20 grudnia 1971 - wczesny wieczór
Tego dnia nie mogła skończyć wcześniej pracy. Na domiar złego, siedziała dłużej, bo musiała zamknąć jak najwięcej spraw zanim zacznie obchody Yule. Oczywiście, mogłaby to zostawić na czas po świętach, ale jakby miała się jeszcze na dodatek stresować papierami, które wysokością mogły konkurować z niejedną choinką, to wolała zająć się tym przed przerwą. Dlatego też skończyła nawet po swojej Matuli, praktycznie zamykając biuro, mijając jedynie skrzaty sprzątające korytarze.
Słyszała, że tegoroczna choinka jest wyjątkowo zjawiskowa. Natomiast nikt nie chciał powiedzieć, dlaczego dokładnie tak jest. Wszyscy mówili, że musi się sama przekonać, że dobrze jej zrobi jak się wyrwie i zobaczy na własne oczy. Dlatego przychodząc na miejsce, nie wiedziała czego się spodziewać. Zobaczyła ogromną choinkę, to fakt. Iskrząca jak tysiące kryształów, odbijała światło w cudowny sposób. Daphne przystanęła, by podziwiać to drzewko, a które bała się dotknąć. Nie chciała go bowiem zepsuć czy w inny sposób uszkodzić. Nie przeszkodziło to jakiemuś dziecku podejść i złapać za gałązkę, zanim panienka Lestrange zdołała się odezwać. Szkrab stwierdził zaskoczony, że to zwykłe drzewko, które tylko wygląda jak z kryształu. Pracownica ministerstwa aż sama podeszła, żeby to sprawdzić i... Dzieciak miał rację. Wyglądało to jak iluzja, ale dalej robiła na niej wrażenie. Natomiast ozdoby na drzewku były totalnie od czapy. Nie trzymały wspólnego motywu, każda bombka inna. Kto na to wpadł?! Cóż za bezguście. To spostrzeżenie sprawiło, że cały czar prysł.
Dopiero po dłuższej chwili pełnej konsternacji, dostrzegła kamienny postument. Szybko przeczytała informację, którą zawierał i to wyjaśniło całą sytuację. Zatem, jeśli dobrze zrozumiała, to bombki reprezentowały tych, którzy je zawiesili. Nieśmiało uśmiechnęła się pod nosem, podchodząc do choinki i poczuła jak magiczna energia zbiera się wokół jej dłoni.
Zaczęła się zastanawiać jaki kształt się finalnie pojawi. Widziała, że obrys się zmieniał, to rozszerzał, to zwężał. Wyglądało na to, że bombka była tak samo niezdecydowana jak ona. Stopniowo wyłaniały się kończyny, cztery. Na każdym końcu pojawiły się też długie palce. Przyglądała się jeszcze uważniej, a kształt nabierał coraz bardziej realnej formy... Która okazał się być ropuchą. Ale czemu? Miała ją teraz pocałować, żeby wyskoczył książę jak z bajki? Kojarzyła, że te płazy bywają symbolem nieznanego, ale także ochrony i przemiany. Ta w dłoniach Daphne wydawała się być pełna, napompowana i całkiem ciepła. Czyżby to oznaczało, że wreszcie nadszedł czas, by zrobiła coś ze swoim życiem? Może Matka mówi jej, że czas dojrzeć i wyjść spod buta, który całe życie ją uciskał.
Natomiast życzenia były dość oczywiste. Dla siebie chciała siły, by stać się kimś innym niż jest, by nie musieć wisieć ani zależeć od matki. Żeby wzbudzać szacunek i zainteresowanie innych czarodziejów, a może też miłości u swego boku. Dla najbliższych życzyła, żeby Victoria żyła i była szczęśliwa, żeby Primrose się ułożyło, żeby Olivia nie musiała się niczym martwić i żeby Lestrange byli największymi z największych. Ucałowała ropuchę (a nuż może pojawi się tej mityczny książę), wypuszczając wolno bombkę. Kiedy zawiesiła się na wolnej gałązce, jeszcze przez chwilę obserwowała drzewko, a następnie wróciła do domu.