Chciała wierzyć, nie – wierzyła, że jednak ręki by na nią nie podniósł. Gdyby uważała, że mogłoby być inaczej, to to wszystko pomiędzynimi nie miałoby najmniejszego sensu, bo co to za relacja, w której oczekujesz, że druga strona któregoś razu cię uderzy? Nigdy tego przecież nie zrobił. Owszem, zachowywał się gwałtownie, popchnął ją na ścianę, ale w gruncie rzeczy nic jej nie zrobił, jedynie zabrał jej różdżkę i się odsunął. Strach miał wielkie oczy i wtedy była to reakcja – z obu stron, gdy nie wiedzieli, co się właściwie dzieje, gdy nie znali się tak dobrze i gdy te uczucia też były inne. Wierzyła więc, że teraz nic by jej nie zrobił. Ufała mu, że nic jej nie zrobi.
– Zazdrosny – powtórzyła, nie zważając na tę jego złą minę bardziej, niż potrzeba. Miała jego uwagę, miała ją całą od samego początku, ale teraz posiadała ją w inny sposób. Wytraciła go z równowagi, ale nie w ten negatywny sposób, w którym zwierzę rzuca się za pręty klatki i je gryzie. Wytrąciła go z równowagi, bo nie wiedział, co ma jej odpowiedzieć. Zmusiła go, by się zatrzymał i… pomyślał? Wyglądał na wkurwionego, ale Sauriel często tak wyglądał i Victoria wiedziała już, że to nie emocja, a po prostu jego twarz, która doń przywykła przez lata. Pamięć mięśniowa. – Jesteś? – o to, że rozmawiała z Josephem, że poświęciła mu uwagę, której nie oddawała wtedy jemu, że śmiała się z czegoś z nim, a nie z Saurielem? O to chodziło? Jego wcześniejsze słowa ją na to naprowadziły, kiedy tak wskazywał na siebie i mówił jej, że przecież to z nim była umówiona; gdy wypominał jej, że świetnie się bawiła z jego ojcem.
I nagle wszystko się zatrzymało. Sauriel się zatrzymał w swoim bardzo statycznym rozpędzie i patrzył na nią z… jakimś zawahaniem, niepewnością. Ona czuła się podobnie. Te słowa, które pomiędzy nimi przeleciały, miny… Lestrange na moment przymknęła powieki i ścisnęła ze sobą usta, a po chwili cicho wypuściła powietrze. Jednym okiem dostrzegła, jak Sauriel bardzo powoli porusza się w stonę kanapy – lecz tej drugiej. I usiadł. A ona… stała tak jeszcze dwie sekundy, nim sama zajęła miejsce, to samo, które zajmowała wcześniej, obok swojej torebki, naprzeciwko pustego kieliszka i szklanki pełnej ginu z wodą. Odetchnęła jeszcze raz, czując chyba każdą komórką ciała tę niezręczność. Irytujące uczucie, które miała ochotę z siebie zrzucić, jak zrzuca się robaki, a potem otrzepuje z tego oślizgłego uczucia. Ale tego nie zrobiła. Nieco nerwowo splotła ze sobą dłonie na kolanie, gdy miała założoną nogę na nogę i patrzyła najpierw naprzeciwko siebie, a potem zerkała na milczącego Sauriela. Miała ochotę go dotknąć, złapać za rękę, przytulić się. Chciała, żeby pogłaskał ją po głowie, jak to robił czasami. I nie wiedziała, skąd się brała ta ochota, ta nagła potrzeba bliskości i ją to denerwowało – to, że nie ma nad tym żadnej kontroli. Ale to był ten moment, w którym Rookwood potrzebuje chwili, prawda? Tak, jak rozmawiali o tym wczoraj… Poruszyła się więc nieco niespokojnie i złapała za torebkę, która ciągle leżała obok niej na kanapie. Nie po to, by ją zabrać i sobie pójść, a po to, żeby ją otworzyć. Widziała jego minę, znała ją bardzo dobrze.
– Przyniosłam ci coś – jej cichy głos w tej wszechogarniającej ciszy musiał brzmieć bluźnierczo – gdy ten uświęcony spokój przerwała tak barbarzyńsko. Lub raczej: niezręczny spokój. Może więc przerwanie go nie było grzechem? Victoria wyciągnęła z torebki tą butelkę whisky przeznaczoną właśnie dla niego i nie wiedząc co z nią zrobić, nie chcąc naruszać dystansu, jaki nakreślił Sauriel, postawiła ją na stoliku. I uśmiechnęła się blado. Powinni o tym porozmawiać, jak cholera powinni. Ale… czy w tej sekundzie? Chciała żeby ochłonął. Żeby oboje ochłonęli. Urażona duma mogła poczekać.