21.01.2025, 07:26 ✶
Oddał im najdroższą sobie rzecz z jaką przybył do tego lasu, ale mimo to nie ruszył się nawet o cal, kiedy rzeczy potoczyły się swoim torem. Może dla kogoś byłoby coś nawet rozdzierającego w tym, jak obojętnie zdawał się podchodzić do prowokacji centaurów, ale powiedział swoje małe pożegnanie. Nie mogło to wynagrodzić bólu drobnemu stworzeniu, które było mu wierne od momentu swoich narodzin, ale było tak jak samo powiedział - natura dawała i natura zabierania. Wszystko było elementem cyklu. Nawet najpotężniejsze smoki po raz ostatni wzbijały się do lotu, by ostatecznie zalec wśród objęć ziemi i stać się pożywką dla mniejszych stworzeń. Dzięki temu tworzyło się miejsce. Luka, którą czemuś innemu przychodziło wypełnić. Był to tak samo oczekiwane jak i okrutne, przynajmniej według pojmowania istot rozumnych, ale było też nieodzowną częścią życia. On miał natomiast cel; ten nadrzędny i zawsze uświęcający środki.
Ale mimo sztywnej sylwetki i braku ruchu, Leviathan wyraźnie odetchnął z ulgą, kiedy prowokacja dobiegła końca. Kiedy ostrze nie opadło, zabierając ze sobą życie, a jego smoczoognik wrócił do niego cały i zdrowy. Przywitał go pieszczotliwym dotykiem, tak naturalnym jak oddychanie, którym pogładził grzbiet zwierzęcia.
Jedyne co natura pielęgnowała, to równowaga. Levi uśmiechnął się do centaurów pusto, ale nie powiedział nic, skinieniem głowy akceptując ich warunki, zanim odwróciły się i pognały w las.
- Tak, dobrze - mruknął do Scylli. Ale mogło być lepiej. Wszelkie jednak negocjacje musiał zostawić na później. Na moment, kiedy wywiąże się ze złożonych obietnic. - Nie będzie dla niego bezpieczniejszego miejsca niż przy mnie - odpowiedział z dziwną łagodnością. Może i był w stanie jeszcze przed chwilą puścić go wolno, nawet poświecić, ale Levi nie posiadał złudzeń co do tego, że oswojone zwierzęta najlepiej radziły sobie w otoczeniu ludzi. Szczególnie takich, którzy je znali. Jeśli natomiast centaury nie planowały w przypadku jego porażki odwetu na Snowdonię, to raczej nie miał się o co martwić.
W przeciwieństwie do niej, nie obejrzał się już w stronę, gdzie zniknęło stado, zamiast tego ruszając przed siebie i razem z nią w drogę powrotną. Cicho i zdecydowanie. Ale Leviathan nie był częścią tej pradawnej harmonii. Nie kiedy zagłębiony w swoich myślał rozważał, że gdyby nie rozkazy Czarnego Pana, najchętniej wypleniłby centaury ogniem za swoją zuchwałość.
Ale mimo sztywnej sylwetki i braku ruchu, Leviathan wyraźnie odetchnął z ulgą, kiedy prowokacja dobiegła końca. Kiedy ostrze nie opadło, zabierając ze sobą życie, a jego smoczoognik wrócił do niego cały i zdrowy. Przywitał go pieszczotliwym dotykiem, tak naturalnym jak oddychanie, którym pogładził grzbiet zwierzęcia.
Jedyne co natura pielęgnowała, to równowaga. Levi uśmiechnął się do centaurów pusto, ale nie powiedział nic, skinieniem głowy akceptując ich warunki, zanim odwróciły się i pognały w las.
- Tak, dobrze - mruknął do Scylli. Ale mogło być lepiej. Wszelkie jednak negocjacje musiał zostawić na później. Na moment, kiedy wywiąże się ze złożonych obietnic. - Nie będzie dla niego bezpieczniejszego miejsca niż przy mnie - odpowiedział z dziwną łagodnością. Może i był w stanie jeszcze przed chwilą puścić go wolno, nawet poświecić, ale Levi nie posiadał złudzeń co do tego, że oswojone zwierzęta najlepiej radziły sobie w otoczeniu ludzi. Szczególnie takich, którzy je znali. Jeśli natomiast centaury nie planowały w przypadku jego porażki odwetu na Snowdonię, to raczej nie miał się o co martwić.
W przeciwieństwie do niej, nie obejrzał się już w stronę, gdzie zniknęło stado, zamiast tego ruszając przed siebie i razem z nią w drogę powrotną. Cicho i zdecydowanie. Ale Leviathan nie był częścią tej pradawnej harmonii. Nie kiedy zagłębiony w swoich myślał rozważał, że gdyby nie rozkazy Czarnego Pana, najchętniej wypleniłby centaury ogniem za swoją zuchwałość.
Koniec sesji
We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast