22.01.2025, 16:59 ✶
No i, cholibka, coś było z nią faktycznie nie tak! Zamiast uśmiechu miała na twarzy grymas wściekłości z wystającymi kłami, oczy miała czerwone jak rozsierdzona bestia, palce kończyły jej się pazurami, a ogrodniczki poplamione były krwią! Kto projektował to coś? Alfred nie był ani trochę obeznany w tematach niezwiązanych z duchami, ale jak to coś nie było przeklęte, to zje własnego buta.
Naprawdę, NAPRAWDĘ chciał odmówić. Strasznie, strasznie chciał ominąć typa i nie mieć z nim nic wspólnego. Nie był osobą, która na własne życzenie przyjmowała kłopoty do swojego życia. Nie lubił ryzykować własną skórą kiedy nie było to potrzebne. Lubił swoje spokojne życie. Ale tak drapało go w gardle, tak strasznie chciał się napić... Spróbował zacisnąć pięści i po prostu iść dalej, ale nie potrafił. Za bardzo ciągnęło go do potencjału zdobycia wódki. Za bardzo chciał się nachlać i znowu czuć, że żyje. Nawet, jeśli musiałby przy okazji przyjąć w swoje posiadanie... Przeklętego skrzata ogrodowego. Wyciągnął do nieznajomego dłoń. - Dawaj co masz, a wezmę skrzata. - Nie miał tak naprawdę zamiaru targować się o jakieś większe kwoty, po prostu chciał, żeby starczyło mu na dowolną nalewkę. Posiadacz skrzata faktycznie pospiesznie wsypał mu na dłoń dwadzieścia sykli. Ledwo powstrzymał się od oblizania wysuszonych warg. - Remitto tibi! Oddaje go w twoje ręce! - Wykrzyczał, wepchnął mu skrzacisko pod pachę i uciekł, aż się za nim kurzyło. Alfred schował pieniądze do kieszeni, po czym wziął dziwnego skrzata w obie dłoni, łapiąc go pod pachy i podnosząc go przed swoją twarz. - Coś ty za jeden, że chłop tak się ciebie bał? No nic, wiedz jedno, skrzatku, bać to się nas, nie my! Czy jakoś tak. A teraz chodź, tata musi sobie chlupnąć. - Wsadził sobie swojego nowego podopiecznego pod pachę, idąc w kierunku najbliższego szemranego sklepiku w którym wiedział, że sprzedają też coś z procentami. Całą drogę miał jednak dziwne wrażenie, że figura strasznie mu się pod tą pachą nagrzewa, raz na jakiś mógłby również przysiąc, że słyszy od niej dziwny chichot. Machnął na to jedynie ręką, w końcu od początku wiedział, w co się pakuje.
Doszedł w końcu do dobrze znanego sobie sklepiku, którego szyld dumnie krzyczał "Elikszyry i Dyrdymały", a przynajmniej taki napis na nim widniał, kiedy jeszcze nie był totalnie obdrapany i przegnity czasem. Sam pamiętał, jak pomagał przy wieszaniu go. Wszedł do środka, witając machnięciem dłoni babuszkę siedzącą za ladą. - Ah, pan egzorcysta. Co pana do nas dzisiaj sprowadza? Znowu ta sama dziewczynka, czy dzisiaj może chcesz większego kopa? - Udała, że wciąga coś nosem, śmiejąc się przy tym jak ropucha. Alfred położył skrzaciora na najbliższym regale zapchanym rupieciami i brudnymi butelkami, po czym skierował się prosto do lady. - Nie pani Squelch, ja dalej to samo. I to nie rozcieńczone tym razem. - Rzucił na tackę leżącą na ladzie całe dwadzieścia sykli, które właśnie zarobił. - Fiuuu, Alfred, okradłeś kogoś? Mam nadzieję, że nie naszego? - Łypnęła na niego okiem, teatralnie kiwając palcem z przestrogą. Odpowiedział jej krótkim śmiechem, potęgowanym tym, że widział jak ta szuka odpowiedniej buteleczki pod ladą. - Nie, jakiś dziwak zapłacił mi w zamian za zajęcie się jego.. - Chciał odwrócić się i wskazać na dziwną figurkę... Ale znikła. A przynajmniej nie było jej tam, gdzie powinna być, tam, gdzie jeszcze przed chwilą ją odstawił. Za to na zapleczu małego sklepiku rozległ się dziwny trzask i huk tłuczonego szkła. - Do cholery, co u diabła?! - Pani Squelch od razu ruszyła na zaplecze, zaraz za nią zresztą Alfred, który zaczął martwić się tym, że może być odpowiedzialny za całe to zamieszanie. W małym składziku na tyłach sklepu, który normalnie robi za pseudo magazyn, wedle wszelkich znaków właśnie doszło do narodzin jakiegoś huraganu. Składniki eliksirów walały się po podłodze razem z porozbijanymi buteleczkami, porozlewanymi eliksirami i porozsypywanymi proszkami najróżniejszej maści. Dodatkowo w pomieszczeniu rozbrzmiewał ten potworny, szatański chichot! - Coś ty mi przyniósł do sklepu, alkoholiku obesrany! - Uderzyła wielkoluda swoją kościstą łapą. Ten już miał jej jakoś odpowiedzieć, ale właśnie zauważył, że za plecami pani Squelch, na jednej z półek stoi ta piekielna figurka... A do tego ma w jej stronę wyciągniętą szponiastą łapę, która przeraźliwie świeciła! Alfred nie był idiotą i szybko wyczuł, co się święci, więc szybko przesunął staruszkę, zasłaniając ją własnym ciałem zanim w ogóle zdążył zastanowić się na tym, co robi. Nie zdążyłby dość szybko wyjąć swojej różdżki, a nie mógł pozwolić, żeby biedaczka dostała zaklęciem przez coś, co sam przyniósł jej do domu! Plułby sobie w brodę do końca życia. Zamiast tego zasłonił ją więc swoją szeroką klatą, w którą zaraz potem uderzyło zaklęcie, które...
Rzucik na Siłę Tytanów, bo jestem masochistą i sam siebie wrzucam pod koła wozu zwanego życiem i nie umiem prowadzić sobie spokojnych i bezpiecznych sesji
Naprawdę, NAPRAWDĘ chciał odmówić. Strasznie, strasznie chciał ominąć typa i nie mieć z nim nic wspólnego. Nie był osobą, która na własne życzenie przyjmowała kłopoty do swojego życia. Nie lubił ryzykować własną skórą kiedy nie było to potrzebne. Lubił swoje spokojne życie. Ale tak drapało go w gardle, tak strasznie chciał się napić... Spróbował zacisnąć pięści i po prostu iść dalej, ale nie potrafił. Za bardzo ciągnęło go do potencjału zdobycia wódki. Za bardzo chciał się nachlać i znowu czuć, że żyje. Nawet, jeśli musiałby przy okazji przyjąć w swoje posiadanie... Przeklętego skrzata ogrodowego. Wyciągnął do nieznajomego dłoń. - Dawaj co masz, a wezmę skrzata. - Nie miał tak naprawdę zamiaru targować się o jakieś większe kwoty, po prostu chciał, żeby starczyło mu na dowolną nalewkę. Posiadacz skrzata faktycznie pospiesznie wsypał mu na dłoń dwadzieścia sykli. Ledwo powstrzymał się od oblizania wysuszonych warg. - Remitto tibi! Oddaje go w twoje ręce! - Wykrzyczał, wepchnął mu skrzacisko pod pachę i uciekł, aż się za nim kurzyło. Alfred schował pieniądze do kieszeni, po czym wziął dziwnego skrzata w obie dłoni, łapiąc go pod pachy i podnosząc go przed swoją twarz. - Coś ty za jeden, że chłop tak się ciebie bał? No nic, wiedz jedno, skrzatku, bać to się nas, nie my! Czy jakoś tak. A teraz chodź, tata musi sobie chlupnąć. - Wsadził sobie swojego nowego podopiecznego pod pachę, idąc w kierunku najbliższego szemranego sklepiku w którym wiedział, że sprzedają też coś z procentami. Całą drogę miał jednak dziwne wrażenie, że figura strasznie mu się pod tą pachą nagrzewa, raz na jakiś mógłby również przysiąc, że słyszy od niej dziwny chichot. Machnął na to jedynie ręką, w końcu od początku wiedział, w co się pakuje.
Doszedł w końcu do dobrze znanego sobie sklepiku, którego szyld dumnie krzyczał "Elikszyry i Dyrdymały", a przynajmniej taki napis na nim widniał, kiedy jeszcze nie był totalnie obdrapany i przegnity czasem. Sam pamiętał, jak pomagał przy wieszaniu go. Wszedł do środka, witając machnięciem dłoni babuszkę siedzącą za ladą. - Ah, pan egzorcysta. Co pana do nas dzisiaj sprowadza? Znowu ta sama dziewczynka, czy dzisiaj może chcesz większego kopa? - Udała, że wciąga coś nosem, śmiejąc się przy tym jak ropucha. Alfred położył skrzaciora na najbliższym regale zapchanym rupieciami i brudnymi butelkami, po czym skierował się prosto do lady. - Nie pani Squelch, ja dalej to samo. I to nie rozcieńczone tym razem. - Rzucił na tackę leżącą na ladzie całe dwadzieścia sykli, które właśnie zarobił. - Fiuuu, Alfred, okradłeś kogoś? Mam nadzieję, że nie naszego? - Łypnęła na niego okiem, teatralnie kiwając palcem z przestrogą. Odpowiedział jej krótkim śmiechem, potęgowanym tym, że widział jak ta szuka odpowiedniej buteleczki pod ladą. - Nie, jakiś dziwak zapłacił mi w zamian za zajęcie się jego.. - Chciał odwrócić się i wskazać na dziwną figurkę... Ale znikła. A przynajmniej nie było jej tam, gdzie powinna być, tam, gdzie jeszcze przed chwilą ją odstawił. Za to na zapleczu małego sklepiku rozległ się dziwny trzask i huk tłuczonego szkła. - Do cholery, co u diabła?! - Pani Squelch od razu ruszyła na zaplecze, zaraz za nią zresztą Alfred, który zaczął martwić się tym, że może być odpowiedzialny za całe to zamieszanie. W małym składziku na tyłach sklepu, który normalnie robi za pseudo magazyn, wedle wszelkich znaków właśnie doszło do narodzin jakiegoś huraganu. Składniki eliksirów walały się po podłodze razem z porozbijanymi buteleczkami, porozlewanymi eliksirami i porozsypywanymi proszkami najróżniejszej maści. Dodatkowo w pomieszczeniu rozbrzmiewał ten potworny, szatański chichot! - Coś ty mi przyniósł do sklepu, alkoholiku obesrany! - Uderzyła wielkoluda swoją kościstą łapą. Ten już miał jej jakoś odpowiedzieć, ale właśnie zauważył, że za plecami pani Squelch, na jednej z półek stoi ta piekielna figurka... A do tego ma w jej stronę wyciągniętą szponiastą łapę, która przeraźliwie świeciła! Alfred nie był idiotą i szybko wyczuł, co się święci, więc szybko przesunął staruszkę, zasłaniając ją własnym ciałem zanim w ogóle zdążył zastanowić się na tym, co robi. Nie zdążyłby dość szybko wyjąć swojej różdżki, a nie mógł pozwolić, żeby biedaczka dostała zaklęciem przez coś, co sam przyniósł jej do domu! Plułby sobie w brodę do końca życia. Zamiast tego zasłonił ją więc swoją szeroką klatą, w którą zaraz potem uderzyło zaklęcie, które...
Rzucik na Siłę Tytanów, bo jestem masochistą i sam siebie wrzucam pod koła wozu zwanego życiem i nie umiem prowadzić sobie spokojnych i bezpiecznych sesji
Rzut N 1d100 - 17
Akcja nieudana
Akcja nieudana