22.01.2025, 01:28 ✶
Dla wielu osób Yule to czas radości, miłości i innych różnych dupereli spędzanych z rodziną tudzież bez. Dla Alfreda Yule było - poza krótką dyskusją z babunią i szybkim kielonie z kolegami - dniem pełnym pracy. Święta to koniec końców idealny dzień dla egzorcysty, który ma trochę za dużo butelek po czystej wypełnionych przepędzonymi wcześniej duchami i innymi zjawami. Słyszał od babki, że wielu egzorcystów woli wykorzystywać do tego Samhain, kiedy linia między światami jest najbardziej zatarta, i sam bardzo chętnie z tego okresu korzystał, jeśli chodziło o wyjątkowo wredne i agresywne istoty. Dla tych łagodnych, mniej problematycznych Alfred wolał wykorzystywać bardziej pogodne święta, jako swoisty ostatni prezent od żyjących dla zmarłych. Gdyby sam był duchem to wolałby być wypuszczonym w jakieś pogodne dni, nie w te ponure i wypełnione strachem przed drugim światem. Tak więc na początku każdych świąt wyruszał z rana w podróż poza granice Londynu, oddalając się od cywilizacji na tyle na ile nogi tylko dały radę go unieść, wyposażony w kurtkę pełną zaklętych flaszek ( i "racji żywnościowych", to jest jeszcze-pełnych flaszek) aby ostatniego wieczoru odprawić je wszystkie na drugą stronę. Prowadził przy tym zresztą własny rytuał, który zawsze odprawiał z pełną powagą. Jaki? Ależ już opisuję, skoroście tacy dociekliwi.
Alfred stawiał przed zamkniętym w flaszencję dwa kieliszki, do których oczywiście od razu polewał. Życzył jak najlepiej, pijąc ze swojego kielicha, po czym kreślił z trunku z kieliszka denata krąg wokół jego przedmiotu przetrzymywania. Czy miało to w sobie jakąkolwiek moc? Pojęcia nie miał, ale raz tak zrobił trzydzieści lat temu niesiony chwilą i tak już zostało. Dopiero po tym wypiciu jednego na drogę wypuszczał duszę, które o dziwo zawsze chętnie znikały pod osłoną gwiaździstej nocy. Raz czy dwa taki jegomość zostawał na dłużej, ale to tylko po to, żeby poprosić o kielona więcej, na odwagę. Kimże był, żeby odmówić? W końcu pogodzenie się ze swoją własną śmiercią na pewno wymagało ogromnych jej pokładów.
Na tym właśnie spędza od godziny do całej nocy, w zależności od tego, ile się tego tałatajstwa przez miesiące nazbierało, a potem zasypia pod dzikim niebem. Często opisuje to jako "najlepszy sen roku". Zaraz po pobudce rusza w wędrówkę z powrotem na Nokturn, niczym gołąb do gniazda.
I tak oto mijają mu całe święta.
Alfred stawiał przed zamkniętym w flaszencję dwa kieliszki, do których oczywiście od razu polewał. Życzył jak najlepiej, pijąc ze swojego kielicha, po czym kreślił z trunku z kieliszka denata krąg wokół jego przedmiotu przetrzymywania. Czy miało to w sobie jakąkolwiek moc? Pojęcia nie miał, ale raz tak zrobił trzydzieści lat temu niesiony chwilą i tak już zostało. Dopiero po tym wypiciu jednego na drogę wypuszczał duszę, które o dziwo zawsze chętnie znikały pod osłoną gwiaździstej nocy. Raz czy dwa taki jegomość zostawał na dłużej, ale to tylko po to, żeby poprosić o kielona więcej, na odwagę. Kimże był, żeby odmówić? W końcu pogodzenie się ze swoją własną śmiercią na pewno wymagało ogromnych jej pokładów.
Na tym właśnie spędza od godziny do całej nocy, w zależności od tego, ile się tego tałatajstwa przez miesiące nazbierało, a potem zasypia pod dzikim niebem. Często opisuje to jako "najlepszy sen roku". Zaraz po pobudce rusza w wędrówkę z powrotem na Nokturn, niczym gołąb do gniazda.
I tak oto mijają mu całe święta.