21.01.2025, 01:16 ✶
Kiedy otwierał usta, żeby opowiedzieć Geraldine zabawną anegdotkę o jego nie tak dawnym spotkaniu z jej dziecięcym wrogiem, nigdy nie spodziewałby się tego, że wypowiedziane przez niego słowa zostaną odebrane w ten sposób. Zresztą w pierwszej chwili nawet nie patrzył w kierunku dziewczyny, świdrując spojrzeniem okolicę, szczególnie krzaki i szukając ewentualnych śladów obecności kogokolwiek prócz nich, choć przecież byli naprawdę głęboko w lesie. Mimo wszystko starał się zachowywać wszelkie zasady bezpieczeństwa.
- Rowle - odpowiedział bezmyślnie, nie do końca wyczuwając zmianę tonu w głosie Yaxleyówny. - Regina Rowle. Wpadliśmy na siebie, niemalże dosłownie, pośród kwitnących krzewów samotniczki - poniekąd powtórzył to, co już powiedział, teraz tylko przypisując imię i nazwisko (a więc i twarz) do wcześniej anonimowej kuzynki Riny.
Naprawdę nie skupiał się na dwuznaczności, jaka wybrzmiała w uszach dziewczyny, bo przecż w jego własnych żadnej tam nie było. Nie mówiąc nawet o tym, że nigdy w żadnej rzeczywistości nie postanowiłby chwalić się przed nią swoimi podbojami. Ani o tym, że nie poszedłby do łóżka z żadną blisko spokrewnioną z nią kobietą. Przynajmniej nie świadomie, bo w rzeczy samej robił różne raczej średnie rzeczy, gdy był dogłębnie zraniony (a czasami też ujarany czy pijany) a w ich świecie niemal każdy miał ze sobą jakieś powiązania. Czystokrwistość była zaletą, ale miała też swoje ciemniejsze strony.
Tak czy inaczej, słysząc kolejne pytanie padające z ust Geraldine, przeniósł na nią spojrzenie. Tym razem wpierw pełne zupełnego braku zrozumienia, pytające, później zaś powoli przechodzące przez fazę powątpiewania w to, co właśnie usłyszał, niedowierzania, kpiny aż wreszcie do tego nieoczekiwanego błysku w dotychczas matowych oczach. Bezwiednie odgiął głowę do tyłu, wybuchając głośnym, naprawdę niekontrolowanym śmiechem. Głębokim, szczekliwym, gardłowym. Takim, który sprawił, że Ambroise po paru sekundach niemal zgiął się w pół, nie mogąc zaczerpnąć tchu.
- Żartujesz - wydusił z siebie, próbując odzyskać fason. - Oczywiście, że kurwa nie. Nawet nie wiedziała, że ja to ja - a raczej zdecydowanie słyszała o nich i ich wieloletnim związku, więc gdyby poszła z nim do łóżka, oboje byliby raczej bardzo żałośni - nie spotkaliśmy się oficjalnie. Po prostu jej pomogłem, zabrałem ją do wioski i spędziliśmy razem noc. W pokoju w pubie. Na podłodze przy kominku. Rozmawiając - nie wiedział, czemu jej to teraz tak rozwijał.
Ta opowieść miała brzmieć zupełnie inaczej, jednak w tym momencie był zbyt rozbawiony, żeby ciągnąć ją w planowany sposób. Poza tym nie chciał dawać Yaxleyównie zbyt dużego pola do popisu bujnej wyobraźni. Potrząsnął głową, wciąż uśmiechając się niedowierzająco.
A jednak nie po to tu byli. Musieli spoważnieć. Zbyt długie pozostawanie w tym miejscu raczej nie wchodziło w grę, toteż Roise spróbował przywrócić wcześniejszy kamienny wyraz twarzy (tylko w jego oczach jeszcze przez chwilę migotały iskierki).
Przeszli do konkretów. Do odpowiedzi na to, czego tak właściwie oczekiwała Rina. Tego, czym bez wątpienia na moment go zaskoczyła. Kiwnął głową na informację o podstawach, ale zaraz potem niemalże uniósł brwi.
- Patronusy - powtórzył po dziewczynie, nie pozwalając sobie na drgnienie nawet najmniejszego, najmniej znaczącego mięśnia twarzy.
Tak, patronusy w istocie były czymś, na co mógł się pisać. W teorii mógł pokazać Geraldine jak się to robi. Nie miał z tym nawet najmniejszego problemu, nie zamierzał kwestionować akurat tego zaklęcia, bo sam tak naprawdę nigdy nie uważał go za coś tak niewłaściwego, że aż Ministerstwo musiało zakazać jego nauki i wykorzystywania.
Tak właściwie to nie zgadzał się z większością decyzji obecnej władzy (a także praktycznie każdej poprzedniej), nawet a może szczególnie w kwestii zaklęć podlegających pod dziedzinę nekromancji. Osąd urzędniczy był absurdalnie zero-jedynkowy, pozbawiony jakiegokolwiek szerszego spojrzenia, oglądu na kwestie, które zdecydowanie powinny być brane pod uwagę.
Tak. Zdecydowanie mógł pójść na to, by zająć się dzisiaj właśnie patronusami. Szczególnie, że nie sądził, aby wobec tego mieli czas i przestrzeń na wiele innych zaklęć, więc nie musiałby się niepokoić kolejnymi, prawdopodobnie coraz mniej tolerowalnymi życzeniami mogącymi paść spomiędzy malinowych warg dziewczyny.
Tych samych, których całowanie tak doskonale pamiętał w związku z inną sytuacją, w której przechodzili już wspólne praktyczne przeszkolenie. Wbrew pozorom, tamta nieszczęsna jodełka nie była dla niego złym wspomnieniem. Wręcz przeciwnie.
Być może dosyć mocno wytykał Geraldine brak właściwej techniki. Może mieli kilka spięć, bo oboje nie byli wobec siebie zbyt cierpliwi w tamtych okolicznościach. A jednak w gruncie rzeczy było to ciekawe doświadczenie. Takie, którego początku raczej by nie powtórzył. Za to koniec?
Szczerze wątpił jednak w to, aby pozwalanie sobie na myśli tego typu miało przynieść mu cokolwiek poza kolejną porcją emocjonalnego popierdolenia. Abstrahując od tego, gdzie się teraz znajdowali i jak bardzo nieodpowiedzialne by to było z poziomu bezpieczeństwa. Nie mieli wylądować razem na leśnym poszyciu tak jak wtedy na dywanie. Nie mieli zakończyć tego w tamten sposób.
Już teraz zaczęli się od siebie ponownie dystansować. Po opuszczeniu sypialni w zupełnym milczeniu, ich poranek był całkowicie poprawny. Rozmawiali, patrzyli na siebie, od czasu do czasu dotykali się, wyciągając rękę po coś leżącego na stole albo zdejmując sobie nawzajem pajęczynę z włosów czy strzepując kurz z ramienia (zadziwiające jak brudno nadal było w Piaskownicy).
Nie byli tak ostentacyjni w utrzymywaniu neutralności jak dzień wcześniej zanim upili się i znowu zrobili to wszystko, co ironicznie ponownie doprowadziło ich do dziwnej sytuacji, w której oboje nie do końca się odnajdowali.
Dużo łatwiej było móc tak po prostu ku niej sięgnąć, wyciągnąć dłoń, zbliżyć się po to, żeby obdarzyć ją jakimś czułym gestem. Mieć szansę zakończenia raczej niezbyt przyjemnego procesu nauki (nie wątpił, że tym razem będzie podobnie; znał i ją, i siebie) w znacznie przyjemniejszy sposób. Poniekąd wynagradzając sobie wszelkie trudności oraz dając wzajemnie dowód na to, że mogli szybko powrócić do lekkości, nawet jeśli moment wcześniej jej między nimi nie było.
Tyle tylko, że ta luźna atmosfera teraz nie istniała nawet poza częścią szkoleniową. Nie mieli czego przywracać. Pojawili się tu głównie w jednym wyjątkowo poważnym celu. Mieli go spełnić (albo i nie) a potem powrócić do miejsca, które nie było już ich domem. Było cmentarzyskiem wspomnień, trochę jak otaczający ich Las Wisielców, w którym spędzali kilka dni.
Patronus. Tak. Ambroisowi nie drgnął nawet najbardziej nieznaczący mięsień twarzy. W teorii mógł ją tego nauczyć. Przeprowadzić Geraldine przez cały proces, pokazać jej odpowiedni ruch różdżki i to jak mogła go sobie uprościć. Zaprezentować jej wszystko, co doskonale znał i umiał.
Tyle tylko, że no właśnie - w praktyce też to umiał. W teorii i w praktyce, a jednak od tak dawna nie korzystał z tego zaklęcia w całkowicie niewzruszony sposób. Ostatnie trzy razy, podczas których przywoływał patronusa można było uznać za co najwyżej średnio udane.
To, co kiedyś było naprawdę wyraźnym, bardzo jasnym kształtem teraz objawiało się raczej mniej zdecydowanie. Jeden z trzech razów (ten ostatni) wydusił z różdżki jedynie większy obłoczek świetlistego dymu.
Mimo to odchrząkując w zdecydowany sposób, kiwnął głową.
- Jasne. Znasz teoretyczne podstawy, nie? Musisz się skupić, najlepiej zamknąć oczy, spróbować uspokoić umysł, wyciszyć myśli i przywołać w głowie tylko jeden jedyny obraz. Wspomnienie. Takie, które uważasz za najszczęśliwsze. Naprawdę, naprawdę szczęśliwe. Niepodważalnie, kurewsko radosne. Nie jak biedny dzieciak w sklepie z cukierkami. Coś, czego nigdy nie wyrzuciłabyś z pamięci - tak, zdecydowanie uznał to za na tyle istotne, aby tak bardzo rozwinąć własną wypowiedź.
Głównie po to, aby dać sobie samemu czas na wzięcie mentalnego głębokiego oddechu. Na pomyślenie o tym, czego sam nigdy nie próbowałby wyrzucić z pamięci. Na uniesienie różdżki i machnięcie nią, niewerbalnie wypowiadając inkantację.
Głównie po to, żeby w razie niepowodzenia móc poprawić efekt stwierdzeniem, że chwilowo wyłącznie pokazywał jej odpowiedni ruch i przecież nie zdążył jeszcze wspomnieć o formule zaklęcia.
Nekromancja (II) - przywołanie patronusa (wydra)
- Rowle - odpowiedział bezmyślnie, nie do końca wyczuwając zmianę tonu w głosie Yaxleyówny. - Regina Rowle. Wpadliśmy na siebie, niemalże dosłownie, pośród kwitnących krzewów samotniczki - poniekąd powtórzył to, co już powiedział, teraz tylko przypisując imię i nazwisko (a więc i twarz) do wcześniej anonimowej kuzynki Riny.
Naprawdę nie skupiał się na dwuznaczności, jaka wybrzmiała w uszach dziewczyny, bo przecż w jego własnych żadnej tam nie było. Nie mówiąc nawet o tym, że nigdy w żadnej rzeczywistości nie postanowiłby chwalić się przed nią swoimi podbojami. Ani o tym, że nie poszedłby do łóżka z żadną blisko spokrewnioną z nią kobietą. Przynajmniej nie świadomie, bo w rzeczy samej robił różne raczej średnie rzeczy, gdy był dogłębnie zraniony (a czasami też ujarany czy pijany) a w ich świecie niemal każdy miał ze sobą jakieś powiązania. Czystokrwistość była zaletą, ale miała też swoje ciemniejsze strony.
Tak czy inaczej, słysząc kolejne pytanie padające z ust Geraldine, przeniósł na nią spojrzenie. Tym razem wpierw pełne zupełnego braku zrozumienia, pytające, później zaś powoli przechodzące przez fazę powątpiewania w to, co właśnie usłyszał, niedowierzania, kpiny aż wreszcie do tego nieoczekiwanego błysku w dotychczas matowych oczach. Bezwiednie odgiął głowę do tyłu, wybuchając głośnym, naprawdę niekontrolowanym śmiechem. Głębokim, szczekliwym, gardłowym. Takim, który sprawił, że Ambroise po paru sekundach niemal zgiął się w pół, nie mogąc zaczerpnąć tchu.
- Żartujesz - wydusił z siebie, próbując odzyskać fason. - Oczywiście, że kurwa nie. Nawet nie wiedziała, że ja to ja - a raczej zdecydowanie słyszała o nich i ich wieloletnim związku, więc gdyby poszła z nim do łóżka, oboje byliby raczej bardzo żałośni - nie spotkaliśmy się oficjalnie. Po prostu jej pomogłem, zabrałem ją do wioski i spędziliśmy razem noc. W pokoju w pubie. Na podłodze przy kominku. Rozmawiając - nie wiedział, czemu jej to teraz tak rozwijał.
Ta opowieść miała brzmieć zupełnie inaczej, jednak w tym momencie był zbyt rozbawiony, żeby ciągnąć ją w planowany sposób. Poza tym nie chciał dawać Yaxleyównie zbyt dużego pola do popisu bujnej wyobraźni. Potrząsnął głową, wciąż uśmiechając się niedowierzająco.
A jednak nie po to tu byli. Musieli spoważnieć. Zbyt długie pozostawanie w tym miejscu raczej nie wchodziło w grę, toteż Roise spróbował przywrócić wcześniejszy kamienny wyraz twarzy (tylko w jego oczach jeszcze przez chwilę migotały iskierki).
Przeszli do konkretów. Do odpowiedzi na to, czego tak właściwie oczekiwała Rina. Tego, czym bez wątpienia na moment go zaskoczyła. Kiwnął głową na informację o podstawach, ale zaraz potem niemalże uniósł brwi.
- Patronusy - powtórzył po dziewczynie, nie pozwalając sobie na drgnienie nawet najmniejszego, najmniej znaczącego mięśnia twarzy.
Tak, patronusy w istocie były czymś, na co mógł się pisać. W teorii mógł pokazać Geraldine jak się to robi. Nie miał z tym nawet najmniejszego problemu, nie zamierzał kwestionować akurat tego zaklęcia, bo sam tak naprawdę nigdy nie uważał go za coś tak niewłaściwego, że aż Ministerstwo musiało zakazać jego nauki i wykorzystywania.
Tak właściwie to nie zgadzał się z większością decyzji obecnej władzy (a także praktycznie każdej poprzedniej), nawet a może szczególnie w kwestii zaklęć podlegających pod dziedzinę nekromancji. Osąd urzędniczy był absurdalnie zero-jedynkowy, pozbawiony jakiegokolwiek szerszego spojrzenia, oglądu na kwestie, które zdecydowanie powinny być brane pod uwagę.
Tak. Zdecydowanie mógł pójść na to, by zająć się dzisiaj właśnie patronusami. Szczególnie, że nie sądził, aby wobec tego mieli czas i przestrzeń na wiele innych zaklęć, więc nie musiałby się niepokoić kolejnymi, prawdopodobnie coraz mniej tolerowalnymi życzeniami mogącymi paść spomiędzy malinowych warg dziewczyny.
Tych samych, których całowanie tak doskonale pamiętał w związku z inną sytuacją, w której przechodzili już wspólne praktyczne przeszkolenie. Wbrew pozorom, tamta nieszczęsna jodełka nie była dla niego złym wspomnieniem. Wręcz przeciwnie.
Być może dosyć mocno wytykał Geraldine brak właściwej techniki. Może mieli kilka spięć, bo oboje nie byli wobec siebie zbyt cierpliwi w tamtych okolicznościach. A jednak w gruncie rzeczy było to ciekawe doświadczenie. Takie, którego początku raczej by nie powtórzył. Za to koniec?
Szczerze wątpił jednak w to, aby pozwalanie sobie na myśli tego typu miało przynieść mu cokolwiek poza kolejną porcją emocjonalnego popierdolenia. Abstrahując od tego, gdzie się teraz znajdowali i jak bardzo nieodpowiedzialne by to było z poziomu bezpieczeństwa. Nie mieli wylądować razem na leśnym poszyciu tak jak wtedy na dywanie. Nie mieli zakończyć tego w tamten sposób.
Już teraz zaczęli się od siebie ponownie dystansować. Po opuszczeniu sypialni w zupełnym milczeniu, ich poranek był całkowicie poprawny. Rozmawiali, patrzyli na siebie, od czasu do czasu dotykali się, wyciągając rękę po coś leżącego na stole albo zdejmując sobie nawzajem pajęczynę z włosów czy strzepując kurz z ramienia (zadziwiające jak brudno nadal było w Piaskownicy).
Nie byli tak ostentacyjni w utrzymywaniu neutralności jak dzień wcześniej zanim upili się i znowu zrobili to wszystko, co ironicznie ponownie doprowadziło ich do dziwnej sytuacji, w której oboje nie do końca się odnajdowali.
Dużo łatwiej było móc tak po prostu ku niej sięgnąć, wyciągnąć dłoń, zbliżyć się po to, żeby obdarzyć ją jakimś czułym gestem. Mieć szansę zakończenia raczej niezbyt przyjemnego procesu nauki (nie wątpił, że tym razem będzie podobnie; znał i ją, i siebie) w znacznie przyjemniejszy sposób. Poniekąd wynagradzając sobie wszelkie trudności oraz dając wzajemnie dowód na to, że mogli szybko powrócić do lekkości, nawet jeśli moment wcześniej jej między nimi nie było.
Tyle tylko, że ta luźna atmosfera teraz nie istniała nawet poza częścią szkoleniową. Nie mieli czego przywracać. Pojawili się tu głównie w jednym wyjątkowo poważnym celu. Mieli go spełnić (albo i nie) a potem powrócić do miejsca, które nie było już ich domem. Było cmentarzyskiem wspomnień, trochę jak otaczający ich Las Wisielców, w którym spędzali kilka dni.
Patronus. Tak. Ambroisowi nie drgnął nawet najbardziej nieznaczący mięsień twarzy. W teorii mógł ją tego nauczyć. Przeprowadzić Geraldine przez cały proces, pokazać jej odpowiedni ruch różdżki i to jak mogła go sobie uprościć. Zaprezentować jej wszystko, co doskonale znał i umiał.
Tyle tylko, że no właśnie - w praktyce też to umiał. W teorii i w praktyce, a jednak od tak dawna nie korzystał z tego zaklęcia w całkowicie niewzruszony sposób. Ostatnie trzy razy, podczas których przywoływał patronusa można było uznać za co najwyżej średnio udane.
To, co kiedyś było naprawdę wyraźnym, bardzo jasnym kształtem teraz objawiało się raczej mniej zdecydowanie. Jeden z trzech razów (ten ostatni) wydusił z różdżki jedynie większy obłoczek świetlistego dymu.
Mimo to odchrząkując w zdecydowany sposób, kiwnął głową.
- Jasne. Znasz teoretyczne podstawy, nie? Musisz się skupić, najlepiej zamknąć oczy, spróbować uspokoić umysł, wyciszyć myśli i przywołać w głowie tylko jeden jedyny obraz. Wspomnienie. Takie, które uważasz za najszczęśliwsze. Naprawdę, naprawdę szczęśliwe. Niepodważalnie, kurewsko radosne. Nie jak biedny dzieciak w sklepie z cukierkami. Coś, czego nigdy nie wyrzuciłabyś z pamięci - tak, zdecydowanie uznał to za na tyle istotne, aby tak bardzo rozwinąć własną wypowiedź.
Głównie po to, aby dać sobie samemu czas na wzięcie mentalnego głębokiego oddechu. Na pomyślenie o tym, czego sam nigdy nie próbowałby wyrzucić z pamięci. Na uniesienie różdżki i machnięcie nią, niewerbalnie wypowiadając inkantację.
Głównie po to, żeby w razie niepowodzenia móc poprawić efekt stwierdzeniem, że chwilowo wyłącznie pokazywał jej odpowiedni ruch i przecież nie zdążył jeszcze wspomnieć o formule zaklęcia.
Nekromancja (II) - przywołanie patronusa (wydra)
Rzut N 1d100 - 10
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 18
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down