Regina nie zdawała sobie sprawy, jakie emocje budzi jej postać w głowie Enzo. Gdyby wiedziała, to nie odpowiedziałaby tak lekkim tonem. W takt za Remingtonem porzuciła zwrot “pan”, gładko przechodząc w następnych słowach na per ty.
— Opiekuję się nim, więc bardziej określiłabym go mianem podopiecznego i… przyjaciela. — wyjaśniła z chwilowym zawahaniem. — Co do więzi, to poniekąd się zgodzę, rzeczywiście zwierzęta w jakimś stopniu potrafią wyczuć czyjeś zamiary. Już nie wspominając o tych, które dzięki swojej naturze odgadują to, co kryjemy w sercu.
Pauza w jej odpowiedzi wynikała z doświadczenia, jakie miała, kiedy mówiła o stworzeniach, jako swoich przyjaciołach. Często widziała ten błysk niedowierzania, a później nutę współczucia, jakby posiadanie zwierząt za przyjaciół było pierwszym krokiem do obłędu.
Dla Reginy było wręcz odwrotnie. Od najmłodszych lat dzieliła się swoimi sekretami oraz troskami ze zwierzętami, które były w jej rodzinnym domu. Powiernikami była między innymi suczka psidwaka, Cari, podstarzały smoczognik Józef czy kot Bedwen. Nie mówiąc o abraksanach w przydomowej stajni, na których nie jeździła po wypadku, ale za to lubiła spędzać czas, doglądając ich czy przynosząc im marchewki.
Cymbał, widząc, że dwunożni zajęli miejsca nieco dalej, niż mu to odpowiadało, poderwał się i wylądował na oparciu fotela Reginy. Zgrabnym, wężowym ruchem zsunął się stamtąd na jej ramię, gdzie rozprostował skrzydła, po czym zwinął się w mały kłębuszek łusek.
Dla Reginy było to tak naturalne, że odruchowo posmyrała go po główce i powiedziała:
— Polecam, choć nie wszystkim odpowiada tamtejszy surowy klimat. Wiatr nie oszczędza nikogo, ani ludzi, ani zwierząt, ani nawet krajobrazu. Z kolei w Ameryce byłam, żebym nie skłamała, z rok lub dwa lata temu, odwiedzałam rezerwat w Yellowstone i przy okazji kilka innych miejsc. Też niesamowity kraj i te nieprzebrane tereny. Niesamowite, naprawdę…
Na chwilę odpłynęła do swoich wspomnień.
— Co takiego dokładnie skłoniło cię do wyjazdu tam? O ile to nie tajemnica.
Zadała pytanie z uśmiechem i wybrzmiewającą w głosie szczerą ciekawością. Całym sercem kochała podróże i zawsze zastanawiało ją, co takiego pcha innych czarodziejów do wyjazdu.
Wypowiedź Enzo o tym, że była jak płótno, o jej rysach, o posturze godnej starożytnej bogini, wprawiło Reginę w osłupienie. O mały włos, a otworzyłaby usta i tak została, z rozdziawioną gębą, patrząc na czarodzieja, jak na nie do końca zdrowego umysłowo.
Przed tym faux-pas uratowało ją pukanie. Nadal zdziwiona i skrępowana tak bezpośrednią wypowiedzią, podeszła do drzwi, po czym je otworzyła. Smoczognika rozbudził ten ruch i z niezadowoleniem przycupnął na jej ramieniu, ziewając, jakby ostentacyjnie.
Do pokoju wleciała srebrna taca, a na niej stały dwie filiżanki, cukiernica i pękaty mlecznik. Taca obkręciła się z gracją wokół własnej osi, następnie wylądowała na niskim stoliku między nimi.
— Hm, nie wiem panie… To znaczy Enzo, czy mogłabym stać się natchnieniem dla kogokolwiek. — zaczęła bardzo powoli i z wyraźnym zakłopotaniem, z powrotem zajmując miejsce na swoim fotelu. — Ten modeling to też chyba nie dla mnie. A moja… hm... budowa czy tam postura, to też tak… Nie za bardzo…
Po pierwsze nawet nie wiedziała czym dokładnie jest ten “modeling”, tylko domyślała się, że może mieć coś wspólnego z modelkami. Po drugie wątpiła, by ktokolwiek chciał podziwiać kobietę wielką jak górę, o rysach, jak wyciosanych z kamienia i to miejscami tępym dłutem.
Szczerze wątpiła w słowa Enzo i to do tego stopnia, że zaczęła się zastanawiać, czy on sobie z niej nie żartuje. Byłoby to naprawdę okrutne z jego strony.
— Twoja słowa są oczywiście bardzo miłe, ale… Ale nie sądzę, żeby cokolwiek we mnie było warte uwieczniania na wieki. Nawet na chwilę, też nie.
Posłała mu cierpki uśmiech i poprawiła się na fotelu, bo jakoś tak nagle poczuła się nieswojo.
— Mleka do herbaty?
Na brodę Merlina, zmieńmy temat, zaczęła błagać w myślach. Jednocześnie zsunęła miodowe spojrzenie na tacę i sięgnęła po naczynko z mlekiem.