21.01.2025, 22:51 ✶
Jeszcze będzie pięknie.
Dlaczego to brzmiało jak wierutne kłamstwo? Ilekroć słyszał to od kogokolwiek, co ostatnio praktycznie już się nie działo. Sam sobie tego nie mówił, Geraldine też już chyba nie zamierzała udawać, że mogło być inaczej. Kiedyś naprawdę usiłował w to wierzyć. Był taki okres w jego życiu, kiedy Ambroise naprawdę miał wrażenie, że wszystko układa się po jego myśli. Ba, lepiej niż kiedykolwiek sądził.
Wszedł na całkowicie właściwą ścieżkę. Tak mu się przynajmniej wydawało. Nie miał wszystkiego, czego chciał. Miał wszystko, o czym nie wiedział, że stanie się czymś znacznie lepszym. Szczeniackie, aroganckie, wydumane pragnienia przestały mieć znaczenie w momencie, w którym Roise zaczął dojrzewać do tego, by je zweryfikować i stwierdzić, że świadomie wybierał coś zupełnie innego:
Lepsze, szczęśliwsze, wspólne życie.
Nie pomyślał przy tym, że straci je równie szybko, co zyskał. A nawet szybciej, bowiem półtora roku w zupełności wystarczy, by wytworzyć między nimi wręcz miażdżący dystans, ścianę, przepaść.
Wspomnienie anegdotki o jego spotkaniu z kuzynką Geraldine okazało się kolejnym złym pomysłem.
Co prawda roześmiał się na reakcję dziewczyny. Nie był w stanie powstrzymać nagłego przypływu wesołości, jaka go ogarnęła. A jednak nie osiągnął tego, co chciał tym zyskać. Szczególnie, że komentarz, który padł z ust Yaxleyówny nie zabrzmiał zbyt gładko. Wręcz spowodował u niego uniesienie brwi.
Nie skomentował jednak tego, co powiedziała. Nie próbował rozwinąć słów o tym, co tak naprawdę było w nich inne. Nie sądził, by mogło im to w czymkolwiek pomóc, szczególnie że nie mieli już wspólnej przyszłości.
Nie chciał myśleć w tej chwili o tym, co będzie, gdy każde z nich pójdzie w swoją stronę. Czy niedługo na horyzoncie rzeczywiście pojawi się dla niej ktoś, o bycie kim podejrzewał (ba, wręcz uznawał) Erika Longbottoma. Czy może już tam gdzieś był i była to tylko kwestia czasu. Nie chciał zastanawiać się nad tym, ile czasu minie zanim wszystko wróci dla niej do tej nowej normy.
Normy bez niego. I dla niego do jego nowej rzeczywistości. Pustej i ponurej, wypełnionej bezsennymi nocami i bezcelowym włóczeniem się z miejsca na miejsce. Nie, zdecydowanie nie zamierzał odnajdywać pocieszenia w ramionach żadnej z jej kuzynek.
W tym momencie szczerze wątpił, by był to w stanie ponownie zrobić - znaleźć się przy kimś wyłącznie dla kilku chwil pustego zapomnienia. Być może z czasem? Jednakże poprzednio też nie przyszło mu to tak łatwo jak był o to posądzany. Wręcz przeciwnie. Do tej pory miał poczucie zupełnego bezsensu. Tyle tylko, że stale je w sobie zabijał.
Tak jak przyszłość. Jak nadzieję. Jak światło.
Zignorował odzywkę Yaxleyówny, próbując wydusić z siebie choć resztkę jasności i ciepła, bo chciał rzucić tego pierdolonego patronusa. Nie, nie mówiąc jej jeszcze o tym, że jej go zaprezentuje. To była daleko idąca interpretacja słów nie skierowanych ku niej w tym celu, bo w głębi duszy obawiał się, że kolejny raz okaże się dokładnie tak samo pusty jak poprzedni. Nie próbował się popisywać. Walczył z własnym cieniem.
Cofnął się jeszcze dalej wstecz. Być może to było w stanie pomóc. Nie tamten moment a coś przed nim? Coś równie szczęśliwego? Bez związku ze Snowdonią, a więc także z dopplegangerem?
Skupił wzrok na różdżce, usiłując sprawiać wrażenie, że nie tyle kontroluje sytuację, co kolejny raz pokazuje Yaxleyównie opisywany przez niego ruch.
Nie poruszał ustami...
...machnął różdżką i przywołał ten kolejny moment...
...tę chwilę...
...te uczucia...
...
- Wyglądał trochę jak wampir, nie? Ponoć mają tu zamek Drakuli. Jesteś pewna, że nie zaprzestaliśmy mu duszy? Byłby przypał, bo moja ma zostać drzewem - stwierdził zupełnie bez powagi, jednocześnie machając grubą teczką trzymaną w dłoni.
Właśnie wracali od notariusza po zakupie swojej pierwszej wspólnej nieruchomości. To była ich przestrzeń, ich nowy początek.
Słońce świeciło na bezchmurnym niebie a nadmorski wiatr lekko muskał ich twarze, dodając lekkości każdemu kroku. Dziewczyna obok niego emanowała blaskiem, który przyciągał całą jego uwagę. Szli deptakiem w kierunku polnej drogi prowadzącej przez wrzosowiska, stawiając kolejne kroki po brukowanej nawierzchni.
Wziął kolejny kilkudniowy urlop, by móc w pełni cieszyć się tym nowym rozdziałem w ich życiu. Jeszcze nigdy nie wykorzystywał aż takiej ilości czasu wolnego w pracy.
- Rupert. Witaj - skinął głową na powitanie, wyciągając rękę ku starszemu mężczyźnie siedzącemu przy ciężkim palisandrowym biurku.
Rupert spojrzał na niego przenikliwie, jakby dostrzegał ból skrywany za zewnętrznym spokojem, jednak nijak nie skomentował zmiany w wyglądzie Greengrassa.
Rozstanie było bolesne, zmiotło go z nóg bardziej niż mógłby kiedykolwiek przyznać, ale decyzja o wyzbyciu się praw do wspólnej własności, którą tak starannie budowali, wydawała się równie nie do zniesienia.
- Dzień dobry - człowiek w średnim wieku z siwiejącymi skroniami, skinął głową i gestem zaprosił Ambroisa do zajęcia miejsca.
Na biurku leżały stosy dokumentów. W pomieszczeniu panowała atmosfera formalności i nieuchronności. Powietrze było ciężkie od zapachu kurzu, starego papieru i atramentu.
- Udało się wszystko skompletować? Jakieś problemy? Wątpliwości? Kwestie formalne do wyjaśnienia zanim zaczniemy? - Zapytał Rupert, zerkając na mężczyznę znad okularów.
- Tak. Nie. Wszystko jasne, możemy kontynuować zgodnie z ustaleniami - skinął głową, sięgając do torby po dokumenty, które notariusz kazał mu przynieść.
Jego ręka drżała lekko, gdy wyciągał z teczki dokumenty, które przygotował zgodnie z zaleceniami. Rupert w milczeniu zajął się formalnościami, przeglądając przyniesione mu papiery i sięgając po nowe - te wciąż jeszcze puste.
Siedział w zupełnej ciszy, wpatrując się w widok dostrzegalny między fragmentami metalowych żaluzji. Każde pociągnięcie pióra po pergaminie, ciche skrobnięcie stalówki przypominało mu o tym, że to co kiedyś było ich domem teraz miało być tylko pustą przestrzenią, w której nie było miejsca na nic, o czym kiedyś tak często myślał.
Kiedy w końcu Rupert podał mu dokument do podpisania, Ambroise zawahał się na kilka naprawdę długich sekund zanim złożył na nim swój pierwszy podpis. Potem kolejny, następne słowa we wskazanych miejscach. Wyjątkowo czytelne (przynajmniej jak na jego) niemalże kaligrafowane pismo.
Wypełniając formularze powoli zbliżał się ku nieuchronnemu. Każda linijka, którą wypełniał była jak cios w serce. Oddawał coś, co kiedyś było symbolem ich wspólnej przyszłości. Zawsze, na zawsze, do usranej śmierci.
Idąc polną przez wrzosowiska, Roise nagle chwycił swoją dziewczynę w talii i namiętnie ją pocałował, zapominając o wszystkim wokół.
Teraz to wszystko stawało się jedynie przypomnieniem o tym, co stracił. Starał się nie myśleć o jej reakcji, o tym, że być może ona również będzie musiała przejść przez te same uczucia, gdy dowie się o jego decyzji. W końcu ruszyła dalej. Układała sobie życie u boku kogoś innego.
Dopiero tutaj tak naprawdę zdał sobie sprawę, że to, co planował było nie tylko formalnością, ale też ostatecznym rozstaniem z marzeniami, które kiedyś wydawały mu się tak bliskie. Tamten maj sześćdziesiątego szóstego, wrzesień siedemdziesiątego, wszystkie lata, niezliczone dni.
Kiedy w końcu Rupert odłożył dokumenty, w Greengrassie coś tąpnęło. Wiedział, że to koniec. Zdecydowanie, ale z ciężkim sercem, zakończył formalności, które miały go oddzielić od przeszłości. Wstał z krzesła, a jego oczy na moment spotkały się z wzrokiem notariusza, w którym dostrzegł zrozumienie.
- To wszystko - powiedział Rupert.
Ambroise kolejny skinął głową, czując jak zamiast opaść, ciężar coraz bardziej przygniata mu ramiona.
Wyszedł z biura zaledwie dwie, może trzy minuty później, mając wrażenie, że kawałek jego serca został za drzwiami tego gabinetu. Chłodne powietrze na zewnątrz uderzyło go w twarz, świst wiatru zdawał się nieść ze sobą echo utraconych chwil. W sercu pozostawała tylko pustka i tęsknota za tym, co mogło być. Za tym, co odchodziło.
Świat wokół nich skąpany był w słońcu a lekki nadmorski wietrzyk muskał ich twarze. Szedł ulicą tuż obok Geraldine, która uśmiechała się do niego promiennie. Jej długie blond włosy lśniły w blasku letniego dnia a radosne spojrzenie zdradzało, że była w doskonałym nastroju. Dokładnie takim jak on.
Miał dwadzieścia siedem, dwadzieścia sześć z kawałkiem lat, ale w jego zachowaniu można było dostrzec nutę szczeniackiego entuzjazmu. Błysku w zielonych oczach nie dało się ukryć. Był szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy. Może trochę nazbyt ekspresyjny, szczególnie jak na niego, ale przecież miał ku temu powody, prawda?
Świeciło słońce, delikatna morska bryza osiadała na włosach i twarzy. Niebo było bezchmurne, bardziej błękitne niż kiedykolwiek. Wiatr delikatnie owiewał ich policzki. Roise czuł, że wszystko jest możliwe.
Wiało. Coraz cięższe chmury pędziły po niebie. Nawet jeśli raz po raz wychylało się zza nich słońce, jego smugi nie przynosiły ze sobą ciepła ani światła nadziei. Rozświetlały fragmenty powoli rozkwitającego wrzosowiska, po czym znikały tak szybko jak się pojawiły. Przejmująco chłodne podmuchy szarpały młodymi brzózkami, których cienkie pnie niemal gięły się pod uderzeniami wiatru.
Chwycił ją w talii, przyciągnął do siebie i pocałował, czując jak jego serce mocno łomocze mu w piersi. W tej chwili z ręką na jej plecach, wiedział, że nic nie może ich powstrzymać, że przyszłość przed nimi jest pełna nieskończonych możliwości. To miejsce było symbolem nowego początku, wspólnych marzeń i planów.
Dom był pusty. Ogród porastały zdziczałe jeżyny. Nie wiedział czego bardziej się obawiał - czy widoku, który faktycznie tu zastał. Pustki i porzucenia. Wybitych szyb niegdyś stawianej przez niego szklarni, smętnie zwisającej okiennicy, złuszczonej farby. Czy może jednak stanięcia oko w oko z Geraldine. Z jej nowym mężczyzną. Z człowiekiem, z którym mogła tu odnaleźć wszystko, co oni utracili.
Teczka pozostała wraz z innymi rzeczami u podnóży schodków tuż przed wejściem na ganek. Rzucona wraz z innymi torbami, nie była teraz istotną. Jeszcze chwilę wcześniej rozmawiali, planując, co zrobić z figurkami marynarskich misiów, które zostawili po sobie poprzedni właściciele. Nie mogli powstrzymać się od żartów i śmiechu. Moment później znaleźli się na tyle blisko letniego domu, że atmosfera mimowolnie zaczęła ulegać zmianie. Zrobiła się gęstsza, pełna niewypowiedzianych acz jasnych intencji.
- Myślisz, że należy pomalować je na fioletowo? - Spytał zanim otworzył drzwi kluczem, powracając do swojej dziewczyny.
Wyciągnął ku niej ramiona. Moment później uniósł ją w górę, dał się objąć tylko po to, żeby otworzyć sobie drzwi łokciem. Reszta nie była już tylko marzeniem.
Farba na ścianie przy drewnianych drzwiach niepokojąco się złuszczała. Klucz z trudem przekręcił się w zamku. Echo głośnego zgrzytu poniosło się po pustym korytarzu. Wychłodzone ściany sprawiały, że temperatura wewnątrz była niemalże tak niska jak na zewnątrz. A może to on nie czuł już ciepła? Sam nie wiedział, czemu to sobie robił, ale ten ostatni raz przeszedł się po pokojach, dotykając futryn drzwi. Przystając na chwilę, spoglądając na wnętrze sypialni. Mijając pusty pokój. Gabinet. Pomieszczenie nigdy nie zostało zaadaptowane, nigdy też w rzeczywistości nie miało być gabinetem, prawda? Nie to powinna przynieść przyszłość.
W tym momencie, w tej chwili pełnej szczęścia, czuł, że nie potrzebuje niczego więcej. Ich świat był idealny a oni razem tworzyli coś naprawdę wyjątkowego. Tego dnia wszystko było perfekcyjne. Ich przyszłość wydawała się jaśniejsza niż kiedykolwiek.
Przyszłość odeszła bezpowrotnie. Choć czy tak naprawdę kiedykolwiek istniała? Już sam nie wiedział, co było prawdą, co kłamstwem. Co rzeczywistością a co marzeniem, myśleniem życzeniowym tak dalekim od spełnienia jak to tylko było możliwe. Wszystko pokrył gęsty kurz. Dom nie był już domem. Teczka z dokumentami spoczęła na stole w kuchni, w której kiedyś spędzał tak wiele czasu. Nie planował tu jeszcze kiedykolwiek wracać.
Wypadł z budynku, zatrzaskując za sobą drzwi, jakby widma przeszłości deptały mu po piętach, gotowe całkowicie go opętać i pozbawić tchu.
Teraz też ledwo go zaczerpnął, wbijając puste spojrzenie w różdżkę, z której nie popłynęło nawet najsłabsze światło. On też czuł się pozbawiony jakiegokolwiek wewnętrznego blasku. Pusty i ogarnięty szarością wiecznego zmierzchu.
W dalszym ciągu starał się utrzymać neutralny wyraz twarzy. Tylko jego oczy mogłyby go zdradzić, gdyby nie fakt, że w tym momencie patrzył przed siebie. Potrzebował kilku sekund, aby milcząco pokiwać głową. Ni to do siebie, ni to do niej. Nie skomentował tego, co się stało (albo wręcz przeciwnie: co się nie stało), zamiast tego wreszcie przeniósł wzrok w kierunku dziewczyny, gdy zaczęła wykonywać ruchy różdżką.
Wpierw zdecydowanie na sucho - nie miał co do tego nawet najmniejszych wątpliwości. Widział moment, w którym zamknęła oczy. Chwilę, gdy pierwszy raz machnęła różdżką z intencją rzucenia zaklęcia, wypowiadając formułę i...
- Brawo - jego głos zabrzmiał szczerze, miękko, może nie wyjątkowo ekstatycznie, lecz nie z uwagi na to, że nie cieszył go jej sukces - w istocie lekko uśmiechnął się na ten widok. - Ponętna z ciebie uczennica - być może nie powinien tego mówić, ale miał to gdzieś.
Po prostu spojrzał na nią, unosząc kąciki ust.
Dlaczego to brzmiało jak wierutne kłamstwo? Ilekroć słyszał to od kogokolwiek, co ostatnio praktycznie już się nie działo. Sam sobie tego nie mówił, Geraldine też już chyba nie zamierzała udawać, że mogło być inaczej. Kiedyś naprawdę usiłował w to wierzyć. Był taki okres w jego życiu, kiedy Ambroise naprawdę miał wrażenie, że wszystko układa się po jego myśli. Ba, lepiej niż kiedykolwiek sądził.
Wszedł na całkowicie właściwą ścieżkę. Tak mu się przynajmniej wydawało. Nie miał wszystkiego, czego chciał. Miał wszystko, o czym nie wiedział, że stanie się czymś znacznie lepszym. Szczeniackie, aroganckie, wydumane pragnienia przestały mieć znaczenie w momencie, w którym Roise zaczął dojrzewać do tego, by je zweryfikować i stwierdzić, że świadomie wybierał coś zupełnie innego:
Lepsze, szczęśliwsze, wspólne życie.
Nie pomyślał przy tym, że straci je równie szybko, co zyskał. A nawet szybciej, bowiem półtora roku w zupełności wystarczy, by wytworzyć między nimi wręcz miażdżący dystans, ścianę, przepaść.
Wspomnienie anegdotki o jego spotkaniu z kuzynką Geraldine okazało się kolejnym złym pomysłem.
Co prawda roześmiał się na reakcję dziewczyny. Nie był w stanie powstrzymać nagłego przypływu wesołości, jaka go ogarnęła. A jednak nie osiągnął tego, co chciał tym zyskać. Szczególnie, że komentarz, który padł z ust Yaxleyówny nie zabrzmiał zbyt gładko. Wręcz spowodował u niego uniesienie brwi.
Nie skomentował jednak tego, co powiedziała. Nie próbował rozwinąć słów o tym, co tak naprawdę było w nich inne. Nie sądził, by mogło im to w czymkolwiek pomóc, szczególnie że nie mieli już wspólnej przyszłości.
Nie chciał myśleć w tej chwili o tym, co będzie, gdy każde z nich pójdzie w swoją stronę. Czy niedługo na horyzoncie rzeczywiście pojawi się dla niej ktoś, o bycie kim podejrzewał (ba, wręcz uznawał) Erika Longbottoma. Czy może już tam gdzieś był i była to tylko kwestia czasu. Nie chciał zastanawiać się nad tym, ile czasu minie zanim wszystko wróci dla niej do tej nowej normy.
Normy bez niego. I dla niego do jego nowej rzeczywistości. Pustej i ponurej, wypełnionej bezsennymi nocami i bezcelowym włóczeniem się z miejsca na miejsce. Nie, zdecydowanie nie zamierzał odnajdywać pocieszenia w ramionach żadnej z jej kuzynek.
W tym momencie szczerze wątpił, by był to w stanie ponownie zrobić - znaleźć się przy kimś wyłącznie dla kilku chwil pustego zapomnienia. Być może z czasem? Jednakże poprzednio też nie przyszło mu to tak łatwo jak był o to posądzany. Wręcz przeciwnie. Do tej pory miał poczucie zupełnego bezsensu. Tyle tylko, że stale je w sobie zabijał.
Tak jak przyszłość. Jak nadzieję. Jak światło.
Zignorował odzywkę Yaxleyówny, próbując wydusić z siebie choć resztkę jasności i ciepła, bo chciał rzucić tego pierdolonego patronusa. Nie, nie mówiąc jej jeszcze o tym, że jej go zaprezentuje. To była daleko idąca interpretacja słów nie skierowanych ku niej w tym celu, bo w głębi duszy obawiał się, że kolejny raz okaże się dokładnie tak samo pusty jak poprzedni. Nie próbował się popisywać. Walczył z własnym cieniem.
Cofnął się jeszcze dalej wstecz. Być może to było w stanie pomóc. Nie tamten moment a coś przed nim? Coś równie szczęśliwego? Bez związku ze Snowdonią, a więc także z dopplegangerem?
Skupił wzrok na różdżce, usiłując sprawiać wrażenie, że nie tyle kontroluje sytuację, co kolejny raz pokazuje Yaxleyównie opisywany przez niego ruch.
Nie poruszał ustami...
...machnął różdżką i przywołał ten kolejny moment...
...tę chwilę...
...te uczucia...
...
- Wyglądał trochę jak wampir, nie? Ponoć mają tu zamek Drakuli. Jesteś pewna, że nie zaprzestaliśmy mu duszy? Byłby przypał, bo moja ma zostać drzewem - stwierdził zupełnie bez powagi, jednocześnie machając grubą teczką trzymaną w dłoni.
Właśnie wracali od notariusza po zakupie swojej pierwszej wspólnej nieruchomości. To była ich przestrzeń, ich nowy początek.
Słońce świeciło na bezchmurnym niebie a nadmorski wiatr lekko muskał ich twarze, dodając lekkości każdemu kroku. Dziewczyna obok niego emanowała blaskiem, który przyciągał całą jego uwagę. Szli deptakiem w kierunku polnej drogi prowadzącej przez wrzosowiska, stawiając kolejne kroki po brukowanej nawierzchni.
Wziął kolejny kilkudniowy urlop, by móc w pełni cieszyć się tym nowym rozdziałem w ich życiu. Jeszcze nigdy nie wykorzystywał aż takiej ilości czasu wolnego w pracy.
- Rupert. Witaj - skinął głową na powitanie, wyciągając rękę ku starszemu mężczyźnie siedzącemu przy ciężkim palisandrowym biurku.
Rupert spojrzał na niego przenikliwie, jakby dostrzegał ból skrywany za zewnętrznym spokojem, jednak nijak nie skomentował zmiany w wyglądzie Greengrassa.
Rozstanie było bolesne, zmiotło go z nóg bardziej niż mógłby kiedykolwiek przyznać, ale decyzja o wyzbyciu się praw do wspólnej własności, którą tak starannie budowali, wydawała się równie nie do zniesienia.
- Dzień dobry - człowiek w średnim wieku z siwiejącymi skroniami, skinął głową i gestem zaprosił Ambroisa do zajęcia miejsca.
Na biurku leżały stosy dokumentów. W pomieszczeniu panowała atmosfera formalności i nieuchronności. Powietrze było ciężkie od zapachu kurzu, starego papieru i atramentu.
- Udało się wszystko skompletować? Jakieś problemy? Wątpliwości? Kwestie formalne do wyjaśnienia zanim zaczniemy? - Zapytał Rupert, zerkając na mężczyznę znad okularów.
- Tak. Nie. Wszystko jasne, możemy kontynuować zgodnie z ustaleniami - skinął głową, sięgając do torby po dokumenty, które notariusz kazał mu przynieść.
Jego ręka drżała lekko, gdy wyciągał z teczki dokumenty, które przygotował zgodnie z zaleceniami. Rupert w milczeniu zajął się formalnościami, przeglądając przyniesione mu papiery i sięgając po nowe - te wciąż jeszcze puste.
Siedział w zupełnej ciszy, wpatrując się w widok dostrzegalny między fragmentami metalowych żaluzji. Każde pociągnięcie pióra po pergaminie, ciche skrobnięcie stalówki przypominało mu o tym, że to co kiedyś było ich domem teraz miało być tylko pustą przestrzenią, w której nie było miejsca na nic, o czym kiedyś tak często myślał.
Kiedy w końcu Rupert podał mu dokument do podpisania, Ambroise zawahał się na kilka naprawdę długich sekund zanim złożył na nim swój pierwszy podpis. Potem kolejny, następne słowa we wskazanych miejscach. Wyjątkowo czytelne (przynajmniej jak na jego) niemalże kaligrafowane pismo.
Wypełniając formularze powoli zbliżał się ku nieuchronnemu. Każda linijka, którą wypełniał była jak cios w serce. Oddawał coś, co kiedyś było symbolem ich wspólnej przyszłości. Zawsze, na zawsze, do usranej śmierci.
Idąc polną przez wrzosowiska, Roise nagle chwycił swoją dziewczynę w talii i namiętnie ją pocałował, zapominając o wszystkim wokół.
Teraz to wszystko stawało się jedynie przypomnieniem o tym, co stracił. Starał się nie myśleć o jej reakcji, o tym, że być może ona również będzie musiała przejść przez te same uczucia, gdy dowie się o jego decyzji. W końcu ruszyła dalej. Układała sobie życie u boku kogoś innego.
Dopiero tutaj tak naprawdę zdał sobie sprawę, że to, co planował było nie tylko formalnością, ale też ostatecznym rozstaniem z marzeniami, które kiedyś wydawały mu się tak bliskie. Tamten maj sześćdziesiątego szóstego, wrzesień siedemdziesiątego, wszystkie lata, niezliczone dni.
Kiedy w końcu Rupert odłożył dokumenty, w Greengrassie coś tąpnęło. Wiedział, że to koniec. Zdecydowanie, ale z ciężkim sercem, zakończył formalności, które miały go oddzielić od przeszłości. Wstał z krzesła, a jego oczy na moment spotkały się z wzrokiem notariusza, w którym dostrzegł zrozumienie.
- To wszystko - powiedział Rupert.
Ambroise kolejny skinął głową, czując jak zamiast opaść, ciężar coraz bardziej przygniata mu ramiona.
Wyszedł z biura zaledwie dwie, może trzy minuty później, mając wrażenie, że kawałek jego serca został za drzwiami tego gabinetu. Chłodne powietrze na zewnątrz uderzyło go w twarz, świst wiatru zdawał się nieść ze sobą echo utraconych chwil. W sercu pozostawała tylko pustka i tęsknota za tym, co mogło być. Za tym, co odchodziło.
Świat wokół nich skąpany był w słońcu a lekki nadmorski wietrzyk muskał ich twarze. Szedł ulicą tuż obok Geraldine, która uśmiechała się do niego promiennie. Jej długie blond włosy lśniły w blasku letniego dnia a radosne spojrzenie zdradzało, że była w doskonałym nastroju. Dokładnie takim jak on.
Miał dwadzieścia siedem, dwadzieścia sześć z kawałkiem lat, ale w jego zachowaniu można było dostrzec nutę szczeniackiego entuzjazmu. Błysku w zielonych oczach nie dało się ukryć. Był szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy. Może trochę nazbyt ekspresyjny, szczególnie jak na niego, ale przecież miał ku temu powody, prawda?
Świeciło słońce, delikatna morska bryza osiadała na włosach i twarzy. Niebo było bezchmurne, bardziej błękitne niż kiedykolwiek. Wiatr delikatnie owiewał ich policzki. Roise czuł, że wszystko jest możliwe.
Wiało. Coraz cięższe chmury pędziły po niebie. Nawet jeśli raz po raz wychylało się zza nich słońce, jego smugi nie przynosiły ze sobą ciepła ani światła nadziei. Rozświetlały fragmenty powoli rozkwitającego wrzosowiska, po czym znikały tak szybko jak się pojawiły. Przejmująco chłodne podmuchy szarpały młodymi brzózkami, których cienkie pnie niemal gięły się pod uderzeniami wiatru.
Chwycił ją w talii, przyciągnął do siebie i pocałował, czując jak jego serce mocno łomocze mu w piersi. W tej chwili z ręką na jej plecach, wiedział, że nic nie może ich powstrzymać, że przyszłość przed nimi jest pełna nieskończonych możliwości. To miejsce było symbolem nowego początku, wspólnych marzeń i planów.
Dom był pusty. Ogród porastały zdziczałe jeżyny. Nie wiedział czego bardziej się obawiał - czy widoku, który faktycznie tu zastał. Pustki i porzucenia. Wybitych szyb niegdyś stawianej przez niego szklarni, smętnie zwisającej okiennicy, złuszczonej farby. Czy może jednak stanięcia oko w oko z Geraldine. Z jej nowym mężczyzną. Z człowiekiem, z którym mogła tu odnaleźć wszystko, co oni utracili.
Teczka pozostała wraz z innymi rzeczami u podnóży schodków tuż przed wejściem na ganek. Rzucona wraz z innymi torbami, nie była teraz istotną. Jeszcze chwilę wcześniej rozmawiali, planując, co zrobić z figurkami marynarskich misiów, które zostawili po sobie poprzedni właściciele. Nie mogli powstrzymać się od żartów i śmiechu. Moment później znaleźli się na tyle blisko letniego domu, że atmosfera mimowolnie zaczęła ulegać zmianie. Zrobiła się gęstsza, pełna niewypowiedzianych acz jasnych intencji.
- Myślisz, że należy pomalować je na fioletowo? - Spytał zanim otworzył drzwi kluczem, powracając do swojej dziewczyny.
Wyciągnął ku niej ramiona. Moment później uniósł ją w górę, dał się objąć tylko po to, żeby otworzyć sobie drzwi łokciem. Reszta nie była już tylko marzeniem.
Farba na ścianie przy drewnianych drzwiach niepokojąco się złuszczała. Klucz z trudem przekręcił się w zamku. Echo głośnego zgrzytu poniosło się po pustym korytarzu. Wychłodzone ściany sprawiały, że temperatura wewnątrz była niemalże tak niska jak na zewnątrz. A może to on nie czuł już ciepła? Sam nie wiedział, czemu to sobie robił, ale ten ostatni raz przeszedł się po pokojach, dotykając futryn drzwi. Przystając na chwilę, spoglądając na wnętrze sypialni. Mijając pusty pokój. Gabinet. Pomieszczenie nigdy nie zostało zaadaptowane, nigdy też w rzeczywistości nie miało być gabinetem, prawda? Nie to powinna przynieść przyszłość.
W tym momencie, w tej chwili pełnej szczęścia, czuł, że nie potrzebuje niczego więcej. Ich świat był idealny a oni razem tworzyli coś naprawdę wyjątkowego. Tego dnia wszystko było perfekcyjne. Ich przyszłość wydawała się jaśniejsza niż kiedykolwiek.
Przyszłość odeszła bezpowrotnie. Choć czy tak naprawdę kiedykolwiek istniała? Już sam nie wiedział, co było prawdą, co kłamstwem. Co rzeczywistością a co marzeniem, myśleniem życzeniowym tak dalekim od spełnienia jak to tylko było możliwe. Wszystko pokrył gęsty kurz. Dom nie był już domem. Teczka z dokumentami spoczęła na stole w kuchni, w której kiedyś spędzał tak wiele czasu. Nie planował tu jeszcze kiedykolwiek wracać.
Wypadł z budynku, zatrzaskując za sobą drzwi, jakby widma przeszłości deptały mu po piętach, gotowe całkowicie go opętać i pozbawić tchu.
Teraz też ledwo go zaczerpnął, wbijając puste spojrzenie w różdżkę, z której nie popłynęło nawet najsłabsze światło. On też czuł się pozbawiony jakiegokolwiek wewnętrznego blasku. Pusty i ogarnięty szarością wiecznego zmierzchu.
W dalszym ciągu starał się utrzymać neutralny wyraz twarzy. Tylko jego oczy mogłyby go zdradzić, gdyby nie fakt, że w tym momencie patrzył przed siebie. Potrzebował kilku sekund, aby milcząco pokiwać głową. Ni to do siebie, ni to do niej. Nie skomentował tego, co się stało (albo wręcz przeciwnie: co się nie stało), zamiast tego wreszcie przeniósł wzrok w kierunku dziewczyny, gdy zaczęła wykonywać ruchy różdżką.
Wpierw zdecydowanie na sucho - nie miał co do tego nawet najmniejszych wątpliwości. Widział moment, w którym zamknęła oczy. Chwilę, gdy pierwszy raz machnęła różdżką z intencją rzucenia zaklęcia, wypowiadając formułę i...
- Brawo - jego głos zabrzmiał szczerze, miękko, może nie wyjątkowo ekstatycznie, lecz nie z uwagi na to, że nie cieszył go jej sukces - w istocie lekko uśmiechnął się na ten widok. - Ponętna z ciebie uczennica - być może nie powinien tego mówić, ale miał to gdzieś.
Po prostu spojrzał na nią, unosząc kąciki ust.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down