22.01.2025, 07:32 ✶
- I to w dodatku rodzona.- Skinęła delikatnie głową. Czy fakt, że Samantha znała ją od urodzenia i bacznie przyglądała się jak mała Lorien dzielnie wrzuca pluszaki do kartonu w komórce pod schodami podpisanego wdzięcznie “AsKAbAM”, by o nich zapomnieć na kolejne miesiące, zmienił cokolwiek? Zapewne. Wizengamot był ulubioną piaskownicą Crouch’ów, którzy zwykle do zabawy brali ludzi z własnej kliki.- Ale Arteusie, jesteśmy czystokrwiści, kto tu nie jest rodziną?
Stryjeństwo, rodzeństwo, kuzynostwo. Wieki mieszania krwi w obrębie niewielkiej garstki rodzin doprowadziły do sytuacji, w której dziś się znaleźli - ich drzewa, przemieszane i poplątane, przypominały bardziej wieńce pogrzebowe.
Zgodziłaby się, że każdy Departament był jakimś takim dziwnym, rodzinnym tworem. Pewnie jego oddział o wiele bardziej niż jej - Aurorzy nie mogli się alienować od innych, prawda? To od udanej kooperacji zależał nie tylko sukces misji, ale zwyczajnie w świecie ich życie.
Wystarczył jeden zdradliwy szczur, żeby wszystko zaprzepaścić.
Przechyliła lekko głowę, robiąc minę jak właśnie taka poczciwa cioteczka, co to się przygląda swojemu naiwnemu, młodemu chrześniakowi, który jej opowiada o tym, że białe to powinno być białe, a czarne czarne i w ogóle sprawiedliwość zawsze zwycięży.
- W tym kraju są dwie jednostki, z którymi strach walczyć.- Powiedziała powoli. Uniosła wskazujący palec do góry - Te krwiożercze bestie z Czarownicy - dodała drugi - i biuro podatkowe.- Opuściła dłoń. Voldemort? Voldemort mógł co najwyżej ich wszystkich pozabijać. Ale taka pani Renatka…. Jej tortury były dłuższe. Niekończące się poprawki do rozliczeń podatkowych; słodki żabi uśmieszek na jej wysuszonej gębie, gdy nagle odkrywała, że zalegasz z milionem galeonów, bo zapomniałeś odpisać od podatku kulawego psa, którego przygarnęła twoja matka w ‘45.
- To wojna, której nie wygramy, panie Bulstrode.- Westchnęła cierpiętniczo, po czym upiła trochę kawy.- Czasem trzeba zagryźć zęby, kupić im czekoladki i kwiaty, a potem cieszyć się czekiem.
Czy to była ta słynna korupcja na najwyższych szczeblach władzy?
Wiedziała co nieco o klątwach. Szczerze powiedziawszy to wiedziała o nich więcej niż nawet by chciała. To, że pani Mulciber była maledictusem nie było tajemnicą w Ministerstwie Magii. Lorien zrobiła z tego swoją tarczę i ulubiona wymówkę dlaczego jest taką suką bez serca. Emocje mi szkodzą. Oświadczała bez cienia krępacji, gdy zarzucano jej kompletny brak empatii wobec oskarżonych.
- Powinnam się obawiać, że znasz przepis na bardziej rodzinną zastawę stołową? A może nieco dłużej zastanowić jeśli kiedykolwiek mi takową ofiarujesz?- Zapytała tonem o wiele lżejszym niż pewnie wymagał tego temat rozmowy. Przez moment zastanowiła się w co transmutowałaby Mulciberów, gdyby tylko mogła. Może zmieniłaby męża w jakiś ładny, dekoracyjny talerzyk? Richarda w dzbanek? Uśmiechnęła się do swoich myśli.
- Potwarz.- Powtórzyła za nim powoli. A potem zamilkła, żeby na pewno wszystko dobrze usłyszeć i zrozumieć, wobec natłoku miejsc, przyczyn i postaci, jakie pojawiły się w opowieści Arteusa.
- Więc… Louvain Lestrange wyzwał na pojedynek Philipa Notta, bo ten powiedział coś niestosownego o jego siostrze, z którą Philip Nott się “kiedyś prowadzał” - uniosła palce w charakterystycznym geście króliczych uszu, jasno implikując jak brzmi takie “prowadzanie się”.- Ale teraz już tego nie robi i najwyraźniej strasznie go to boli, skoro domniemanie obraża swoją “byłą” - znów ten sam gest.- Przepraszam cię Arteusie, ale… czy jeden z drugim nie powinien latać za piłką, zamiast uskuteczniać pojedynki rodem z poprzedniej epoki?- Zapytała niewinnie. Coś tam jej się obiło o uszy, że ponoć Philip Nott był członkiem drużyny Quidditcha. Ale jakiej? Co na jakiej pozycji? Co ta pozycja w ogóle robiła? Tego to już Lorien pojęcia nie miała, bo jak przystało na stereotypową babę, sport ją interesował mniej niż zeszłoroczny śnieg.
- Shhh.- Przerwała mu zanim zaczął zbyt mocno fantazjować o wpieprzeniu Nottowi.- Nic mi nie mów. Tak na wypadek jakbyś zaczął realizować marzenia i musiałabym cię reprezentować
Stryjeństwo, rodzeństwo, kuzynostwo. Wieki mieszania krwi w obrębie niewielkiej garstki rodzin doprowadziły do sytuacji, w której dziś się znaleźli - ich drzewa, przemieszane i poplątane, przypominały bardziej wieńce pogrzebowe.
Zgodziłaby się, że każdy Departament był jakimś takim dziwnym, rodzinnym tworem. Pewnie jego oddział o wiele bardziej niż jej - Aurorzy nie mogli się alienować od innych, prawda? To od udanej kooperacji zależał nie tylko sukces misji, ale zwyczajnie w świecie ich życie.
Wystarczył jeden zdradliwy szczur, żeby wszystko zaprzepaścić.
Przechyliła lekko głowę, robiąc minę jak właśnie taka poczciwa cioteczka, co to się przygląda swojemu naiwnemu, młodemu chrześniakowi, który jej opowiada o tym, że białe to powinno być białe, a czarne czarne i w ogóle sprawiedliwość zawsze zwycięży.
- W tym kraju są dwie jednostki, z którymi strach walczyć.- Powiedziała powoli. Uniosła wskazujący palec do góry - Te krwiożercze bestie z Czarownicy - dodała drugi - i biuro podatkowe.- Opuściła dłoń. Voldemort? Voldemort mógł co najwyżej ich wszystkich pozabijać. Ale taka pani Renatka…. Jej tortury były dłuższe. Niekończące się poprawki do rozliczeń podatkowych; słodki żabi uśmieszek na jej wysuszonej gębie, gdy nagle odkrywała, że zalegasz z milionem galeonów, bo zapomniałeś odpisać od podatku kulawego psa, którego przygarnęła twoja matka w ‘45.
- To wojna, której nie wygramy, panie Bulstrode.- Westchnęła cierpiętniczo, po czym upiła trochę kawy.- Czasem trzeba zagryźć zęby, kupić im czekoladki i kwiaty, a potem cieszyć się czekiem.
Czy to była ta słynna korupcja na najwyższych szczeblach władzy?
Wiedziała co nieco o klątwach. Szczerze powiedziawszy to wiedziała o nich więcej niż nawet by chciała. To, że pani Mulciber była maledictusem nie było tajemnicą w Ministerstwie Magii. Lorien zrobiła z tego swoją tarczę i ulubiona wymówkę dlaczego jest taką suką bez serca. Emocje mi szkodzą. Oświadczała bez cienia krępacji, gdy zarzucano jej kompletny brak empatii wobec oskarżonych.
- Powinnam się obawiać, że znasz przepis na bardziej rodzinną zastawę stołową? A może nieco dłużej zastanowić jeśli kiedykolwiek mi takową ofiarujesz?- Zapytała tonem o wiele lżejszym niż pewnie wymagał tego temat rozmowy. Przez moment zastanowiła się w co transmutowałaby Mulciberów, gdyby tylko mogła. Może zmieniłaby męża w jakiś ładny, dekoracyjny talerzyk? Richarda w dzbanek? Uśmiechnęła się do swoich myśli.
- Potwarz.- Powtórzyła za nim powoli. A potem zamilkła, żeby na pewno wszystko dobrze usłyszeć i zrozumieć, wobec natłoku miejsc, przyczyn i postaci, jakie pojawiły się w opowieści Arteusa.
- Więc… Louvain Lestrange wyzwał na pojedynek Philipa Notta, bo ten powiedział coś niestosownego o jego siostrze, z którą Philip Nott się “kiedyś prowadzał” - uniosła palce w charakterystycznym geście króliczych uszu, jasno implikując jak brzmi takie “prowadzanie się”.- Ale teraz już tego nie robi i najwyraźniej strasznie go to boli, skoro domniemanie obraża swoją “byłą” - znów ten sam gest.- Przepraszam cię Arteusie, ale… czy jeden z drugim nie powinien latać za piłką, zamiast uskuteczniać pojedynki rodem z poprzedniej epoki?- Zapytała niewinnie. Coś tam jej się obiło o uszy, że ponoć Philip Nott był członkiem drużyny Quidditcha. Ale jakiej? Co na jakiej pozycji? Co ta pozycja w ogóle robiła? Tego to już Lorien pojęcia nie miała, bo jak przystało na stereotypową babę, sport ją interesował mniej niż zeszłoroczny śnieg.
- Shhh.- Przerwała mu zanim zaczął zbyt mocno fantazjować o wpieprzeniu Nottowi.- Nic mi nie mów. Tak na wypadek jakbyś zaczął realizować marzenia i musiałabym cię reprezentować