20.01.2025, 22:05 ✶
Zawahał się, gdy Nicholas powiedział mu, żeby zatrzymał klucze. Wahnięcie było zauważalne i wyraźne, jakby w głowie Rodolphusa walczyły ze sobą teraz dwie wyjątkowo natrętne, jednakowo silne myśli. Po co mu te klucze? Po co miałby tu przychodzić? Chciał uśpić jego czujność? A może oferował mu miejsce, w którym mógłby przebywać, gdy będzie w Londynie? Może za tym kryło się coś więcej? Lecz przecież Nicholas nie wiedział, że mieszkanie Rodolphusa zamieszkiwały teraz dwie inne osoby. Wiedział tylko tyle, że Lestrange nie mógł tam wrócić. Nie wnikał, nie pytał dlaczego: i chyba właśnie dlatego czuł się w jego obecności tak komfortowo. Być może z zewnątrz mogłoby to wyglądać na krępującą rozmowę dwóch osób, które nie potrafiły odpowiednio dobierać słów i niezdarnie poruszały się wokół siebie, lecz prawda była zupełnie inna. To, co dla innych było niezgrabnym tańcem wokół tematu, dla tej dwójki było dokładnie tym, co mówili. Mogli nie używać zbyt wielu słów, lecz w ich przypadku były one szczere na tyle, na ile mogły być. Były jasne, proste i zrozumiałe, tak samo jak zdania, które opuszczały ich usta.
- Żyjesz... Czy na pewno? - zapytał nieco filozoficznie, przypominając sobie to, co stało się w Mauzoleum. Jeżeli śmierć w ich projekcji była gwarantem sukcesu i pobudki na własnych zasadach: to czy faktycznie Nicholas żył, czy może był zawieszony gdzieś tam, u Fawleyów? A może to on, Rodolphus, nie żył i źle ocenił sytuację? Lestrange zmrużył nieco oczy. Dostrzegł rozsypaną herbatę i susz ziół na blacie. Trafił w czuły punkt i doskonale o tym wiedział - kto lubił pokazywać przed innymi swoją słabość? Lecz te kilka dni w nie do końca samotności sprawiło, że inaczej na to patrzył. Po rozmowie z Perseusem sam siebie zaskoczył, gdy stwierdził, że ułomność fizyczna wcale nie jest ułomnością w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie patrzył na to w ten sposób: ciała były niedoskonałe, łamały się jak zapałki i to nie one były tym, co było w człowieku najważniejsze. Skrzywił się jednak nieznacznie, słysząc pytanie w ramach odpowiedzi. - Na pewno nie pytanie zamiast odpowiedzi.
Powiedział mimo wszystko spokojnie, zabierając dłoń z jego ramienia. Co chciałby usłyszeć? Że było już dobrze? Że się wyleczył, bo ktoś magicznie znalazł lekarstwo na jego przypadłość? A może przeciwnie: że było gorzej i zostały mu dwadzieścia cztery godziny życia i to wszystko się skończy szybciej niż się zaczęło? Nie wiedział.
Nie raniła go ta obojętność, przywykł do niej. W zasadzie im bardziej Nicholas był obojętny, tym bardziej kusiło go sprawdzanie kiedy przedostanie się przez ten mur. Jego dłoń wylądowała z prawej strony Nicholasa. Drugą ostrożnie sięgnął po łyżeczkę, którą trzymał.
- Odzyskujesz siły po tym, co się stało w podziemiach mauzoleum? - odłożył łyżeczkę na bok, na blat, na kilka chwil zapatrując się na jej kolor, tak podobny do koloru jego tęczówek. - Co się stało, gdy wypiłeś eliksir?
Zapytał w końcu, przenosząc spojrzenie na jego twarz. Jeżeli chciałby uciec wzrokiem: nie pozwoliłby na to, odcinając Nicholasowi drogę ucieczki i odsunięcia się: wystarczyło tylko oprzeć dłoń z drugiej strony, o blat. To oczy były odzwierciedleniem emocji, nawet jeśli ktoś bardzo, bardzo nie chciał, żeby wydostały się na wierzch i ujrzały światło dzienne. I to właśnie w te oczy chciał teraz patrzeć, gdy będzie mu udzielał odpowiedzi. Nie musiał wiedzieć, ale chciał. Chciał zrozumieć, co tam się stało.
- Żyjesz... Czy na pewno? - zapytał nieco filozoficznie, przypominając sobie to, co stało się w Mauzoleum. Jeżeli śmierć w ich projekcji była gwarantem sukcesu i pobudki na własnych zasadach: to czy faktycznie Nicholas żył, czy może był zawieszony gdzieś tam, u Fawleyów? A może to on, Rodolphus, nie żył i źle ocenił sytuację? Lestrange zmrużył nieco oczy. Dostrzegł rozsypaną herbatę i susz ziół na blacie. Trafił w czuły punkt i doskonale o tym wiedział - kto lubił pokazywać przed innymi swoją słabość? Lecz te kilka dni w nie do końca samotności sprawiło, że inaczej na to patrzył. Po rozmowie z Perseusem sam siebie zaskoczył, gdy stwierdził, że ułomność fizyczna wcale nie jest ułomnością w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie patrzył na to w ten sposób: ciała były niedoskonałe, łamały się jak zapałki i to nie one były tym, co było w człowieku najważniejsze. Skrzywił się jednak nieznacznie, słysząc pytanie w ramach odpowiedzi. - Na pewno nie pytanie zamiast odpowiedzi.
Powiedział mimo wszystko spokojnie, zabierając dłoń z jego ramienia. Co chciałby usłyszeć? Że było już dobrze? Że się wyleczył, bo ktoś magicznie znalazł lekarstwo na jego przypadłość? A może przeciwnie: że było gorzej i zostały mu dwadzieścia cztery godziny życia i to wszystko się skończy szybciej niż się zaczęło? Nie wiedział.
Nie raniła go ta obojętność, przywykł do niej. W zasadzie im bardziej Nicholas był obojętny, tym bardziej kusiło go sprawdzanie kiedy przedostanie się przez ten mur. Jego dłoń wylądowała z prawej strony Nicholasa. Drugą ostrożnie sięgnął po łyżeczkę, którą trzymał.
- Odzyskujesz siły po tym, co się stało w podziemiach mauzoleum? - odłożył łyżeczkę na bok, na blat, na kilka chwil zapatrując się na jej kolor, tak podobny do koloru jego tęczówek. - Co się stało, gdy wypiłeś eliksir?
Zapytał w końcu, przenosząc spojrzenie na jego twarz. Jeżeli chciałby uciec wzrokiem: nie pozwoliłby na to, odcinając Nicholasowi drogę ucieczki i odsunięcia się: wystarczyło tylko oprzeć dłoń z drugiej strony, o blat. To oczy były odzwierciedleniem emocji, nawet jeśli ktoś bardzo, bardzo nie chciał, żeby wydostały się na wierzch i ujrzały światło dzienne. I to właśnie w te oczy chciał teraz patrzeć, gdy będzie mu udzielał odpowiedzi. Nie musiał wiedzieć, ale chciał. Chciał zrozumieć, co tam się stało.