22.01.2025, 01:08 ✶
Ten konkretny Lestrange od zawsze starał się nie wzbijać ponad tłum. Żył w cieniu swojego kuzynostwa i gdyby nie fakt, że nosili to samo nazwisko: nikt by nie zwrócił na niego uwagi. Po Departamencie Tajemnic krążyły plotki, że Rodolphus miał tak wielkiego kija w dupie, że już dawno przestali go zapraszać na wyjścia po pracy. Unikali go, bo był małomówny nawet jak na Niewymownego. Milczał, gdy trzeba było i milczał, gdy powinien wyrazić swoją opinię, lecz nikt o nią nie pytał. Wtapiał się w tłum eleganckich szat i garniturów w Ministerstwie Magii, nie plotkował, przepuszczał kobiety w drzwiach... był zwykłym pracownikiem tej (akurat) szanowanej instytucji. Kimże był przy błyszczącej Victorii Lestrange, aurorce, Zimnej która wyszła z Limbo? Kim był przy Louvainie i Loretcie Lestrange, parze bliźniąt, z których jedno było sławniejsze od drugiego? Ex-szukający oraz znana artystka. Był jeszcze Laurence, który był aż zastępcą w swoim departamencie magicznych wypadków i katastrof. Była także Dorinda Lestrange, dyrektorka Munga. Ach, kim był przy nich wszystkich Rodolphus, jak nie maleńkim ziarenkiem piasku?
Nazwisko jednak w połączeniu z aparycją zdradzało go, szczególnie jeżeli ktoś wiedział, że miał się tu kręcić jeden z tych czystokrwistych. Czarne włosy, blada skóra, obiektywnie przystojny - każdy z nich był taki sam, jakby kurwa odlali ich z jednej i tej samej formy. Nawet był cholernie podobny do kuzyna, tylko nie miał tatuaży i był młodszy. W gazetach nie bywał: gazety czytywał. Ale pojawiał się na niektórych przyjęciach, bo czemu nie? Nie mógł być całe życie wyrzutkiem, mimo iż nienawidził skupisk ludzi. Głównie dlatego, że nie panował wtedy nad sytuacją. Nie tylko nie widział Caina, ale i nie słyszał, jak ten podchodził. Drgnął wyraźnie, przenosząc jednak wzrok dość powoli z zegarka na twarz Fawleya. Powoli jak na kogoś, kto powinien być wytrącony z równowagi niespodziewanym pojawieniem się oraz być może spóźnieniem.
- Czasem warto zmienić otoczenie - odpowiedział, również pomijając formalności czy przedstawianie się. Również nie wyciągnął w stronę Caina dłoni, by się przywitać. Byli tu jako dwaj znajomi-nieznajomi, a nie partnerzy biznesowi. Nie było potrzeby wstawać i się kłaniać. Uniósł wzrok, by pochwycić jego spojrzenie. Nie wpatrywał się weń w bezczelny sposób, na jego twarzy odbijała się uprzejma ciekawość. - To prezent od osoby, która nas tu umówiła. Nie piłbym tego na twoim miejscu.
Z wielu powodów, głównym dla niego samego był oczywiście fakt, że alkohol szkodził i trwale uszkadzał mózg. Inne organy także, ale w przypadku mózgu straty byłyby naprawdę dotkliwe. Kolejnym był fakt, że nie wiedzieli, co tam mogło być. Veritaserum? Eliksir na sraczkę? Test, czy są na tyle głupi? A może po prostu ktoś tam napluł?
- Chcesz, zamów coś na mój rachunek - skinął głową w kierunku baru, nie spuszczając wzroku z Caina. Przy kontuarze tłoczyło się sporo czarodziejów, część była już przyjemnie podpita. Jak będzie trzeba: poczeka. Dotarcie do domu to będzie dla niego chwila. - Poczekam.
Nie był taki zły, jak można było się spodziewać. Co prawda nie uśmiechał się, nie puszczał oczka zalotnie, nie przekrzywiał główki jak szczeniaczek, lecz również nie marszczył brwi, nie krzywił się i nie bębnił zniecierpliwiony paznokciami w blat stołu. Na gładko ogolonej twarzy nie malował się nawet cień irytacji na myśl, że musiałby jeszcze trochę czekać i słuchać pierdolenia o złamanym sercu (po raz trzeci!) przez "Tego Chuja Antka", które docierało do ich uszu z miejsca dwa stoliki obok. Chociaż wewnętrznie umierał za każdym razem, gdy młoda czarownica łkała i powtarzała, że Antek mówił jej, że się zmieni. Czyli zaliczył zgon już dwa razy odkąd Cain przekroczył próg Fontanny.
Nazwisko jednak w połączeniu z aparycją zdradzało go, szczególnie jeżeli ktoś wiedział, że miał się tu kręcić jeden z tych czystokrwistych. Czarne włosy, blada skóra, obiektywnie przystojny - każdy z nich był taki sam, jakby kurwa odlali ich z jednej i tej samej formy. Nawet był cholernie podobny do kuzyna, tylko nie miał tatuaży i był młodszy. W gazetach nie bywał: gazety czytywał. Ale pojawiał się na niektórych przyjęciach, bo czemu nie? Nie mógł być całe życie wyrzutkiem, mimo iż nienawidził skupisk ludzi. Głównie dlatego, że nie panował wtedy nad sytuacją. Nie tylko nie widział Caina, ale i nie słyszał, jak ten podchodził. Drgnął wyraźnie, przenosząc jednak wzrok dość powoli z zegarka na twarz Fawleya. Powoli jak na kogoś, kto powinien być wytrącony z równowagi niespodziewanym pojawieniem się oraz być może spóźnieniem.
- Czasem warto zmienić otoczenie - odpowiedział, również pomijając formalności czy przedstawianie się. Również nie wyciągnął w stronę Caina dłoni, by się przywitać. Byli tu jako dwaj znajomi-nieznajomi, a nie partnerzy biznesowi. Nie było potrzeby wstawać i się kłaniać. Uniósł wzrok, by pochwycić jego spojrzenie. Nie wpatrywał się weń w bezczelny sposób, na jego twarzy odbijała się uprzejma ciekawość. - To prezent od osoby, która nas tu umówiła. Nie piłbym tego na twoim miejscu.
Z wielu powodów, głównym dla niego samego był oczywiście fakt, że alkohol szkodził i trwale uszkadzał mózg. Inne organy także, ale w przypadku mózgu straty byłyby naprawdę dotkliwe. Kolejnym był fakt, że nie wiedzieli, co tam mogło być. Veritaserum? Eliksir na sraczkę? Test, czy są na tyle głupi? A może po prostu ktoś tam napluł?
- Chcesz, zamów coś na mój rachunek - skinął głową w kierunku baru, nie spuszczając wzroku z Caina. Przy kontuarze tłoczyło się sporo czarodziejów, część była już przyjemnie podpita. Jak będzie trzeba: poczeka. Dotarcie do domu to będzie dla niego chwila. - Poczekam.
Nie był taki zły, jak można było się spodziewać. Co prawda nie uśmiechał się, nie puszczał oczka zalotnie, nie przekrzywiał główki jak szczeniaczek, lecz również nie marszczył brwi, nie krzywił się i nie bębnił zniecierpliwiony paznokciami w blat stołu. Na gładko ogolonej twarzy nie malował się nawet cień irytacji na myśl, że musiałby jeszcze trochę czekać i słuchać pierdolenia o złamanym sercu (po raz trzeci!) przez "Tego Chuja Antka", które docierało do ich uszu z miejsca dwa stoliki obok. Chociaż wewnętrznie umierał za każdym razem, gdy młoda czarownica łkała i powtarzała, że Antek mówił jej, że się zmieni. Czyli zaliczył zgon już dwa razy odkąd Cain przekroczył próg Fontanny.