21.01.2025, 18:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.01.2025, 21:12 przez Anthony Shafiq.)
Moment po tym jak Scarlett wróciła z kąpieli i rozpoczęła rozmowę z Morpheusem, do salonu powrócil Anthony. Czas zakrzywiał się nie tylko w spojówce jasnowidza, ale też dla Anthony'ego działał za szybko i za wolno jednocześnie. Potrzebował momentu poza salonem, żeby przywołać spokojne oblicze. Theo, jako najmłodsza i najciśniej pępowiną połączona z Charlotte odnoga miał już swoje przygody w Egipcie, Anthony trochę zaczął się obawiać, że brak wszelkich starań z jego strony rzuci się cieniem na jego przyjaźni z kuzynką. Z kolei Scarlett w jego oczach miała cały czas 7 lat, nie mógł zapomnieć jej wielkich jak dwa galeony oczy, gdy w jej ręce wsunął wąską szyjkę lutniczych skrzypiec, dając możliwość młodej dziewczynie znaleźc drogę w sztuce, by dać upust emocjom, które trzeba było chować w swoim sercu. Presja była spora, gdy przyszłe, tak miękkie w porównaniu do nich pokolenie obrywało od świata.
- A dziś jeszcze widziałem się z Twoim bratem rano! - podjął tym charakterystycznym karcącym tonem osoby, która musi powiedzieć coś innego niż niekończąca się litania do bogów, że mimo odniesionych ran dalej para chodzi i ma się dobrze. - Dziecko co Ty masz na głowie...? - parsknął z niedowierzaniem, ustawiając tuż obok niej skrzyneczkę z medykamentami, które zgromadził po napaści na jego skromnej osobie. Jego długie palce sprawnie rozwiązały wstążeczkę, dotykając ją niemal samymi opuszkami, podobnie z resztą jak z miną pełną odrazy dla przebitej skóry i krwi patrząc na ranę.
-Wypij to. I to. I jeszcze ten na wzmocnienie. - Podał jej fiolki, z zielonymi i fioletowymi eliksirami. - Nie ten, najpierw ten. W tej kolejności, którą ci podałem. - Poprawił ją łagodnie, niemal ojcowsko, wysuwając ostatnią z fiolek, która się przed nią pojawiła.
Nie zamierzał się spowiadać i mówić skąd ma taką wiedzę, nie chciał też oświecać młodej Mulciberówny z jaką częstotliwością na Aleję trafiali ludzie, którzy potrzebowali natychmiastowej pomocy i chcieli u Anthony'ego zaciągać dług lub też... po jego spłacie przychodzili dopełnić formalności pomimo swojego stanu. Kiedy samemu nie miało się mięśni, trzeba było posiłkować się cudzymi ciałami.
Odgarnął troskliwie mokre włosy z czoła Scarlett, łagodnie odciskując zwilżonym papierem resztki krwi, obserwując przyspieszone nieco tamowanie. - Morpheusie lekarz, absolutnie musi to zobaczyć, bo niektóre obrażenia mogą być wewnątrz człowieka, nie tylko na zewnątrz. - pogładził porcelanową skórę na policzku z czułością i przysunął filiżankę z herbatą.
- To jest Scarlett Mulciber, córka Richarda. Stażystka w kancelarii prawniczej u Philomeny - zrobił "minę". Oczywistym było o kogo chodziło, stara wyjadaczka legislacyjna dawała niezłą szkołe młodzikom, ale też i starsi mieli z nią związane barwne wspomnienia. Pominął milczeniem fakt, że Scarlett nie zdecydowała się finalnie pracować w Ministerstwie, bo nie było o czym za bardzo mówić. Zamiast tego ujął na powrót swoją filiżankę i przystanął przy sekretarzyku o którego oparł się biodrem. - Theodor jest w podobnym stanie? - pytał raczej Morpheusa, choć życzliwie wzrokiem wodził między obojgiem.
- A dziś jeszcze widziałem się z Twoim bratem rano! - podjął tym charakterystycznym karcącym tonem osoby, która musi powiedzieć coś innego niż niekończąca się litania do bogów, że mimo odniesionych ran dalej para chodzi i ma się dobrze. - Dziecko co Ty masz na głowie...? - parsknął z niedowierzaniem, ustawiając tuż obok niej skrzyneczkę z medykamentami, które zgromadził po napaści na jego skromnej osobie. Jego długie palce sprawnie rozwiązały wstążeczkę, dotykając ją niemal samymi opuszkami, podobnie z resztą jak z miną pełną odrazy dla przebitej skóry i krwi patrząc na ranę.
-Wypij to. I to. I jeszcze ten na wzmocnienie. - Podał jej fiolki, z zielonymi i fioletowymi eliksirami. - Nie ten, najpierw ten. W tej kolejności, którą ci podałem. - Poprawił ją łagodnie, niemal ojcowsko, wysuwając ostatnią z fiolek, która się przed nią pojawiła.
Nie zamierzał się spowiadać i mówić skąd ma taką wiedzę, nie chciał też oświecać młodej Mulciberówny z jaką częstotliwością na Aleję trafiali ludzie, którzy potrzebowali natychmiastowej pomocy i chcieli u Anthony'ego zaciągać dług lub też... po jego spłacie przychodzili dopełnić formalności pomimo swojego stanu. Kiedy samemu nie miało się mięśni, trzeba było posiłkować się cudzymi ciałami.
Odgarnął troskliwie mokre włosy z czoła Scarlett, łagodnie odciskując zwilżonym papierem resztki krwi, obserwując przyspieszone nieco tamowanie. - Morpheusie lekarz, absolutnie musi to zobaczyć, bo niektóre obrażenia mogą być wewnątrz człowieka, nie tylko na zewnątrz. - pogładził porcelanową skórę na policzku z czułością i przysunął filiżankę z herbatą.
- To jest Scarlett Mulciber, córka Richarda. Stażystka w kancelarii prawniczej u Philomeny - zrobił "minę". Oczywistym było o kogo chodziło, stara wyjadaczka legislacyjna dawała niezłą szkołe młodzikom, ale też i starsi mieli z nią związane barwne wspomnienia. Pominął milczeniem fakt, że Scarlett nie zdecydowała się finalnie pracować w Ministerstwie, bo nie było o czym za bardzo mówić. Zamiast tego ujął na powrót swoją filiżankę i przystanął przy sekretarzyku o którego oparł się biodrem. - Theodor jest w podobnym stanie? - pytał raczej Morpheusa, choć życzliwie wzrokiem wodził między obojgiem.