20.01.2025, 22:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.01.2025, 22:37 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
20.12.1971, zachód słońca/zmierzch
Był wczesny wieczór a może późne popołudnie, gdy Ambroise wraz z Fabianem znaleźli się w okolicach magicznego drzewka. Spacerując powoli po nie tak odległym parku, niespiesznie skierował swoje kroki ku Pokątnej, zamierzając jeszcze raz pokazać chłopcu zaczarowane drzewko zanim wrócą na Horyzontalną do mieszkania ojca malucha. W ostatnich miesiącach uświadamiał sobie jak istotną rolę przyjął, gdy został chrzestnym malca. Nigdy nie spodziewałby się, że to, co miało być po prostu przyjacielskim gestem tak szybko może przemienić się w rzeczywistą konieczność włączenia się w wychowanie chrześniaka. Matka Aniego zginęła zaledwie na początku tego roku, pozostawiając po sobie pustkę niemalże nie do wypełnienia. Nie była jedyną osobą, którą Roise wtedy utracił. Nie jedna, lecz dwie straty zatrzęsły jego życiem, które mimo to toczyło się dalej.
Nadszedł grudzień. Piękny i chłodny, ale też wyjątkowo trudny. Jego pierwszy samotny sabat od wielu lat. Tak, miał możliwość spędzić go w co najmniej kilku miejscach. Był mile widziany w większej ilości domów niż byłby w stanie odwiedzić jednego dnia, jednak żaden nie był jego własnym. Ten już nie istniał.
Najprostszym rozwiązaniem było więc zrobienie czegoś, czego też nie robił już od ponad pięciu lat. Świadome danie wepchnąć się w grafik na wszystkie dni otaczające nieszczęsne Yule a następnie zadbanie też o to, aby być w stanie wziąć wtedy dodatkowe godziny albo wręcz kolejny dyżur, na co w okolicach świąt (tak niechętnie branych przez większość pracowników) przymykano oko.
To był tak naprawdę jedyny dzień, kiedy Greengrass nie przebywał w Mungu. Jeszcze nie. Niedługo musiał wracać z Fabianem do domu dziecka, aby samemu zdążyć na czas do szpitala. Obiecał jednak wcześniej zabrać malca, aby jeszcze raz pokazać mu drzewko, które młody widział wcześniej z rodziną. Ambroise nie był tu wcale i gdyby nie życzenie Aniego, pewnie nigdy by tu nie przyszedł. To też przestało być już jego tradycją.
Słońce powoli chowało się za horyzontem, niebo nabierało odcieni głębokiego granatu a pierwsze gwiazdy zaczęły migotać na firmamencie. Ulica była ozdobiona kolorowymi lampionami, które wydawały ciepłe światło, tworząc przytulną aurę, mimo zimna panującego na zewnątrz.
Dzięki przytulonym do siebie kamienicom nie było zresztą aż tak chłodno. Pogoda zdecydowanie nie odstraszała licznych czarodziejów i czarownic. Ludzie ubrani w ciepłe płaszcze i szaliki przechadzali się wzdłuż przyozdobionych witryn sklepowych. Ich zarumienione twarze rozpromieniały się radością, nawet mimo trudów ostatnich miesięcy i wiszącego nad nimi widma wojny, które było bliższe niż kiedykolwiek. W tym momencie zdawało się, że nie miało to znaczenia. Dzieci biegały wokół, śmiejąc się wesoło i rzucając w siebie śnieżkami ulepionymi ze stert miękkiego, puszystego śniegu, który spadł z nieba w ostatnich dniach.
Każdy krok na pokrytej białym puchem ulicy zbliżał ich ku środkowej części płacu przy Ulicy Pokątnej, na którym jak co roku postawiono naprawdę monumentalną, zapierającą dech w piersiach choinkę. Ministerstwo i w tym roku zdecydowanie nie szczędziło środków na to, by drzewko wyglądało naprawdę imponująco. Szarpnęło się na prawdziwe zaklęte dzieło sztuki.
Ruszyli ku niemu, otoczeni ludźmi niosącymi torby i pakunki z zakupami a także własne bombki, które miały dołączyć do tych już zawieszonych na jodle. Ambroise też miał przy sobie dwie ozdoby - jedną dla Fabiana, jedną gwoli tradycji również dla siebie.
Światło latarni oświetlało wąskie chodniki. Płomyk ognia zaklęty w szklanym wnętrzu klosza mrugał spokojnie, rzucając ciepłe światło. Migoczące śnieżynki tańczyły w powietrzu, wirując w lekkich powiewach wiatru i tworząc naprawdę magiczną atmosferę. Zimowy zmierzch przyniósł ze sobą delikatny, ale przenikliwy chłód. Mimo to, mieszkańcy i turyści zbierali się na placu, ciesząc się tym wyjątkowym czasem i klimatem.
W powietrzu unosił się zapach grzanego wina i pieczonych kasztanów, które sprzedawcy oferowali na małych straganach. Wszędzie można było dostrzec kolorowe zaklęte światełka, które ozdabiały okna pobliskich kamienic - zarówno na witrynach lokali i sklepów, jak i w oknach mieszkań.
Wreszcie przystanęli przed drzewkiem. Rumiana od mrozu twarz chłopca wręcz rozjaśniła się na widok wszystkich kolorowych, poruszających się bombek i dźwięków otaczających drzewko. Zaaferowany Fabian niemal wyrwał się do przodu z ramion Greengrassa, wyciągając malutkie paluszki, by dotknąć oszronionych gałązek i przywłaszczyć sobie przy okazji jedną z ozdób.
Całe szczęście, Roise udaremnił młodocianą kradzież, odwracając uwagę małego elegancika bombką nie do zdjęcia a do zawieszenia. Z drobną pomocą chrzestnego, Ani zawiesił ozdobę a ta momentalnie przyjęła kształt pluszowego jednorożca.
Cholerne konie, Ambroise naprawdę ich nie lubił, nawet jeśli ten na choince mógł wydawać się całkiem uroczy i nieszkodliwy. Miał jednak szpikulec na głowie, więc zanim mężczyzna zajął się spełnianiem tradycji i wieszaniem własnej bombki, profilaktycznie odsunął się o kilka kroków w bok. Tak, by koń z bonusem nie mógł zażądać ofiary krwi.
Zajmując dziecko pokazywaniem mu drugiej ozdoby, Roise wreszcie umieścił swoją bombkę na drzewku, mrugając parokrotnie na widok kształtu, jaki przybrała.
Jego wzrok sposępniał a spojrzenie na moment przeniosło się w kierunku innych ozdób na choince, gdy zawieszona przez niego bombka przybrała wygląd malutkiego skunksa z piasku delikatnie skrzącego się w świetle choinkowych światełek.
Ze wszystkich możliwych kształtów, jakie mogły pojawić się po wsunięciu brzegów jutowego sznureczka na delikatną gałązkę (zadziwiająco ciepłą i giętką, co pozwoliło mu stwierdzić, że oszroniony wygląd był wyłącznie iluzją) ten być może wcale go nie zdziwił, jednak przyprawił o bolesne ukłucie w piersi.
Przez ostatnie kilka lat taki widok zazwyczaj kojarzył mu się z czymś dobrym, nawet jeśli jednocześnie częstokroć wiązał się z wcześniejszymi trudnymi emocjami i wściekłym opuszczeniem nadmorskiego domu, by odetchnąć świeżym powietrzem i nabrać dystansu siedząc na plaży. Zazwyczaj towarzyszył zakończeniu sporu, powracającemu spokojowi, uldze i odpuszczeniu. Ukojeniu.
Tego wieczoru nie przyniósł żadnej z tych emocji. Jedynie smutek przepleciony z melancholią, z jaką mężczyzna ponownie powrócił wzrokiem do zawieszonej przez niego ozdoby, jakby chcąc upewnić się, że ta w dalszym ciągu tam wisi. Nadal tam była. Nie zmieniła formy. Piaskowe stworzonko nadal pobłyskiwało na gałązce pokrytej zaklętym szronem. Miało pozostać tu do momentu, w którym ktoś zdejmie je albo zniszczy.
Ambroise nie zamierzał robić żadnej z tych rzeczy. Będąc aż nazbyt świadomym otaczających go ludzi i tego, że już na dłuższą chwilę przestał zabawiać trzymanego przez niego chrześniaka (dla którego było to sygnałem do zniecierpliwionego wierzgania mu się na rękach) przeniósł spojrzenie w kierunku Fabiana.
Jedną ręką poczochrał go po kępce ciemnych włosków wystających spod czapeczki i kaptura. Szeroki uśmiech skierowany ku chłopcu, jaki pojawił się przy tym na twarzy Greengrassa był szczery, ale nie sięgał oczu. Te pozostały smutne i matowe, nawet pomimo odbijających się w nich światełek i poświaty bijącej od jodły.
To był naprawdę trudny rok. Pierwsze Yule po wielu druzgocących wydarzeniach, dramatach, stratach i tragediach. Wszystkim tym, co sprawiało, że mimo całej świątecznej otoczki, trudno mu było całkowicie poddać się zimowemu klimatowi. Tym bardziej, że nie mógł też tak po prostu przed nim umknąć.
Miał swoje obowiązki. W tym także te wynikające z bycia czyimś bratem (w dalszym ciągu próbującym w milczeniu odpokutować tamten maj) i czyimś ojcem chrzestnym. Starał się odnaleźć w obu tych rolach, przykładając do tego naprawdę dużą wagę. Zresztą w innym przypadku nie byłoby go w tym miejscu w tym czasie. Spędziłby go w jednej czy drugiej pracy.
Teraz jednak, zanim postanowił umieścić Fabiana w tej śmiesznej chuście zawiązanej z przodu płaszcza (z pewnością było mu tam całkiem ciepło i miło, sporo mógł też zobaczyć) i zwrócić młodego delikwenta ojcu, zatrzymał się jeszcze przez chwilę, składając coś na kształt życzeń. Wyłącznie za siebie, bo choć powiesili dwie bombki, nie mógł odpowiadać za życzenia półtorarocznego chłopca.
Sam nie do końca wiedział, czego powinien życzyć zarówno sobie, jak i innym. Nigdy nie był szczególnie dobry w podobnych słowach, ale tym razem nie mógł życzyć choince nawzajem. Po chwili zastanowienia życzył więc wszystkim (którzy na to zasługiwali) przetrwania trudnych czasów. Swoim najbliższym - bezpieczeństwa i spokoju, stabilności pośród chaosu. Sobie, Roselyn i ojcu rozwoju kariery zawodowej, bo cała ich trójka zdecydowanie w tym odnajdywała się najlepiej, nieco kulejąc na innych płaszczyznach. Norze i Mabel szczęścia, rozwoju rodzinnego biznesu i miłości. Thomasowi spokoju ducha, odnalezienia swojej spokojnej przystani. Corneliusowi i Fabianowi odnalezienia ulgi w nowej rzeczywistości. Alfredowi nieskończonej ilości bimbru. A Geraldine? Chyba po prostu wszystkiego najlepszego - tego, na co zasługiwała.
Być może nie były to najbardziej wyjątkowe, oryginalne życzenia, jednak liczyła się intencja, prawda? Ta zaś zdecydowanie była jak najbardziej szczera, nawet jeśli myślom zdecydowanie towarzyszył coś na kształt okołosabatowej melancholii. To był okres nie tylko świętowania, lecz także głębokich przemyśleń na temat odchodzącego roku. Ten zaś był jednym z trudniejszych w całym jego dotychczasowym życiu.
Nie miał złudzeń, kolejny wcale nie mógł być lepszy, przynajmniej nie dla niego liczył jednak na to, że choć część ze składanych życzeń rzeczywiście się spełni. Wszyscy na to zasługiwali, zwłaszcza teraz, zwłaszcza w okresie, który powinien obfitować w te małe cuda, niewielkie objawienia prawdziwego szczęścia. W końcu jak nie teraz to kiedy?
Pomagając nieco już zmęczonemu dziecku ulokować się na miejscu w nosidełku z chusty, Ambroise rzucił ostatnie spojrzenie w kierunku drzewka. Pokazał maluchowi jego jednorożcową bombkę, po czym skierował swoje kroki w stronę Alei Horyzontalnej, po drodze kupując jeszcze trochę pieczonych kasztanów, których zapach niósł się po placu.
Nim doczekał się w kolejce do sprzedawcy z obwoźnego straganiku, Fabian zdążył zasnąć na jego piersi, zaciskając paluszki na guziku płaszcza i wtulając policzek w szalik zawinięty wokół szyi Greengrassa. To był naprawdę uroczy, ciepły widok wzbudzający delikatny uśmiech na twarzy. Cień nadziei na przyszłość...
Postać opuszcza sesję
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down