22.01.2025, 14:34 ✶
Parsknął cicho na wspomnienie o kruczkach. Sam w żadnym wypadku nie stwierdziłby czegoś podobnego, zdając sobie sprawę z tego, że owszem - kruczki były, było w tym wszystkim naprawdę cholernie dużo kruczków, jednak potencjalna niemożność korzystania cały czas z jego wspomnienia raczej nie była najważniejszym z nich. Ani najbardziej druzgocącym, jeśli miałby być szczery. Obracali się wokół dziedziny, która sama w sobie bywała dosyć śliska.
- Wiem, o co ci chodzi - przytaknął, jednocześnie kierując wzrok na pobliskie krzewy samotniczki, zastanawiając się zarówno nad pytaniem zadanym mu przez Geraldine, jak i nad tym, czy wiatr nie zawiał w ich kierunku odrobiną pyłku.
Niedużą, minimalną, ale Ambroise naprawdę nie czuł się jak ktoś tak szczęśliwy jak powinien być. Był naprawdę zadowolony z sukcesu Yaxleyówny. Szczególnie, że dzięki temu wpadła w dużo lepszy humor i ich potencjalne dalsze szkolenie mogło choć jeszcze przez chwilę przebiegać całkiem lekko. Atmosfera powinna stać się przyjemna. Było milej niż się spodziewał.
Oczy Riny błyszczały, na twarzy jawił się uśmiech. Była szczęśliwa z powodu osiągniętego efektu. On powinien być szczęśliwy z uwagi na jej radość. Niemal zawsze tak było. Patrzył na nią i tak po prostu czuł się lepiej. Tyle tylko, że teraz towarzyszył temu również cień smutku.
Szło jej naprawdę dobrze. Być może jeden patronus sukcesu nie czynił, jednak zdecydowanie miała do tego dryg i właściwe nastawienie. Nie chciał, żeby to zyskało niewłaściwy wydźwięk, jednak mimowolnie pomyślał o tym, że wobec tego każde kolejne powodzenie niechybnie miało ich zbliżać do momentu, w którym będzie musiał stwierdzić wystarczy. A potem?
Nie zamierzał uczyć Geraldine zbyt głębokiego zakresu nekromancji. Wielu innych, cięższych i ciemniejszych zaklęć. Ucząc ją tego, może czegoś jeszcze, kilku chwytów, których mogła potrzebować, zdawał sobie sprawę z niemożności odwlekania tego w czasie. A potem?
Potem miał być jej niepotrzebny. Potem nie miałby pretekstu do tego, żeby być blisko. Potem mieli się rozstać.
Może to nie był pyłek z kwiatów. Może po prostu to on był egoistycznym dupkiem, który teraz przedkładał własne odczucia nad sukces swojej protegowanej. Nie chciał tak tego ujmować, ale... No, właśnie.
- Nie ma tu żadnej jednorodnej, stałej formuły. Dobór najszczęśliwszego wspomnienia to kwestia wyczucia, sama musisz być w stanie to skategoryzować i wiedzieć, czy tym razem wystarczy - stwierdził powoli, jednocześnie bardzo lekko i nieznacznie wzruszając ramionami.
Jasne, stojąc w obliczu realnego zagrożenia, kiedy to rzeczywiście należało rzucić jak najbardziej udanego patronusa, niemożność skorzystania z tego konkretnego momentu w życiu była podstępna. Mogła doprowadzić do znalezienia się w sytuacji, w której niebezpieczeństwo stawało się znacznie większe. W której możliwość obronienia się stawała pod znakiem zapytania. W której od jak najszybszego wybrania innego wspomnienia zależało życie.
A jednak nie. Ambroise wciąż nie sądził, by to było aż tak proste do skategoryzowania, żeby można było zawczasu porobić sobie metaforyczne szufladki w mózgu i od razu wyciągać z nich właściwe wspomnienie.
Nie mówiono ani nie pisano o tym zbyt wiele, ale ostatecznie każdy prędzej czy później dochodził chyba do momentu, w którym zdawał sobie sprawę ze złożoności natury patronusa. Tak jak z tego, że wbrew wszelkim pozorom nie było to aż tak łatwe i przyjemne zaklęcie. To wciąż była nekromancja. A nekromancja w dalszym ciągu zwyczajnie miała swoje jasne i ciemne strony.
- Nie wiem - przyznał po chwili. - Nie mam pojęcia, na jakiej podstawie to działa. To subiektywne odczucie każdego. Po prostu czujesz, że to to, więc je wybierasz. Tyle. Musisz być cholernie pewna, że to wspomnienie jest dostatecznie szczęśliwe, czuć to jeszcze zanim podejmiesz się wyczarowania patronusa, ale do ostatniego momentu tak naprawdę nie wiesz czy nic ci tego nie zaburzy. To ryzyko wpisane w proces - i konieczność adaptacji niemalże w tym samym momencie, w którym zaklęcie by nie wyszło.
Nie zamierzał dodawać, że drugie wspomnienie też mogło nie wystarczyć, że w pewnych momentach trzecie i czwarte również, że wszystko naprawdę zależało. Zamiast tego zdecydowanie wolał, aby powtórzyła zaklęcie, wbijając wzrok w jej rękę i obserwując ruch. Patronus znów pomknął między nimi a Ambroise lekko się uśmiechnął.
- Ponętna uczennica - powtórzył lekko, celowo znowu pomijając tę drugą kwestię.
- Wiem, o co ci chodzi - przytaknął, jednocześnie kierując wzrok na pobliskie krzewy samotniczki, zastanawiając się zarówno nad pytaniem zadanym mu przez Geraldine, jak i nad tym, czy wiatr nie zawiał w ich kierunku odrobiną pyłku.
Niedużą, minimalną, ale Ambroise naprawdę nie czuł się jak ktoś tak szczęśliwy jak powinien być. Był naprawdę zadowolony z sukcesu Yaxleyówny. Szczególnie, że dzięki temu wpadła w dużo lepszy humor i ich potencjalne dalsze szkolenie mogło choć jeszcze przez chwilę przebiegać całkiem lekko. Atmosfera powinna stać się przyjemna. Było milej niż się spodziewał.
Oczy Riny błyszczały, na twarzy jawił się uśmiech. Była szczęśliwa z powodu osiągniętego efektu. On powinien być szczęśliwy z uwagi na jej radość. Niemal zawsze tak było. Patrzył na nią i tak po prostu czuł się lepiej. Tyle tylko, że teraz towarzyszył temu również cień smutku.
Szło jej naprawdę dobrze. Być może jeden patronus sukcesu nie czynił, jednak zdecydowanie miała do tego dryg i właściwe nastawienie. Nie chciał, żeby to zyskało niewłaściwy wydźwięk, jednak mimowolnie pomyślał o tym, że wobec tego każde kolejne powodzenie niechybnie miało ich zbliżać do momentu, w którym będzie musiał stwierdzić wystarczy. A potem?
Nie zamierzał uczyć Geraldine zbyt głębokiego zakresu nekromancji. Wielu innych, cięższych i ciemniejszych zaklęć. Ucząc ją tego, może czegoś jeszcze, kilku chwytów, których mogła potrzebować, zdawał sobie sprawę z niemożności odwlekania tego w czasie. A potem?
Potem miał być jej niepotrzebny. Potem nie miałby pretekstu do tego, żeby być blisko. Potem mieli się rozstać.
Może to nie był pyłek z kwiatów. Może po prostu to on był egoistycznym dupkiem, który teraz przedkładał własne odczucia nad sukces swojej protegowanej. Nie chciał tak tego ujmować, ale... No, właśnie.
- Nie ma tu żadnej jednorodnej, stałej formuły. Dobór najszczęśliwszego wspomnienia to kwestia wyczucia, sama musisz być w stanie to skategoryzować i wiedzieć, czy tym razem wystarczy - stwierdził powoli, jednocześnie bardzo lekko i nieznacznie wzruszając ramionami.
Jasne, stojąc w obliczu realnego zagrożenia, kiedy to rzeczywiście należało rzucić jak najbardziej udanego patronusa, niemożność skorzystania z tego konkretnego momentu w życiu była podstępna. Mogła doprowadzić do znalezienia się w sytuacji, w której niebezpieczeństwo stawało się znacznie większe. W której możliwość obronienia się stawała pod znakiem zapytania. W której od jak najszybszego wybrania innego wspomnienia zależało życie.
A jednak nie. Ambroise wciąż nie sądził, by to było aż tak proste do skategoryzowania, żeby można było zawczasu porobić sobie metaforyczne szufladki w mózgu i od razu wyciągać z nich właściwe wspomnienie.
Nie mówiono ani nie pisano o tym zbyt wiele, ale ostatecznie każdy prędzej czy później dochodził chyba do momentu, w którym zdawał sobie sprawę ze złożoności natury patronusa. Tak jak z tego, że wbrew wszelkim pozorom nie było to aż tak łatwe i przyjemne zaklęcie. To wciąż była nekromancja. A nekromancja w dalszym ciągu zwyczajnie miała swoje jasne i ciemne strony.
- Nie wiem - przyznał po chwili. - Nie mam pojęcia, na jakiej podstawie to działa. To subiektywne odczucie każdego. Po prostu czujesz, że to to, więc je wybierasz. Tyle. Musisz być cholernie pewna, że to wspomnienie jest dostatecznie szczęśliwe, czuć to jeszcze zanim podejmiesz się wyczarowania patronusa, ale do ostatniego momentu tak naprawdę nie wiesz czy nic ci tego nie zaburzy. To ryzyko wpisane w proces - i konieczność adaptacji niemalże w tym samym momencie, w którym zaklęcie by nie wyszło.
Nie zamierzał dodawać, że drugie wspomnienie też mogło nie wystarczyć, że w pewnych momentach trzecie i czwarte również, że wszystko naprawdę zależało. Zamiast tego zdecydowanie wolał, aby powtórzyła zaklęcie, wbijając wzrok w jej rękę i obserwując ruch. Patronus znów pomknął między nimi a Ambroise lekko się uśmiechnął.
- Ponętna uczennica - powtórzył lekko, celowo znowu pomijając tę drugą kwestię.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down