22.01.2025, 00:55 ✶
05.12.1971, środek nocy
Alfred niezbyt łapał się w tym, czemu ludzie tak lubią święta. Dla niego każdy dzień którego mógł się napić był świętem - czyli w praktyce wszystkie dni nimi były. Ale gwiazdka... Cóż, gwiazdkę zawsze miał w specjalnym miejscu w sercu. To właśnie w ten świąteczny czas pierwszy raz był świadkiem egzorcyzmów przeprowadzanych przez jego babkę, właśnie w geście prezentu świątecznego. Dobrze, że sąsiada z kamienicy obok akurat opętało, ponoć ktoś na ścieżkach sprzedał mu "zaczarowaną flaszkę która nigdy nie jest pusta". Kto by uwierzył w taką bujdę? Coś takiego byłoby trzymane za dziesięcioma sejfami i strażą, nie sprzedane na ścieżkach za "pięć galeonów, z dobroci serca". Eh, no i właśnie tak to zawsze było z tymi świętami, zbierało go na wspominki bardziej, niż by tego chciał. Psuło mu to jego niezmącony image życia z dnia na dzień! Dobrze, że specjalnie przyszedł tu w środku nocy. Niezbyt pasował do klimatu Pokątnej, ani ona tym bardziej do niego. Było tu za czysto, za cicho, za... Spokojnie. Był sobie w stanie wyobrazić, że gdyby zasnął pod jakimś murkiem w tej okolicy to obudziłby się nie dość, że nietknięty, to jeszcze przykryty czyimś kocem. Bleh! Zero w tym przygody, która kryje się w każdym zakątku Nokturnu. Czemu nie mogą sobie postawić własnego drzewka? Tak, jakby na Nokturnie nie było dość zdolnych czarodziei żeby podrobić te całe zaklęcia Ministerstwa, ba, rzucić je trzy razy lepiej! Nikt nie rzuca zaklęć tak dobrze jak ktoś, kto musi na co dzień walczyć o przetrwanie!
Podszedł do tego przerośniętego materiału na miotły (nie to, żeby się jakkolwiek znał na miotłach, był na to za trzeźwy) i dokładnie je obejrzał od dołu do góry i góry do dołu, "dyskretnie" zasłaniając pół twarzy kurtką i pociągając ze schowanej tam flaszeczki. Beknął dość donośnie, zerkając na kamienny cosik stojący zaraz obok.
„Podaruj cząstkę swojej magii - powieś bombkę w kształcie tego, co kryje twoja dusza”.
Na Merlina, ale kicz. Pisali im to w dzień zabrania dzieciaka do pracy? - rozbrzmiało w jego myślach, kiedy w jego dłoniach pojawił się jakiś świetlisty obłoczek. Westchnął ze zmęczenia - nie fizycznego, a mentalnego, spowodowanego tą całą szopką - i skupił swój trochę zamglony od alkoholu wzrok na przyszłej postaci swojej bombki. Kto by się spodziewał, była w kształcie flaszki. Szok, niedowierzanie. Cóż, musiał przyznać, wyglądała całkiem zacnie. Mógłby również przysiąc, że w bombko-flaszce latają mini-duszki z rozdziawionymi gębami. Hehe, całkiem to fajniackie. Spojrzał z powrotem na drzewo, zastanawiając się nad tym, czego powinien sobie życzyć. Jako, że aktualnie był tu raczej samotny, postanowił wypowiedzieć życzenie na głos, co by go wszechświat na pewno usłyszał. - No to tak, rób se listę, bo nie będę powtarzał. Chce, żeby w przyszłym roku mieszkańcy Nokturnu trochę bardziej się do siebie zbliżyli, żeby Minister się przewrócił o swoje sznurówki... O, i flaszeczkę, co to się nigdy nie kończy! - Wyrzekł swoje życzenie, unosząc dłonie ku niebu i puszczając niesioną mocą drzewka bombkę. Teraz wyglądała jak piękna, pozłacana flaszeczka, a liczba duszków w środku była wręcz ogromna. Alfred mógłby również przysiąc, że w całym środku tego zamieszania, na bujanym fotelu, siedziała jego babka, dziergając coś na drutach. Czknął uroczyście, zakręcił na pięcie, prawie się przewrócił, po czym ruszył z powrotem na Nokturn.
Postać opuszcza sesję