak Nokturn. Ale przecież to było jasne! Po to, by zbawiać świat! A właściwie to pół świata! Półświatek!
Miał w sobie coś, co przypominało dawne, lepsze czasy sprzed jakichś siedmiu, może góra dziesięciu minut, gdy Roise nie musiał martwić się o swoją słodką wiśniową kompankę (tak właściwie to o jej brak) a życie i jego własne nogi niosły go z uśmiechem.
A potem odezwał się do niego. Legenda przemówiła. Słowa mężczyzny zabrzmiały niczym najsłodsza symfonia dźwięków. Co prawda, Greengrass nie zrozumiał nawet połowy przekazu, ale zadawane mu pytania były tak piękne, że pijanego umysłu nie obchodziło, kim jest ten człowiek, bo w oczach Ambroisa był już kimś więcej. Oto on! Merlin! Wielki człowiek, wielki czynem, wielki słowem! Był nadzieją a nadzieja miała zapach przetrawionego bimbru, potu i dawno nie zmienianych skarpet.
- Oooo, stary... ...towarzyszu... ...kamracie... ...kompanie... - ...gwiazdo zaranna, śliczna jutrzenko, czego już nie dodał, choć był blisko.
Tak blisko jak wypierdolenia się z wrażenia na bruk, bo zataczające się nogi miały własne plany. Lekko zadrżały, jednak na szczęście zdołał tylko odrobinę się zachwiać.
- Ty... ...ty jesteś jak... ...jak cud - jego palce błądziły po butelce.
Pustej butelce. Ostatnia amarenka wyparowała. Pod czarną koszulą czuł jak pustka w jego wnętrzu zaczyna go przytłaczać. Ale nie, nie teraz! Teraz był tu ten człowiek, ten gigant, Merlin, który mógł jednym ruchem wydobyć skarby ze swojej kieszeni!
Bimber? O Melitele, to znaczy, o Merlinie, bimber! Złoty eliksir, który sprawi, że znów poczuje się jak król życia!
Zielone oczy rozbłysły. W całym swoim istnieniu nigdy nie widział nic piękniejszego. Patrzył na butelki, których zawartość lśniła w słońcu jak złoto. Tak, bimberek - złoty, złociuteńki bimberek to był prawdziwy skarb, który z pewnością zasługiwał na każdą pochwałę.
- Hrrrgch! Ulala! - Wydał z siebie dźwięk, który w jego umyśle brzmiał jak wyraz uznania.
Każde słowo czarodzieja wydawało się być potężną inkantacją mającą przywrócić radość i szczęście w miejsce, gdzie ich tak nagle zabrakło.
- Co za szczęście, co za dzień! Jak to możliwe, że taki wielki mężczyzna, jak ty, przybył mi z pomocą? - Entuzjastyczne czknięcie wymknęło mu się z ust.
Jednocześnie poczuł, że w nim coś drgnęło. Dzień nagle stał się jaśniejszy. Nowe ciepło ogarnęło jego zmarznięte ciało, jakby wreszcie przestał stać na mroźnym wietrze. Może to był bimberek, może magia chwili. A może po prostu czarne ciuchy, które w dalszym ciągu ściągały ku sobie promienie słoneczne. Ale to nie miało znaczenia, bo oto stał przed nim potężny człowiek!
- To nie jest przypadek, że się spotkaliśmy! To przeznaczenie! - A może to też bimberek?
Był jak złota nić, która łączyła ich w tej chwili. To nie był tylko alkohol, to była nadzieja. Cudowny, złociutki napój bogów, który zdawał się emanować blaskiem słońca. Dokładnie tak jak głosiciel dobrej nowiny rychłej powtórnej alkoholizacji.
Nieznajomy był nie tylko duży. Był wielki w każdym tego słowa znaczeniu. Roise spoglądał to na niego, to na jego butelki, nie mogąc oderwać wzroku od mężczyzny, który w istocie był niczym więcej jak lustrzanym odbiciem jego samego (no, może starszego, jednak raczej nie bardziej schlanego, o to byłoby trudno), ale w tej chwili był dla Greengrassa wszystkimi bóstwami w jednym. Dla niego to był nie tylko człowiek, ale i symbol nadziei, wspaniałości i przede wszystkim wódy.
- Wiesz co? Jutro rano? Jutro nie istnieje! To tylko iluzja, my jesteśmy tu i teraz! - Dodał, przekrzywiając głowę, by lepiej przyjrzeć się swojemu nowemu towarzyszowi.
Zamrugał, kiwając głową. W jego oczach pojawił się błysk uznania. Pijany umysł (wciąż wędrujący po krainie alkoholem płynącej, gotów zanurzyć się w rzece samogonu) dostrzegał tylko to, co chciał zobaczyć. Czuł jak krew buzuje mu w żyłach. Nie mógł powstrzymać się od kolejnego entuzjastycznego czknięcia, które wydobyło się nie z jego gardła a jakby z samego serca.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alfred Trelawney (1929), Ambroise Greengrass-Yaxley (2950)




Wiadomości w tym wątku
[05.71] Pijany Mistrz, władca butelek, widział wszystko, pamięta niewiele | A.G & A.T - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 19.01.2025, 05:46
RE: [05.71] Pijany Mistrz, władca butelek, widział wszystko, pamięta niewiele | A.G & A.T - przez Alfred Trelawney - 19.01.2025, 20:59
RE: [05.71] Pijany Mistrz, władca butelek, widział wszystko, pamięta niewiele | A.G & A.T - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 20.01.2025, 05:20
RE: [05.71] Pijany Mistrz, władca butelek, widział wszystko, pamięta niewiele | A.G & A.T - przez Alfred Trelawney - 21.01.2025, 02:41

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa