21.01.2025, 01:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.01.2025, 09:03 przez Baldwin Malfoy.)
- Mev, to żaden kurwa wyczyn być lepszym starym niż mój własny. Chcesz tą pozycję to ją sobie weź.- Parsknął śmiechem, ale ewidentnie zapomniał napakować tam jakiegokolwiek nawet sztucznego rozbawienia. Oszczędził jej opowieści o swoim ojcu, uznając, że nie ma nic żałośniejszego niż spowiadanie się z życia Changównie.- Tylko nie próbuj spierdolić po mleko. Znajdę cię w każdym zaszczanym zaułku Podziemia i Katakumb.
W jego głosie pojawiła się ta znajoma nuta groźby, pięknie zawoalowana nieśmiesznym żartem. Tu już nie chodziło o niego. Chodziło o Lorraine. Zawsze o nią. O jej nieszczęsne, spragnione miłości każdego serce. Może i jego Delillah potrafiła być najgorszą i najokrutniejszą pizdą z jaką przyszło mu żyć, ale wciąż nie zasługiwała na ból odrzucenia.
Rozsiadł się wygodniej na krześle, niemal pokładając się po stole. Rysował palcem po blacie, sunął opuszką po każdym jednym żłobieniu w drewnie. Nie skomentował nawet ostrzeżenia, żeby nie mówić Stanley’owi o swojej zajebistej metodzie magazynowania alkoholu. Podniósł głowę z miną jakby miał ochotę spytać czy ją pojebało. Ale zamiast tego uznał, że na takie pytania już trochę za późno. Więc tylko postukał się palcem w czoło.
- Wiesz, chciałem poczuć ten cały morski klimat. Być mokrym od stóp po czubek głowy. - Zakpił.- Artysta kiedyś powiedział... Na morza dnie, na morza dnie. Bo tam gdzie sucho może być krucho.
No i sobie poszła. Świetnie. Niech idzie w cholerę. Zawsze tak było. W złości tyknął nogą naćpanego frajera, którymi ukradł krzesło. Ten się nawet nie poruszył, ale cichy jęk dał mu znać, że gość jednak żyje. A szkoda. Zawsze wszyscy zostawiali biednego Baldwina Malfoya! Oczywiście. To ile była jego starym? Jakieś trzy minuty i już sobie posz… O. Wróciła. I to w dodatku z darami.
Uśmiechnął się prześlicznie i przez moment Baldwin wyglądał na całkiem miłego dzieciaka. Zwłaszcza kiedy przytulił do siebie butelkę z alkoholem.
- Dziękuję Maeeeeveee.- Zaszczebiotał.
Złapał za kryształ wahadełka, które wciąż miał owinięte wokół jednej ręki i wbił ostro zakończoną metalową końcówkę obudowy w korek od wina. Przekręcił. Jedno mocniejsze szarpnięcie i z cichym pyk korek wysunął się z łatwością, spadając na blat stolika. Nie bawił się w jakieś przelewanie do filiżanek. Zamiast tego docisnął butelkę do ust, upijając parę dużych łyków. Odetchnął z ulgą, ale butelki nie odstawił. Nim powiedział cokolwiek otwarł jeszcze grzbietem dłoni zbierające się w kącikach ust krople ciemnego wina.
- Mev...- Skrzywił się. Żeby to było takie proste, ot po prostu iść rzucić cegłówką w okno i wpierdolić Charles’owi. Ale nie było. Już chciał dodać coś więcej, przyznać, że tak naprawdę to trzech ich było i za bardzo się nie przyjrzał, ale oni wyglądają dużo gorzej! Ale wtedy wyczuł znajomą obecność. Wystarczyło jedno spojrzenie, by upewnić się, że po schodach właśnie schodziła Lorraine.- Ja pierdolę.- Jęknął tylko cicho.
Skulił się nieco bardziej, ale nawet nie próbował ukrywać siniaka. Bo i po co? I tak by zaraz go zobaczyła. Zamiast tego odwrócił wzrok, pozwalając dziewczynom wymienić swoje czułostki. Upił jeszcze trochę wina, po czym odstawił grzecznie butelkę na stół.
Dopiero znajomy dotyk dłoni Malfoyówny uzmysłowił mu jak kurewnie jest tym wszystkim zmęczony. Najgorsze było w tym wszystkim to, że Baldwin się starał. Od samego początku jak tylko zobaczył ten artykuł, zamówił różowego podśpiewującego kutaska, zanim jeszcze nawet poznał Scarlett i pozwolił blondynce zająć z dnia na dzień tak ważne miejsce w życiu. Charles Mulciber wydał mu się zatwardziałą konserwą, oddaną własnemu ojcu jak dziwka klientowi z najgrubszym portfelem. Czy to taki grzech, że próbował go ostrzec, że jego dziewczyna nie była najczystszej krwi?! Powinien był mu podziękować! Powinien był go szanować! Mógł go zmusić do posłuszeństwa! Nie zrobił tego.. Nie zrobił. Nieświadomie zacisnął mocno dłoń na wahadełku, pozwalając by ostre krawędzie wbiły mu się w skórę. Zignorował pierwsze krople krwi, które spadły na stolik.
Zamiast tego, ostrożnie wsunął wolną dłoń pod osłabione przedramię czarownicy, zaciskając delikatnie palce na łokciu. Jakby próbował choć trochę odciążyć niedoleczony bark. Każdym swoim gestem, słowem i myślą ją przepraszał. Nienawidził z jaką łatwością przychodziło jej wybaczanie grzechów. Zapominanie ich. Pozwolił dotknąć swojego policzka, ba! Wtulił się w jej dłoń, której chłód przyniósł ukojenie palącej skórze.
- To był ten zjeb od chujoświeczek, Charlie Mulciber.
Własny głos wydał mu się kompletnie obcy. Brzmiał tak jak w chwilach, gdy powtarzał znane sobie teksty i role.
W jego głosie pojawiła się ta znajoma nuta groźby, pięknie zawoalowana nieśmiesznym żartem. Tu już nie chodziło o niego. Chodziło o Lorraine. Zawsze o nią. O jej nieszczęsne, spragnione miłości każdego serce. Może i jego Delillah potrafiła być najgorszą i najokrutniejszą pizdą z jaką przyszło mu żyć, ale wciąż nie zasługiwała na ból odrzucenia.
Rozsiadł się wygodniej na krześle, niemal pokładając się po stole. Rysował palcem po blacie, sunął opuszką po każdym jednym żłobieniu w drewnie. Nie skomentował nawet ostrzeżenia, żeby nie mówić Stanley’owi o swojej zajebistej metodzie magazynowania alkoholu. Podniósł głowę z miną jakby miał ochotę spytać czy ją pojebało. Ale zamiast tego uznał, że na takie pytania już trochę za późno. Więc tylko postukał się palcem w czoło.
- Wiesz, chciałem poczuć ten cały morski klimat. Być mokrym od stóp po czubek głowy. - Zakpił.- Artysta kiedyś powiedział... Na morza dnie, na morza dnie. Bo tam gdzie sucho może być krucho.
No i sobie poszła. Świetnie. Niech idzie w cholerę. Zawsze tak było. W złości tyknął nogą naćpanego frajera, którymi ukradł krzesło. Ten się nawet nie poruszył, ale cichy jęk dał mu znać, że gość jednak żyje. A szkoda. Zawsze wszyscy zostawiali biednego Baldwina Malfoya! Oczywiście. To ile była jego starym? Jakieś trzy minuty i już sobie posz… O. Wróciła. I to w dodatku z darami.
Uśmiechnął się prześlicznie i przez moment Baldwin wyglądał na całkiem miłego dzieciaka. Zwłaszcza kiedy przytulił do siebie butelkę z alkoholem.
- Dziękuję Maeeeeveee.- Zaszczebiotał.
Złapał za kryształ wahadełka, które wciąż miał owinięte wokół jednej ręki i wbił ostro zakończoną metalową końcówkę obudowy w korek od wina. Przekręcił. Jedno mocniejsze szarpnięcie i z cichym pyk korek wysunął się z łatwością, spadając na blat stolika. Nie bawił się w jakieś przelewanie do filiżanek. Zamiast tego docisnął butelkę do ust, upijając parę dużych łyków. Odetchnął z ulgą, ale butelki nie odstawił. Nim powiedział cokolwiek otwarł jeszcze grzbietem dłoni zbierające się w kącikach ust krople ciemnego wina.
- Mev...- Skrzywił się. Żeby to było takie proste, ot po prostu iść rzucić cegłówką w okno i wpierdolić Charles’owi. Ale nie było. Już chciał dodać coś więcej, przyznać, że tak naprawdę to trzech ich było i za bardzo się nie przyjrzał, ale oni wyglądają dużo gorzej! Ale wtedy wyczuł znajomą obecność. Wystarczyło jedno spojrzenie, by upewnić się, że po schodach właśnie schodziła Lorraine.- Ja pierdolę.- Jęknął tylko cicho.
Skulił się nieco bardziej, ale nawet nie próbował ukrywać siniaka. Bo i po co? I tak by zaraz go zobaczyła. Zamiast tego odwrócił wzrok, pozwalając dziewczynom wymienić swoje czułostki. Upił jeszcze trochę wina, po czym odstawił grzecznie butelkę na stół.
Dopiero znajomy dotyk dłoni Malfoyówny uzmysłowił mu jak kurewnie jest tym wszystkim zmęczony. Najgorsze było w tym wszystkim to, że Baldwin się starał. Od samego początku jak tylko zobaczył ten artykuł, zamówił różowego podśpiewującego kutaska, zanim jeszcze nawet poznał Scarlett i pozwolił blondynce zająć z dnia na dzień tak ważne miejsce w życiu. Charles Mulciber wydał mu się zatwardziałą konserwą, oddaną własnemu ojcu jak dziwka klientowi z najgrubszym portfelem. Czy to taki grzech, że próbował go ostrzec, że jego dziewczyna nie była najczystszej krwi?! Powinien był mu podziękować! Powinien był go szanować! Mógł go zmusić do posłuszeństwa! Nie zrobił tego.. Nie zrobił. Nieświadomie zacisnął mocno dłoń na wahadełku, pozwalając by ostre krawędzie wbiły mu się w skórę. Zignorował pierwsze krople krwi, które spadły na stolik.
Zamiast tego, ostrożnie wsunął wolną dłoń pod osłabione przedramię czarownicy, zaciskając delikatnie palce na łokciu. Jakby próbował choć trochę odciążyć niedoleczony bark. Każdym swoim gestem, słowem i myślą ją przepraszał. Nienawidził z jaką łatwością przychodziło jej wybaczanie grzechów. Zapominanie ich. Pozwolił dotknąć swojego policzka, ba! Wtulił się w jej dłoń, której chłód przyniósł ukojenie palącej skórze.
- To był ten zjeb od chujoświeczek, Charlie Mulciber.
Własny głos wydał mu się kompletnie obcy. Brzmiał tak jak w chwilach, gdy powtarzał znane sobie teksty i role.