20.01.2025, 23:18 ✶
To zdecydowanie było jedno z najlepszych miejsc, jakie mogli wybrać w celu, w którym się tu przenieśli. Ambroise w żadnym wypadku nie chciał, jak to określał we własnej głowie, srać do swojego ogródka, nawet jeśli Whitby nie należało już do niego a kawałek jego królestwa dawno zabiły i porosły krzewy jeżyn.
Zarówno sam Las Wisielców jak i wskazana przez niego polana były zdecydowanie lepsze, bardziej neutralne. Nigdy nie zabierał takich rzeczy do domu i zamierzał trzymać się tego podejścia. W pokojach, które zajmował pozwalał sobie wyłącznie na zgłębianie źródeł pisanych.
Tutaj na zewnątrz? To była inna kwestia. Paradoksalnie, kwestia bezpieczeństwa, nawet jeśli las w żadnym wypadku nie był bezpieczny.
- No, niezapomniane doznania - kiwnął głową bez większego uśmiechu, dalej przesuwając spojrzeniem po otoczeniu, jakby chciał jeszcze dodatkowo upewnić się, że byli tu względnie osłonięci i na tyle bezpieczni, na ile mogli być w Lesie Wisielców.
- Twoja kuzynka dosłownie w nie wpadła. Jak dzik w żołędzie. Mieliśmy naprawdę fascynującą noc - dodał głównie po to, by mimo wszystko trochę rozluźnić atmosferę, bo przecież nie chciał dodatkowo stresować Yaxleyówny.
Już i tak wydawała mu się (słusznie) spięta i niespecjalnie przekonana, co do miejsca, w którym się obecnie znaleźli. Nie pytał jej o doświadczenia, które do tego prowadziły. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że musiała bywać tu nie raz.
Co prawda nigdy wcześniej nie byli tu razem, jednak teraz cóż ewidentnie nadrabiali niektóre doświadczenia. Roise liczył, że pozbawione choć części tak niesamowitych doznań, o których powiedział Rinie w kontekście Reginy.
Nie chciał wzbudzać w Yaxleyównie nieprzyjemnych skojarzeń z czymkolwiek, o czym zdecydowała się mu nie mówić. Nie planował ciągnąć jej za język. Tak jak szli w całkowitym milczeniu, tak również teraz nie potrzebowali zbyt wiele rozmawiać. Nie po to się tu znaleźli.
A jednak uznał wspominkę o samotniczkach za całkiem dobrą metodę przeniesienia uwagi dziewczyny z posępności otoczenia (szczególnie po jej porannych koszmarach) na coś innego, potencjalnie lżejszego. Całkiem ciekawą anegdotkę.
Tym bardziej, że zdawał sobie sprawę z antypatii łączącej obie kobiety. Wtedy na skraju zagajnika miał okazję pierwszy raz stanąć oko w oko z mityczną nieprzyjaciółką jego byłej dziewczyny. Toteż zdecydowanie nie rozpoznał Rowle, dopóki ta mu się nie przedstawiła.
Sam również niewątpliwie nie podzielił braku przychylności wobec wysokiej panny, który dosłownie bił od Yaxleyówny, gdy mówiła o Reginie. Prawdę mówiąc całkiem polubił tą specyficzną, wtedy jeszcze zdecydowanie zasmarkaną czarownicę. Tym bardziej, że pokazała jaja, mimo depresyjnego działania pyłku.
Nie przyszli tu jednak wspominać wcześniejsze doświadczenia związane z okolicami Little Hangleton. Wręcz przeciwnie - w ogóle nie przybyli tu po to, by prowadzić jakiekolwiek głębokie rozmowy. Gdy Rina zadała mu bardzo konkretne pytanie, Greengrass momentalnie powrócił do wcześniejszej postawy.
- Dobra - odzywając się cicho, ale dużo bardziej zdecydowanie, zdeterminowany, aby doprowadzić to wszystko do wątpliwie pochwalanego przez niego celu.
Przeniósł wzrok na różdżkę, którą Geraldine trzymała w dłoni, jednocześnie obdarzając dziewczynę badawczym spojrzeniem. Nawet nie próbował ukrywać tego, że w tym momencie oceniał niemal wszystko w niej. Wszystko, czego potrzebował, aby stwierdzić, co tak właściwie powinni teraz robić.
Bowiem mimo tego, że w żadnym momencie nie był entuzjastyczny wobec jej życzenia, tak właściwie nigdy nie zdefiniowali sobie wspomnianego efektu, jaki chcieli osiągnąć. Ich rozmowy w tym temacie były raczej krótkie, suche i niezbyt przyjemne. Pozbawione zbyt wielu szczegółów, które były jednak cholernie istotne.
Rouse ponadto nawet nie zająknął się w tym temacie, ale nie do końca pamiętał całą ich rozmowę z kuchni, która tak właściwie pchnęła go do tego, że zgodził się zrobić coś, czego poprzysiągł sobie, że nigdy nie zrobi. Ugiął się pod wpływem czegoś, co było dla niego głównie mglistą plamą w pamięci. Mętną mieszaniną słów i myśli. Czymś niemalże nie do oddzielenia.
Mimo to zamierzał być słowny. Tyle tylko, że pierw musiał poznać oczekiwania Yaxleyówny co do tego, co mieli tu robić. Tak, aby móc na nie przytaknąć lub skorzystać z prawa do ich zawetowania.
Przez co najmniej pół minuty wpatrywał się w Geraldine, po czym wreszcie ponownie zabrał głos, odzywając się miękko, pytająco.
- Przede wszystkim? Powiedzieć mi, czego oczekujesz od tego... ...tutaj - nie stwierdził, że od niego, bo to zdecydowanie byłoby zbyt mętne i wieloznaczne, szczególnie że już ustalili, że nie mógł spełnić większości jej czy swoich pragnień. - Tak. Wiem, że możliwości bronienia się przed widmami, tak. Ale czego więcej? Jak to widzisz? - To było niezmiernie istotne.
Zarówno sam Las Wisielców jak i wskazana przez niego polana były zdecydowanie lepsze, bardziej neutralne. Nigdy nie zabierał takich rzeczy do domu i zamierzał trzymać się tego podejścia. W pokojach, które zajmował pozwalał sobie wyłącznie na zgłębianie źródeł pisanych.
Tutaj na zewnątrz? To była inna kwestia. Paradoksalnie, kwestia bezpieczeństwa, nawet jeśli las w żadnym wypadku nie był bezpieczny.
- No, niezapomniane doznania - kiwnął głową bez większego uśmiechu, dalej przesuwając spojrzeniem po otoczeniu, jakby chciał jeszcze dodatkowo upewnić się, że byli tu względnie osłonięci i na tyle bezpieczni, na ile mogli być w Lesie Wisielców.
- Twoja kuzynka dosłownie w nie wpadła. Jak dzik w żołędzie. Mieliśmy naprawdę fascynującą noc - dodał głównie po to, by mimo wszystko trochę rozluźnić atmosferę, bo przecież nie chciał dodatkowo stresować Yaxleyówny.
Już i tak wydawała mu się (słusznie) spięta i niespecjalnie przekonana, co do miejsca, w którym się obecnie znaleźli. Nie pytał jej o doświadczenia, które do tego prowadziły. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że musiała bywać tu nie raz.
Co prawda nigdy wcześniej nie byli tu razem, jednak teraz cóż ewidentnie nadrabiali niektóre doświadczenia. Roise liczył, że pozbawione choć części tak niesamowitych doznań, o których powiedział Rinie w kontekście Reginy.
Nie chciał wzbudzać w Yaxleyównie nieprzyjemnych skojarzeń z czymkolwiek, o czym zdecydowała się mu nie mówić. Nie planował ciągnąć jej za język. Tak jak szli w całkowitym milczeniu, tak również teraz nie potrzebowali zbyt wiele rozmawiać. Nie po to się tu znaleźli.
A jednak uznał wspominkę o samotniczkach za całkiem dobrą metodę przeniesienia uwagi dziewczyny z posępności otoczenia (szczególnie po jej porannych koszmarach) na coś innego, potencjalnie lżejszego. Całkiem ciekawą anegdotkę.
Tym bardziej, że zdawał sobie sprawę z antypatii łączącej obie kobiety. Wtedy na skraju zagajnika miał okazję pierwszy raz stanąć oko w oko z mityczną nieprzyjaciółką jego byłej dziewczyny. Toteż zdecydowanie nie rozpoznał Rowle, dopóki ta mu się nie przedstawiła.
Sam również niewątpliwie nie podzielił braku przychylności wobec wysokiej panny, który dosłownie bił od Yaxleyówny, gdy mówiła o Reginie. Prawdę mówiąc całkiem polubił tą specyficzną, wtedy jeszcze zdecydowanie zasmarkaną czarownicę. Tym bardziej, że pokazała jaja, mimo depresyjnego działania pyłku.
Nie przyszli tu jednak wspominać wcześniejsze doświadczenia związane z okolicami Little Hangleton. Wręcz przeciwnie - w ogóle nie przybyli tu po to, by prowadzić jakiekolwiek głębokie rozmowy. Gdy Rina zadała mu bardzo konkretne pytanie, Greengrass momentalnie powrócił do wcześniejszej postawy.
- Dobra - odzywając się cicho, ale dużo bardziej zdecydowanie, zdeterminowany, aby doprowadzić to wszystko do wątpliwie pochwalanego przez niego celu.
Przeniósł wzrok na różdżkę, którą Geraldine trzymała w dłoni, jednocześnie obdarzając dziewczynę badawczym spojrzeniem. Nawet nie próbował ukrywać tego, że w tym momencie oceniał niemal wszystko w niej. Wszystko, czego potrzebował, aby stwierdzić, co tak właściwie powinni teraz robić.
Bowiem mimo tego, że w żadnym momencie nie był entuzjastyczny wobec jej życzenia, tak właściwie nigdy nie zdefiniowali sobie wspomnianego efektu, jaki chcieli osiągnąć. Ich rozmowy w tym temacie były raczej krótkie, suche i niezbyt przyjemne. Pozbawione zbyt wielu szczegółów, które były jednak cholernie istotne.
Rouse ponadto nawet nie zająknął się w tym temacie, ale nie do końca pamiętał całą ich rozmowę z kuchni, która tak właściwie pchnęła go do tego, że zgodził się zrobić coś, czego poprzysiągł sobie, że nigdy nie zrobi. Ugiął się pod wpływem czegoś, co było dla niego głównie mglistą plamą w pamięci. Mętną mieszaniną słów i myśli. Czymś niemalże nie do oddzielenia.
Mimo to zamierzał być słowny. Tyle tylko, że pierw musiał poznać oczekiwania Yaxleyówny co do tego, co mieli tu robić. Tak, aby móc na nie przytaknąć lub skorzystać z prawa do ich zawetowania.
Przez co najmniej pół minuty wpatrywał się w Geraldine, po czym wreszcie ponownie zabrał głos, odzywając się miękko, pytająco.
- Przede wszystkim? Powiedzieć mi, czego oczekujesz od tego... ...tutaj - nie stwierdził, że od niego, bo to zdecydowanie byłoby zbyt mętne i wieloznaczne, szczególnie że już ustalili, że nie mógł spełnić większości jej czy swoich pragnień. - Tak. Wiem, że możliwości bronienia się przed widmami, tak. Ale czego więcej? Jak to widzisz? - To było niezmiernie istotne.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down