21.01.2025, 14:07 ✶
Jasne. Być może niespecjalnie wnikał we wszystkie szczegóły dotyczące relacji dwóch kobiet. Prawdę mówiąc, bywało i tak, że mimowolnie po prostu wyłączał się, gdy Geraldine zaczynała swój rant odnośnie jakiejś interakcji z Reginą. Całe szczęście nie wydawało mu się, aby działo się tak często, jednakże gdy już do tego dochodziło, mózg i uszy Ambroisa podejmowały samoistną decyzję o zaprzestaniu prawidłowego funkcjonowania.
Jasne, nie stało się tak od razu. Przez pierwsze... ...jakieś kilka razy faktycznie słuchał tego, co jego dziewczyna miała mu do powiedzenia w kontekście swojej bardzo napiętej relacji z kuzynką, jednakże z czasem zrozumiał, że najlepiej było tego nie komentować i jedynie siedzieć, od czasu do czasu kiwając głową i rzucając coś w rodzaju a to suka albo no, pojebane podejście. W rzeczy samej nawet nie próbując wnikać w to, na czym polegała spina.
Chcąc nie chcąc był związany ze światem łowców. Stojąc murem za Riną a także już wcześniej mając równie specyficzne podejście do zleceń co ona (poniekąd to ich przecież ostatecznie ku sobie pchnęło) raczej wybrał już stronę. Pomimo tego nie widział sensu w zaangażowaniu się w cały konflikt. Nigdy nawet nie poznał Rowle.
Przynajmniej do tego pamiętnego dnia, o którym teraz rozmawiali.
Nie od razu zrozumiał sens wypowiedzi rzucanych przez Yaxleyównę. Nie w pierwszej chwili przeniósł ku niej wzrok. Zrobił to dopiero po kilku spojrzeniach rzuconych na linię lasu otaczającego polanę. Zdecydowanie skupiał się na czymś innym aniżeli na czytaniu z tonu głosu Geraldine, bo przecież w swoich oczach miał całkowitą jasność tego, co się wtedy wydarzyło (a co nie).
- I pół popołudnia. Trochę nam zajęło zanim doszliśmy do Little Hangleton - uściślił w pierwszej chwili, jednocześnie posyłając Geraldine pytająco-badawcze spojrzenie.
Wydawała się inna. Bardziej zamyślona, pogrążona we własnym świecie i w swoich myślach. Stała z założonymi rękami, patrząc na niego w taki sposób, że nie do końca pojmował, o co jej chodziło.
A potem nagle nadeszło olśnienie.
Nie mógł się nie śmiać. Nie potrafił przestać tego robić, tym bardziej, że mina Riny i sposób, w jaki wypowiedziała te pierwsze słowa wyjaśnienia swojego punktu widzenia wyłącznie spotęgowały jego rozbawienie. Co prawda nie powinien tego tak okazywać, ale wyśmiewał sam koncept, nie ją i jej nadmiernie głęboką analizę sytuacji.
- Mouffette, ty i ja to co innego. Myślę, że wiesz - zerknął ku niej z całkowitym brakiem powagi, mimo to jednak przy okazji posyłając jej nieco karcące spojrzenie; powinna wiedzieć, że dla nikogo innego nie starałby się tak bardzo o całą otoczkę. - Zero zdrożności, wierz mi albo nie. Czysty interes. Protekcja, usługa medyczna. Nie miała jak mi zapłacić, więc wisi mi przysługę, ale to tyle - zdecydowanie nie chciał od Rowle nic w naturze.
Zresztą tak jak mówił - nawet nie znała go pod właściwymi personaliami. Znacząco oddzielał od siebie większość spraw zawodowych mających miejsce tu a w Mungu czy w środowisku czystokrwistych. Skupiał się na swoim zadaniu, raczej nie bawiąc się w półśrodki i niedopowiedzenia.
Teraz również musiał o tym pamiętać. Pojawili się tutaj w konkretnym celu. Nie po to, by robić to wszystko, co zaczęli czynić. Nie po to, aby rozmawiać o głupotach. To mogli zrobić w domu, o ile w ogóle wrócą tam po tym razem. To było całkiem przykre, jednak prawdopodobne, że tego nie zrobią.
Sytuacja między nimi nie wyglądała dobrze. Mogli pożreć się dosłownie w każdej chwili a okoliczność nauki raczej dosyć trudnej dziedziny zaklęć nie sprzyjała budowaniu cierpliwości.
Nie skomentował słów Yaxleyówny. Nie musiał. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że oboje znali odpowiedź. Nie, nie było łatwe. Mimo to w dalszym ciągu spróbował pokazać jej, że jest wprost przeciwnie - łatwizna. Też miała dać radę, bo on...
...on miał dać radę, prawda?
Zawsze dawał. Te trzy razy były wyjątkiem, skazą na inaczej idealnym opanowaniu zaklęcia.
Pamiętał tamto wczesne popołudnie w Snowdonii, jakże miałby je zapomnieć? Mimo mijających lat, pomimo pustych, samotnych miesięcy wypełnionych świadomością, że tamte lato już nigdy nie powróci. Zawsze wiedział, że to była właśnie ta chwila. Najszczęśliwszy moment jego życia.
Cicha biblioteka skąpana w bladym świetle świec. Uchylone okno, powoli wypalany papieros. Lata później zdał sobie sprawę z kolejnej analogii sytuacji, jaka tam wtedy zaistniała. Ze swoistej powtórki jeszcze jednej chwili z ich wspólnej przeszłości. Czegoś, czego nigdy by się nie spodziewał, nie sądząc, że los mógł być aż tak przewrotny. A jednak. Gdy to pojął, wspomnienie czerwca sześćdziesiątego szóstego stało się jeszcze bardziej barwne.
To ciemne pomieszczenie. Powiew wiatru zdmuchujący płomienie świec. Uśmiech Geraldine, iskierki błyszczące w jej oczach, niski półokrągły dekolt eleganckiej sukienki, delikatny i śliski materiał opinający jej ciało, powoli zasuwane ramiączka.
Panujący tam spokój kontrastował z burzą, która szalała na zewnątrz. Żarliwe pocałunki, dłonie błądzące po ciałach, szczeniacka ekscytacja z robienia czegoś wykraczającego poza wszelkie granice przyzwoitości. Ich coraz bardziej splątane ciała, jego dłoń przesuwająca się po jej udzie. Wymięta koszula, usta złączone w pocałunkach pełnych nieskrywanego pragnienia, odgłosy letniej burzy za cienkimi szybami.
Szum deszczu na parapecie, który towarzyszył ich rozkoszy. Słowa, które nieoczekiwanie padły z jej ust... ...kocham cię, Roise, kurewsko cię kocham... ...były dla niego jak zaklęcie, którego ślad miał na zawsze pozostać w jego sercu. Czuł się wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, jakby nic nie mogło zniszczyć tej chwili. Czuł, że w tamtej chwili cały świat należał tylko do niego, do nich.
Teraz jednak, gdy to wspomnienie wracało, gdy próbował skupić się na nim, rzucając zaklęcie, w jego sercu rodziło się coś, czego nie powinno tam być.
Wizyta w wiosce, w której kupowali kilka drobiazgów do swojego niedawno kupionego letniego domku. Kamienista, wysypywana żwirem droga prowadząca ku rodzinnej posiadłości Yaxleyów. Pierwsze oficjalne powitanie. Zaskoczenie na twarzach ludzi, którzy mieli zostać jego teściami. Powolny wyraz powrotu do świadomości, pierwsze ostrożnie zadowolone spojrzenia, wymiana uprzejmości.
Las... ...gęsty las otaczający tereny należące do rodziny. Z tą puszczą też łączyło ich tak wiele wspomnień.
Letnia burza rozpętująca się za bibliotecznym oknem. Żarliwe pocałunki. Palce wkradające się pod chłodny materiał. Kocham. Czuł się tak, jakby cały wszechświat zawirował a czas zatrzymał się na chwilę. Powinien wtedy na to odpowiedzieć. Nie zrobił tego. Tylko gwałtownie ją pocałował.
Las... ...gęsty las. Drzewa porastające dolinę i góry tak doskonale widoczne za szybami. Ostatnia wizyta w Snowdonii była zupełnie inna. Zamiast naturalnego zewu natury, w lesie panowała mroczna aura. W puszczy, gdzie kiedyś czuli się wolni, przeżyli jedne z najgorszych, najtrudniejszych godzin.
Ten sam krajobraz, który kiedyś tętnił życiem, emanował szczęściem dwojga szaleńczo zakochanych ludzi gotowych wykraczać dla siebie poza wszelkie granice... ...teraz ten sam krajobraz był pełen cieni.
Ostatnia wizyta w Snowdonii, przerażające wspomnienia z jaskini. Głos dopplegangera, wrażenie mokrych macek przesuwających mu się po ciele. To nie były już ciepłe kobiece dłonie muskające każdy skrawek jego skóry.
Mrok i strach zdominowały myśli Ambroisa. Wróciły jak nieproszony gość. Walący się sufit, szept demona, który wypełnił jego duszę przerażeniem, przywołały wspomnienia, które z trudem starał się wypchnąć z umysłu.
W dalszym ciągu słyszał echo tamtych słów. Kocham cię, Roise, kurewsko cię kocham. Słów, które stawały się coraz bardziej odległe. Znane i nieznane. Dwa skrajne uczucia, które nigdy nie miały się spotkać, współistniały w jego duszy, tworząc nieprzeniknioną melancholię splecioną z wrażeniem straty.
Teraz w tym lesie z każdą chwilą stawało się dla niego coraz bardziej oczywiste, że tamte chwile minęły bezpowrotnie. Zamiast ciepła i bliskości czuł jedynie chłód, który przenikał go do kości. Mimo to wciąż walczył.
Próbował wyczarować patronusa, ale wspomnienie, które kiedyś napawało go szczęściem teraz wydawało się zbyt słabe, by stawić czoła temu, co go otaczało. Usiłował skupić się na uczuciu z tamtej chwili, ale jego myśli były zbyt mętne a chwila zbyt odległa. Nic, co przedtem było gwarancją powodzenia nie wydawało się wystarczające, by przegnać cienie ostatnich dni.
Starał się zachować fason, ukryć ból pod maską opanowania, niemalże stoicyzmu, ale w głębi duszy wiedział, że nie ma już powrotu do tamtych chwil. Wszystko, co było odeszło. Wydarzenia z jaskini były przeszłością, ale podstępnie wypierały tamtą idyllę. Rozdzieraną na strzępy przez brutalną rzeczywistość, która nigdy nie szczędziła im trudów. Zawsze jakoś sobie z tym radzili, lecz teraz?
Wszystko, co miało znaczenie minęło. Już nie istniało a on musiał zmierzyć się z tym, że nigdy nie wróci. Stał w miejscu. Podłamany, ale z twarzą wyrażającą spokój, nawet jeśli w środku toczył walkę.
Wiedział, że powinien znaleźć inne wspomnienie, ale jak mógł zapomnieć o tym, co było? Jak mógł ukryć przed Geraldine, że jego serce nie było już przepełnione szczęściem, ale także nieodpartym smutkiem? Jego twarz wciąż była neutralna, jednak Ambroise w głębi duszy czuł jak wspomnienie tamtej chwili i ból straty zderzają się w nim.
Miłość, która ich łączyła wciąż była obecna. Mówili sobie o tym, byli w tym szczerzy, może nawet w ten brutalnie prawdziwy, bo nieskrywanym sposób. A jednak z każdym dniem stawała się coraz bardziej ulotna. Rozwiewała się jak dym wietrze wiejącym w Lesie Wisielców, szepczącym niezrozumiałe słowa, niosącym echa przeszłości bez przyszłości.
Czyż to nie brzmiało znajomo?
Jeszcze się nie rozstali. Nigdy do siebie nie powrócili, nie mieli tego zrobić, lecz Rina w dalszym ciągu stała obok niego, oczekując na to, co miał jej pokazać. Jej obecność była namacalna, jednak ta chwila była tylko cieniem tego, co kiedyś mieli.
Miał nauczyć ją rzucać zaklęcie patronusa tak jak uczył ją tej pieprzonej jodełki, ale w jego sercu narastała pustka, której nie mógł zalepić żadnym innym wspomnieniem. Próbował ukryć swoje prawdziwe uczucia. Na zewnątrz usiłował zachować spokój, nie dać dziewczynie odczuć, że coś poszło niezgodnie z planem.
Jednakże w jego sercu toczyła się burza. Znacznie bardziej przerażająca niż ta, którą pamiętał sprzed lat. W myślach wracał do chwili, kiedy po raz pierwszy spędził z nią czas w bibliotece w Snowdonii. Tam, gdzie świat zewnętrzny przestał istnieć. Pamiętał, jak ich usta złączyły się w żarliwym pocałunku, jak czuł jej ciepło, gdy w deszczowe popołudnie ich ciała splatały się na parapecie.
Kocham cię, Roise, kurewsko cię kocham.
Hmm... ...sssmakujesz zupełnie jak ona... ...co my tu mamy...?
- Tak. Mniej więcej tak to powinno wyglądać - odezwał się, spoglądając na Yaxleyównę i unosząc kąciki ust; w jego oczach nie było już niedawnych iskierek rozbawienia. - Spirala albo wir. Możesz wyobrazić sobie tarczę, jeśli to ci pomoże. Ruch zaczyna się nieco na prawo od środka, przesuwa się w dół i w lewo a kończy tuż poniżej miejsca, w którym zaczęłaś. Wygląda to mniej więcej tak - tym razem naprawdę spróbował, usiłował drugi raz powtórzyć niewerbalne zaklęcie, tym razem wybierając inne wspomnienie.
Nekromancja (II) - próbuję odzyskać twarz i rezon, wybierając inne wspomnienie i znowu próbując wyczarować patronusa (wydra)
Jasne, nie stało się tak od razu. Przez pierwsze... ...jakieś kilka razy faktycznie słuchał tego, co jego dziewczyna miała mu do powiedzenia w kontekście swojej bardzo napiętej relacji z kuzynką, jednakże z czasem zrozumiał, że najlepiej było tego nie komentować i jedynie siedzieć, od czasu do czasu kiwając głową i rzucając coś w rodzaju a to suka albo no, pojebane podejście. W rzeczy samej nawet nie próbując wnikać w to, na czym polegała spina.
Chcąc nie chcąc był związany ze światem łowców. Stojąc murem za Riną a także już wcześniej mając równie specyficzne podejście do zleceń co ona (poniekąd to ich przecież ostatecznie ku sobie pchnęło) raczej wybrał już stronę. Pomimo tego nie widział sensu w zaangażowaniu się w cały konflikt. Nigdy nawet nie poznał Rowle.
Przynajmniej do tego pamiętnego dnia, o którym teraz rozmawiali.
Nie od razu zrozumiał sens wypowiedzi rzucanych przez Yaxleyównę. Nie w pierwszej chwili przeniósł ku niej wzrok. Zrobił to dopiero po kilku spojrzeniach rzuconych na linię lasu otaczającego polanę. Zdecydowanie skupiał się na czymś innym aniżeli na czytaniu z tonu głosu Geraldine, bo przecież w swoich oczach miał całkowitą jasność tego, co się wtedy wydarzyło (a co nie).
- I pół popołudnia. Trochę nam zajęło zanim doszliśmy do Little Hangleton - uściślił w pierwszej chwili, jednocześnie posyłając Geraldine pytająco-badawcze spojrzenie.
Wydawała się inna. Bardziej zamyślona, pogrążona we własnym świecie i w swoich myślach. Stała z założonymi rękami, patrząc na niego w taki sposób, że nie do końca pojmował, o co jej chodziło.
A potem nagle nadeszło olśnienie.
Nie mógł się nie śmiać. Nie potrafił przestać tego robić, tym bardziej, że mina Riny i sposób, w jaki wypowiedziała te pierwsze słowa wyjaśnienia swojego punktu widzenia wyłącznie spotęgowały jego rozbawienie. Co prawda nie powinien tego tak okazywać, ale wyśmiewał sam koncept, nie ją i jej nadmiernie głęboką analizę sytuacji.
- Mouffette, ty i ja to co innego. Myślę, że wiesz - zerknął ku niej z całkowitym brakiem powagi, mimo to jednak przy okazji posyłając jej nieco karcące spojrzenie; powinna wiedzieć, że dla nikogo innego nie starałby się tak bardzo o całą otoczkę. - Zero zdrożności, wierz mi albo nie. Czysty interes. Protekcja, usługa medyczna. Nie miała jak mi zapłacić, więc wisi mi przysługę, ale to tyle - zdecydowanie nie chciał od Rowle nic w naturze.
Zresztą tak jak mówił - nawet nie znała go pod właściwymi personaliami. Znacząco oddzielał od siebie większość spraw zawodowych mających miejsce tu a w Mungu czy w środowisku czystokrwistych. Skupiał się na swoim zadaniu, raczej nie bawiąc się w półśrodki i niedopowiedzenia.
Teraz również musiał o tym pamiętać. Pojawili się tutaj w konkretnym celu. Nie po to, by robić to wszystko, co zaczęli czynić. Nie po to, aby rozmawiać o głupotach. To mogli zrobić w domu, o ile w ogóle wrócą tam po tym razem. To było całkiem przykre, jednak prawdopodobne, że tego nie zrobią.
Sytuacja między nimi nie wyglądała dobrze. Mogli pożreć się dosłownie w każdej chwili a okoliczność nauki raczej dosyć trudnej dziedziny zaklęć nie sprzyjała budowaniu cierpliwości.
Nie skomentował słów Yaxleyówny. Nie musiał. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że oboje znali odpowiedź. Nie, nie było łatwe. Mimo to w dalszym ciągu spróbował pokazać jej, że jest wprost przeciwnie - łatwizna. Też miała dać radę, bo on...
...on miał dać radę, prawda?
Zawsze dawał. Te trzy razy były wyjątkiem, skazą na inaczej idealnym opanowaniu zaklęcia.
Pamiętał tamto wczesne popołudnie w Snowdonii, jakże miałby je zapomnieć? Mimo mijających lat, pomimo pustych, samotnych miesięcy wypełnionych świadomością, że tamte lato już nigdy nie powróci. Zawsze wiedział, że to była właśnie ta chwila. Najszczęśliwszy moment jego życia.
Cicha biblioteka skąpana w bladym świetle świec. Uchylone okno, powoli wypalany papieros. Lata później zdał sobie sprawę z kolejnej analogii sytuacji, jaka tam wtedy zaistniała. Ze swoistej powtórki jeszcze jednej chwili z ich wspólnej przeszłości. Czegoś, czego nigdy by się nie spodziewał, nie sądząc, że los mógł być aż tak przewrotny. A jednak. Gdy to pojął, wspomnienie czerwca sześćdziesiątego szóstego stało się jeszcze bardziej barwne.
To ciemne pomieszczenie. Powiew wiatru zdmuchujący płomienie świec. Uśmiech Geraldine, iskierki błyszczące w jej oczach, niski półokrągły dekolt eleganckiej sukienki, delikatny i śliski materiał opinający jej ciało, powoli zasuwane ramiączka.
Panujący tam spokój kontrastował z burzą, która szalała na zewnątrz. Żarliwe pocałunki, dłonie błądzące po ciałach, szczeniacka ekscytacja z robienia czegoś wykraczającego poza wszelkie granice przyzwoitości. Ich coraz bardziej splątane ciała, jego dłoń przesuwająca się po jej udzie. Wymięta koszula, usta złączone w pocałunkach pełnych nieskrywanego pragnienia, odgłosy letniej burzy za cienkimi szybami.
Szum deszczu na parapecie, który towarzyszył ich rozkoszy. Słowa, które nieoczekiwanie padły z jej ust... ...kocham cię, Roise, kurewsko cię kocham... ...były dla niego jak zaklęcie, którego ślad miał na zawsze pozostać w jego sercu. Czuł się wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, jakby nic nie mogło zniszczyć tej chwili. Czuł, że w tamtej chwili cały świat należał tylko do niego, do nich.
Teraz jednak, gdy to wspomnienie wracało, gdy próbował skupić się na nim, rzucając zaklęcie, w jego sercu rodziło się coś, czego nie powinno tam być.
Wizyta w wiosce, w której kupowali kilka drobiazgów do swojego niedawno kupionego letniego domku. Kamienista, wysypywana żwirem droga prowadząca ku rodzinnej posiadłości Yaxleyów. Pierwsze oficjalne powitanie. Zaskoczenie na twarzach ludzi, którzy mieli zostać jego teściami. Powolny wyraz powrotu do świadomości, pierwsze ostrożnie zadowolone spojrzenia, wymiana uprzejmości.
Las... ...gęsty las otaczający tereny należące do rodziny. Z tą puszczą też łączyło ich tak wiele wspomnień.
Letnia burza rozpętująca się za bibliotecznym oknem. Żarliwe pocałunki. Palce wkradające się pod chłodny materiał. Kocham. Czuł się tak, jakby cały wszechświat zawirował a czas zatrzymał się na chwilę. Powinien wtedy na to odpowiedzieć. Nie zrobił tego. Tylko gwałtownie ją pocałował.
Las... ...gęsty las. Drzewa porastające dolinę i góry tak doskonale widoczne za szybami. Ostatnia wizyta w Snowdonii była zupełnie inna. Zamiast naturalnego zewu natury, w lesie panowała mroczna aura. W puszczy, gdzie kiedyś czuli się wolni, przeżyli jedne z najgorszych, najtrudniejszych godzin.
Ten sam krajobraz, który kiedyś tętnił życiem, emanował szczęściem dwojga szaleńczo zakochanych ludzi gotowych wykraczać dla siebie poza wszelkie granice... ...teraz ten sam krajobraz był pełen cieni.
Ostatnia wizyta w Snowdonii, przerażające wspomnienia z jaskini. Głos dopplegangera, wrażenie mokrych macek przesuwających mu się po ciele. To nie były już ciepłe kobiece dłonie muskające każdy skrawek jego skóry.
Mrok i strach zdominowały myśli Ambroisa. Wróciły jak nieproszony gość. Walący się sufit, szept demona, który wypełnił jego duszę przerażeniem, przywołały wspomnienia, które z trudem starał się wypchnąć z umysłu.
W dalszym ciągu słyszał echo tamtych słów. Kocham cię, Roise, kurewsko cię kocham. Słów, które stawały się coraz bardziej odległe. Znane i nieznane. Dwa skrajne uczucia, które nigdy nie miały się spotkać, współistniały w jego duszy, tworząc nieprzeniknioną melancholię splecioną z wrażeniem straty.
Teraz w tym lesie z każdą chwilą stawało się dla niego coraz bardziej oczywiste, że tamte chwile minęły bezpowrotnie. Zamiast ciepła i bliskości czuł jedynie chłód, który przenikał go do kości. Mimo to wciąż walczył.
Próbował wyczarować patronusa, ale wspomnienie, które kiedyś napawało go szczęściem teraz wydawało się zbyt słabe, by stawić czoła temu, co go otaczało. Usiłował skupić się na uczuciu z tamtej chwili, ale jego myśli były zbyt mętne a chwila zbyt odległa. Nic, co przedtem było gwarancją powodzenia nie wydawało się wystarczające, by przegnać cienie ostatnich dni.
Starał się zachować fason, ukryć ból pod maską opanowania, niemalże stoicyzmu, ale w głębi duszy wiedział, że nie ma już powrotu do tamtych chwil. Wszystko, co było odeszło. Wydarzenia z jaskini były przeszłością, ale podstępnie wypierały tamtą idyllę. Rozdzieraną na strzępy przez brutalną rzeczywistość, która nigdy nie szczędziła im trudów. Zawsze jakoś sobie z tym radzili, lecz teraz?
Wszystko, co miało znaczenie minęło. Już nie istniało a on musiał zmierzyć się z tym, że nigdy nie wróci. Stał w miejscu. Podłamany, ale z twarzą wyrażającą spokój, nawet jeśli w środku toczył walkę.
Wiedział, że powinien znaleźć inne wspomnienie, ale jak mógł zapomnieć o tym, co było? Jak mógł ukryć przed Geraldine, że jego serce nie było już przepełnione szczęściem, ale także nieodpartym smutkiem? Jego twarz wciąż była neutralna, jednak Ambroise w głębi duszy czuł jak wspomnienie tamtej chwili i ból straty zderzają się w nim.
Miłość, która ich łączyła wciąż była obecna. Mówili sobie o tym, byli w tym szczerzy, może nawet w ten brutalnie prawdziwy, bo nieskrywanym sposób. A jednak z każdym dniem stawała się coraz bardziej ulotna. Rozwiewała się jak dym wietrze wiejącym w Lesie Wisielców, szepczącym niezrozumiałe słowa, niosącym echa przeszłości bez przyszłości.
Czyż to nie brzmiało znajomo?
Jeszcze się nie rozstali. Nigdy do siebie nie powrócili, nie mieli tego zrobić, lecz Rina w dalszym ciągu stała obok niego, oczekując na to, co miał jej pokazać. Jej obecność była namacalna, jednak ta chwila była tylko cieniem tego, co kiedyś mieli.
Miał nauczyć ją rzucać zaklęcie patronusa tak jak uczył ją tej pieprzonej jodełki, ale w jego sercu narastała pustka, której nie mógł zalepić żadnym innym wspomnieniem. Próbował ukryć swoje prawdziwe uczucia. Na zewnątrz usiłował zachować spokój, nie dać dziewczynie odczuć, że coś poszło niezgodnie z planem.
Jednakże w jego sercu toczyła się burza. Znacznie bardziej przerażająca niż ta, którą pamiętał sprzed lat. W myślach wracał do chwili, kiedy po raz pierwszy spędził z nią czas w bibliotece w Snowdonii. Tam, gdzie świat zewnętrzny przestał istnieć. Pamiętał, jak ich usta złączyły się w żarliwym pocałunku, jak czuł jej ciepło, gdy w deszczowe popołudnie ich ciała splatały się na parapecie.
Kocham cię, Roise, kurewsko cię kocham.
Hmm... ...sssmakujesz zupełnie jak ona... ...co my tu mamy...?
- Tak. Mniej więcej tak to powinno wyglądać - odezwał się, spoglądając na Yaxleyównę i unosząc kąciki ust; w jego oczach nie było już niedawnych iskierek rozbawienia. - Spirala albo wir. Możesz wyobrazić sobie tarczę, jeśli to ci pomoże. Ruch zaczyna się nieco na prawo od środka, przesuwa się w dół i w lewo a kończy tuż poniżej miejsca, w którym zaczęłaś. Wygląda to mniej więcej tak - tym razem naprawdę spróbował, usiłował drugi raz powtórzyć niewerbalne zaklęcie, tym razem wybierając inne wspomnienie.
Nekromancja (II) - próbuję odzyskać twarz i rezon, wybierając inne wspomnienie i znowu próbując wyczarować patronusa (wydra)
Rzut N 1d100 - 38
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 24
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down