Chęć i marzenie były pierwszymi sygnałami zwiastującymi zmianę. Czasami wystarczało tylko tyle, bo zmieniała się percepcja, a za nią, bardzo naturalnie, szły inne zmiany. Bez większego wysiłku. Czasami trzeba było postarać się trochę bardziej, wysilić… ale najpierw i tak pierwszym krokiem było marzenie. Victoria była gotowa się tym zadowolić, przynajmniej na razie. Wiedziała doskonale, że takie zmiany nie przychodziły z dnia na dzień, czasami potrzeba było miesięcy, lat… Niektórzy nigdy nie uświadamiali sobie, że w ogóle czegoś chcą. A inni potrzebowali do tego jakiegoś bodźca, kroku nad przepaść. Nie oczekiwała, że Sauriel stanie się ostoją spokoju, ale to, że tak szybko się uspokoił i wziął w garść można było uważać za niemały sukces.
Lekko uniosła brwi. Naprawdę nie wiedział, co się stało? Przecież… był jedyną osobą, która w ogóle mogła o tym opowiedzieć. Bo kto, jak nie on? Ale nie brzmiał, jakby kłamał, albo odsuwał to na bok, albo nie chciał mówić. Nie, brzmiał jak ktoś, kto szczerze nie wie, co się stało. Nie panował nad tym? Nad sobą? Swoimi emocjami…? Mało kto panował prawdę mówiąc. Victoria się nauczyła, to było długotrwałe szkolenie pod okiem innego oklumety, ćwiczenia na uspokojenie umysłu, wyczyszczenie go z emocji, a nawet ją czasami ponosiło. Więc co, gdy ktoś takiego szkolenia nie odbył?
Ale wtedy zaczął mówić dalej. Próbować. I pomijając treść – ujmowało to za serce, to, że w ogóle się starał, a nie rzucił jeszcze dwoma kurwami i poszedł, zostawiając ją tutaj samą. Nie, naprawdę coś tutaj budowali. Słuchała go uważnie, w ciszy, całkiem zapominając o tej szklance ginu i o tym, że są w obcym dla niej salonie. Cicho wypuściła powietrze przez nos i zamiast odpowiedzieć – wyciągnęła do niego rękę, dając mu wyraźnie do zrozumienia, żeby złapał ją za dłoń. Nie przysunęła się bliżej, cały czas zachowywała pomiędzy nimi dystans i to nie ona pierwsza go złapała, a dawała mu wybór: pozwalała mu odrzucić ten gest.
– Co dokładnie cię stresuje? – pytała dalej, ciągnąć ten temat trochę bardziej. Nie pytała o Josepha, nie. Pytała o Sauriela, to on ją interesował, a nie stary wampir. Pytała, dając mu tą zahaczkę, by mógł wyartykułować to, co w pierwszej chwili nie przychodziło do głowy. – Ja też przepraszam – proszę: powiedziała to. Oboje powiedzieli, oboje tacy dumni i nie lubiący się przyznawać do porażek. – Że brzmiałam jak twoi rodzice. Nie chciałam – bo nie chciała. Nawet nie wiedziała, który dokładnie to był moment. – Podniosłeś głos i rzucałeś kurwami i to z kolei wkurzyło mnie – było jak oznaka braku szacunku. Jakby była tą ścierą z rynsztoku. Jakby nie rozumiała, co się do niej mówi, bez tych wszystkich inwektyw. – Chyba myślał, że przyszłam tutaj nie w celach towarzyskich – to, co powiedziała, było bardzo dyplomatycznie ujęte. – Rzucał mi bardzo jednoznaczne i wymowne spojrzenia – ten skrzat. Miał w spojrzeniu coś świńskiego. Świńskie oczka. – Skojarzył kim jestem jak mu się przedstawiłam, zaprowadził tu i powiedział, że przyprowadzi pana. Cóż, później przyszło mi do głowy, że przyprowadził nie tego, którego powinien – miała różne myśli w głowie. To, że Joseph trafił tu przypadkiem, a Sauriel stoi za ścianą i słucha, było również jedną z opcji, która przewinęła jej się przez myśli.