Morpheus pasował do otoczenia Antoniusza, do bieli, jak rany do skóry Scarlett. Odstawał kolorem, jak czarny pion na białym polu szachownicy. Wydawał się nie być wcale zdziwionym widokiem Theo i jego towarzyszki, nawet jeżeli widział ją po raz pierwszy w życiu. Różdżka, trzymana w mankiecie magicznej szaty, wyskoczyła gwałtownie w dłoń czarodzieja, chociaż on sam poruszał się ledwo, a jednocześnie jakby drżąco, w innej częstotliwości, niż powinni ludzie. Anthony czy Theo byli do tego przyzwyczajeni, Morpheus Longbottom był dziwny.
Gdzieś pomiędzy słowami próbował powstrzymać przyjaciela przed interwencją u medyka, bogowie mu świadkiem, że zdarzało mu się wyglądać podobnie po bójce z braćmi. Pamiętał doskonale głupie wybryki małej watahy nieletnich Longbottomów oraz bardzo letnich, ale nadal durnych. Głupota była powodem, dla którego jego nos wyglądał tak, jak wyglądał.
– Jesteśmy tylko my dwaj... I wy – zapewnił profeta łagodnie. Jego nieruchome spojrzenie oceniało ich dobrostan, ale nie panikował aż tak, jak Antoniusz; z ich dwójki, to Shafiq odznaczał się dużo większą troską. Niewymowny przywołał zaklęciem ręczniki i szlafroki, które wypłynęły, niczym duchy z pokoju gościnnego i delikatnie osiadły na rękach niespodziewanych gości. Niczym przykładna gospodyni wskazał młodej pannie Mulciber, gdzie powinna się udać, aby pozbyć się zniszczonych ubrań i zmyć z siebie brud i krew. Sięgnął do gramofonu i włączył jakąś płytę, którą prawdopodobnie sam umieścił w salonie. Z tuby poleciał melancholijny głos syreny, barokowo popularna muzyka, surrealistyczna, jak całe to spotkanie, malując im tło.
Nie zadawał jeszcze pytań, zamierzał poczekać, aż w czwórkę usiądą, a spokojna muzyka i opatrunki ukoją zmęczone umysły. Jego własny też tego potrzebował, chociaż nie zamierzał się do tego przyznać. Świat nie był tego wieczoru dobrym miejscem, a dramatyczna, pełna cierpienia wokaliza jeszcze mu o tym powtarzała, razem z włoskim ciao, amore w refrenie.
Wskazał dłonią Scarlett miejsce do siedzenia, samemu wracając do swojej filiżanki z herbatą. Na szczęście był profetą, a nie leglimentą, nie czytał w myślach, bo poczułby się urażony. On był tym Morpheusem. Dokładnie tym. Nie było innego takiego, jak on. Tylko on.
– Morpheus Lonbgottom. Jestem ojcem chrzestnym Theodora – przedstawił się, zakładając nogę na nogę i przyznał: – Nie jestem szczególnie zaskoczony.