22.01.2025, 17:32 ✶
...W sumie nie do końca wiedział, co mu zrobiło. Nagle zrobiło mu się ciemno przed oczami, a następne co pamiętał to obudzenie się na mokrej i zimnej podłodze. - Na Merlina, żyjesz! Już się martwiłam, żeś mi tu wykitował. A teraz wstawaj i zabieraj to dziadostwo! - Squelch klęczała obok niego, najwyraźniej sprawdzając, czy dalej żyje. Nie miał pojęcia, jakim zaklęciem ten piekielny skrzat w niego rzucił, ale w piersi paliło go jak diabli i miał trudności z oddychaniem... Właśnie, cholibka, co ze skrzatem?! Dopiero teraz doszło do niego, że słyszy ten okropny chichot - przeklęty niziołek siedział sobie dalej na półce i chichotał przez te swoje nieruchome, namalowane usta. Alfred miał ochotę poderwać się i rzucić nim przez okno, ale był zbyt obolały na całym ciele. Powolutku wstał na równe nogi, stękając przy tym z bólu. Oj, to mu raczej nie przejdzie aż do jutra. - Huff, cholibka, mocno mnie trzasnął... Pani Squelch, da mi pani te moje zamówienie. Mam ci ja pomysł. - Dał radę wyjęczeć między dźwiękami czystego bólu. - Poczekaj bo ci uwierzę, chlejusie zafajdany, po prostu chcesz się narżnąć! Psiamać, do czego to... - Wyklęła go jeszcze na siedem innych sposobów, ale mimo wszystko przyniosła mu jego zakupiony wcześniej trunek. Specjalność zakładu, która przepala wątrobę szybciej niż jej równowartość w czystym alkoholu. Najprawdziwszy denaturat dla czarodziejów-smakoszy. Tak więc wyposażony w tak ciężkie działa Alfred wziął butle w jedną dłoń i skrzata w drugą, zaraz potem wychodząc z powrotem na sklep. Przesunął ramieniem graty z jednego regału, stawiając przed sobą przeklętego wysłannika szatana zaklętego w ogrodową istotę. Rozejrzał się wokół, i, znalazłszy odpowiednie do tego dwie szklaneczki, postawił je przed sobą i figurką, zaraz po tym delikatnie zalewając je trunkiem. Nie dużo, co by się nie przekręcili. Nie to, żeby skrzat mógł się przekręcić. Chyba. - Słuchaj, chamie zafajdurzony. Strzelił żeś we mnie zaklęciem jak zwykły cham, prostak i cienias. Ale ja jestem wyrozumiały, dużo żem w życiu przeszedł i dużo potrafię wybaczyć. Słuchaj, ja sprawę widzę jasno. Mogę albo opchnąć cię kolejnemu cieniasowi, żebyś kontynuował swój chory cykl niszczenia ludziom dnia, albo pójść z tobą do jakiegoś klątwołamacza i sprawić, że te twoje niecne zalążki egzystencji zrobią puf... Albo możemy podejść do tego, cholibka, jak mężczyźni, napić się i dojść do jakiegoś, tego, porozumienia! Czekaj, bo mnie suszy cholibka. - Przechylił swoją szklaneczkę piekielnego napoju i łyknął jednym haustem, zaraz potem z ulgą stękając, czując, że nareszcie traci klątwę trzeźwości. -...Widzisz, ja się param egzorcyzmami, pracą medium, takie tam duperele, nie? Ale czasem prowadzę też mniej pomocne usługi, dla wiesz, specjalnych klientów. - Polał sobie z powrotem, kontynuując monolog do sztywnego koleżki. - A to ducha podrzucić jakiemuś fajfusowi, a to to, a to tamto. A wiesz, takie duchy to nie jest skończony towar. Czasem po prostu żadnego nie ma pod ręką, rozumiesz. No ale co, jeśli miałbym partnera w zbro... Partnera biznesowego, się ma rozumieć? Wiesz, podrzuciłbym cię pod taki adresik, ty byś narobił namieszania dzień czy dwa, a potem rachu ciachu pod osłoną nocy chyc! Biorę cię z powrotem. Klient zadowolony bo frajera postraszyło, ty zadowolony bo żeś narobił komuś problemów. Hipogryf syty, królik cały jak to mawiała moja babka. To jak, możemy być kumple, czy chcesz się fochać? - Postawił karty jasno przed niestabilnym psychicznie skrzatem. Teraz tylko wszystko zależy od tego, czy przeklęty przedmiot da się przekonać do współpracy...
Na charyzmę, a jak!
Na charyzmę, a jak!
Rzut PO 1d100 - 1
Krytyczna porazka
Krytyczna porazka