Rzeczywiście – brak odpowiedzi też jakąś był, zwłaszcza, gdy ta cisza się przedłużała. Mina Sauriela też mówiła wiele… Victoria nie zamierzała trzeci raz powtarzać, po prostu… przyjęła do wiadomości, że to jest scenariusz prawdopodobny, najbardziej pewny. Zakładała, że Sauriel zacznie zaprzeczać, bronić się przed tą odpowiedzią rękami i nogami, ale zamiast tego otrzymała to: milczącą najpewniej zgodę. Może sam nie wiedział. Może właśnie obracał te słowa w głowie, nie chcąc się przyznać przed samym sobą… Było w tym coś słodkiego, uroczego – to jaki był przy tym niemalże niewinny i zagubiony, i niepewny…
Czy to było aż takie dziwne, że zamilkła? Że nie robiła żadnego wielkiego gestu, mającego skrócić dystans miedzy nimi? Rozmawiali wczoraj, ona uczyła się szybko – nie wiedziała tylko, czy poprawnie, czy tak było okej, ale tamta rozmowa była żywa w jej głowie, jeszcze nie zdążyła być zmieniona przez jej własny mózg i nieidealną pamięć… Obserwowała go spod rzęs, widziała, że przestał być taki napięty, jakby rzeczywiście trzeba się tutaj było gotować do walki. Przecież nie było takiej potrzeby? Nie była jego przeciwnikiem, a on nie był jej – budowali coś razem, cokolwiek to było, nigdy pomiędzy nimi nie nazwane, ale nie po to, by być swoimi wrogami. A przynajmniej ona tak na to nie patrzyła. To on łamał ten dystans, przesuwając się odrobiinkę bliżej, by sięgnąć po butelkę. Przykuła jego uwagę tylko na chwilę, małą chwileczkę, bo widziała, że wcale nie oglądał butelki, nie skupiał się na czytaniu etykiety. Skupiał się na czymś innym. Albo… na kimś innym. A była tutaj tylko ona, puste kieliszki, teraz odsunięte z widoku, butelka i szklanka. Nikogo i niczego innego ciekawego.
Kąciki jej warg uniosły się w górę na krótką chwilę, kiedy usłyszała to „dzięki”. Nie trzeba było dziękować – chciała mu wręczyć prezent w dobrej wierze, na pomyślność, skoro przeprowadził się do nowego domu. Mógł to potraktować jako prezent z okazji bardzo nieoficjalnej i jednoosobowej parapetówki, która chwilowo była przerwana głupią kłótnią o uwagę. Albo o cholera wie o co.
Sorry.
To słowo sprawiło, że uniosła wyżej głowę i spojrzała na Sauriela z lekkim zaskoczeniem, równie zagubiona co on. Tak, powinien przeprosić, to było jasne jak na dłoni, ale nie sądziła, że… Że to nastąpi tak szybko. Albo, że w ogóle. Jej duże oczy rozszerzyły się w lekkim zdziwieniu, ale spojrzenie zaraz zmiękło. Zawsze miękło, kiedy na niego patrzyła, gdy chodziło o niego.
– W porządku – miała wrażenie, że wstrzymała oddech, że serce jednocześnie jej przyspieszyło i mocno zwolniło. – Nic takiego się nie stało… – dodała, jakby chcąc odsunąć kawałeczek powagę sytuacji. Trochę się stało, padły słowa, które nie powinny. Ton, który nie powinien… Ale nic definitywnego, nic, czego nie dało się naprawić. – Chcesz… chcesz o tym porozmawiać? Czy… nie bardzo? – bo było o czym rozmawiać, tak?