23.01.2025, 01:54 ✶
- Jeśli spisywał je w Egipcie… Pewnie będą po arabsku lub w arabskim tłumaczeniu. Nie znam tego języka.- Stwierdziła oczywistą oczywistość.- A ostatnimi czasy… Nie spędzaliśmy ze sobą zbyt wiele czasu Antonio. Nie czułabym się na miejscu nawet poprosić o ich przywiezienie. Co dopiero przeczytanie.
Oho. Czyżby w jej głosie ukrył się cichy wyrzut? Jakaś drobna szpilka przypominająca Anthony’emu, jaką ścieżkę wybrał po ich wizycie w Jordanii przed laty. Zresztą - Jordania zmieniła wszystko. Uśmiechnęła się, gdy ucałował jej dłonie, choć powstrzymała chęć przed uniesieniem palców i objęciem jego policzków; przed zbadaniem opuszkami palców każdego drobnego załamania skóry, pierwszych zmarszczek w kącikach oczu. Wszystkiego co czyniło go tak prawdziwym.
Nie miała do tego prawa. Do Niego, jego świata i słońca.
Teraz, gdy mogła poprosić o wszystkie skarby- Lorien nie prosiła już o nic więcej jak poświęcenie sobie odrobiny uwagi. Gdyby przesypujący się w klepsydrze piasek był czystym złotym kruszcem - mieliby dla siebie wieczność. Ale szklane naczynie wypełniała splamiona klątwą krew, kropla po kropli odmierzając kolejne sekundy.
Nareszcie Wergiliusz pojawił się przy stoliku ustawiając na blacie pierwsze dania. Każdy jeden talerz niósł za sobą zapach słonecznej Italii, a wraz z nim wspomnienie domu, do którego czarownica tak tęskniła. Włochy były dla niej miejscem zupełnie obcym, a równocześnie zatrważająco bliskim. Gdy była młodsza lubiła słuchać opowieści matki o kamiennym domu z drzwiami pomalowanymi na głęboką czerwień przed którymi rosło małe drzewko rodzące cytryny. Lubiła wyobrażać sobie, że w nim zamieszka na starość z dala od deszczowego Londynu. Pozwoliła sobie nałożyć małą porcję Caponaty, ale choć ujęła w ręce widelec - nie wzięła ani kęsa z posiłku.
- Skąd taka myśl, Anthony?- Zapytała pozornie spokojnym tonem, odpowiadając pytaniem na pytanie, nie próbując jednak szczególnie mocno ukryć dyskomfortu. Od czasu ich rozmowy o wyskoku chłopca na sabacie mogłaby przysiąc, że ani razu nie rozmawiali o nim dłużej. Głównie dlatego, że nie żywiła wobec Charles’a żadnych głębszych emocji, więc i rozmowy na jego temat wydawały się stratą czasu i oddechu - ot, był dla niej młodszym synem szwagra, który przyjechał do Anglii by zakłócić jej spokój ducha.
Odłożyła widelec na talerz nawet nie próbując przygotowanej przez skrzata kolacji. Straciła apetyt. Choć od czasu ostatniej przemiany przełknięcie czegokolwiek było wystarczająco trudne.
Nie pytała co takiego Charles do Anthony’ego napisał. Poskarżył się na nią? Próbował zrobić z niej potwora? Umniejszał jej? A może przestrzegał Shafiqa przez zadawaniem się z nią - zwłaszcza teraz. Ale nie zwykła spowiadać się nawet przed Bogami, więc niestety jeśli Anthony czekał na jakąkolwiek opowieść, tym razem się srogo przeliczył.
Zamiast tego wpatrywała się w przyjaciela wyczekująco. W milczeniu. Próbowała sobie wmówić, że nic złego się przecież nie działo. Nawet jeśli kompletnie się myliła - to ta nadzieja musiała czarownicy jak na razie wystarczyć. Było w tym strachu coś niezwykłego; jakby Lorien nigdy nie wątpiła, że Anthony byłby gotowy zejść po nią na dno piekieł, ale dziś był gotów wybrać Charliego. Zwłaszcza, gdy przyjdzie jej wyznać wszystko to co uczyniła w dobrej wierze.
Zostawi mnie. Zostawi.
Spuściła wzrok na swój talerz. Ich ostatnią wspólną kolacją będzie jakaś żałosna Caponata. Fantastycznie.
Oho. Czyżby w jej głosie ukrył się cichy wyrzut? Jakaś drobna szpilka przypominająca Anthony’emu, jaką ścieżkę wybrał po ich wizycie w Jordanii przed laty. Zresztą - Jordania zmieniła wszystko. Uśmiechnęła się, gdy ucałował jej dłonie, choć powstrzymała chęć przed uniesieniem palców i objęciem jego policzków; przed zbadaniem opuszkami palców każdego drobnego załamania skóry, pierwszych zmarszczek w kącikach oczu. Wszystkiego co czyniło go tak prawdziwym.
Nie miała do tego prawa. Do Niego, jego świata i słońca.
Teraz, gdy mogła poprosić o wszystkie skarby- Lorien nie prosiła już o nic więcej jak poświęcenie sobie odrobiny uwagi. Gdyby przesypujący się w klepsydrze piasek był czystym złotym kruszcem - mieliby dla siebie wieczność. Ale szklane naczynie wypełniała splamiona klątwą krew, kropla po kropli odmierzając kolejne sekundy.
Nareszcie Wergiliusz pojawił się przy stoliku ustawiając na blacie pierwsze dania. Każdy jeden talerz niósł za sobą zapach słonecznej Italii, a wraz z nim wspomnienie domu, do którego czarownica tak tęskniła. Włochy były dla niej miejscem zupełnie obcym, a równocześnie zatrważająco bliskim. Gdy była młodsza lubiła słuchać opowieści matki o kamiennym domu z drzwiami pomalowanymi na głęboką czerwień przed którymi rosło małe drzewko rodzące cytryny. Lubiła wyobrażać sobie, że w nim zamieszka na starość z dala od deszczowego Londynu. Pozwoliła sobie nałożyć małą porcję Caponaty, ale choć ujęła w ręce widelec - nie wzięła ani kęsa z posiłku.
- Skąd taka myśl, Anthony?- Zapytała pozornie spokojnym tonem, odpowiadając pytaniem na pytanie, nie próbując jednak szczególnie mocno ukryć dyskomfortu. Od czasu ich rozmowy o wyskoku chłopca na sabacie mogłaby przysiąc, że ani razu nie rozmawiali o nim dłużej. Głównie dlatego, że nie żywiła wobec Charles’a żadnych głębszych emocji, więc i rozmowy na jego temat wydawały się stratą czasu i oddechu - ot, był dla niej młodszym synem szwagra, który przyjechał do Anglii by zakłócić jej spokój ducha.
Odłożyła widelec na talerz nawet nie próbując przygotowanej przez skrzata kolacji. Straciła apetyt. Choć od czasu ostatniej przemiany przełknięcie czegokolwiek było wystarczająco trudne.
Nie pytała co takiego Charles do Anthony’ego napisał. Poskarżył się na nią? Próbował zrobić z niej potwora? Umniejszał jej? A może przestrzegał Shafiqa przez zadawaniem się z nią - zwłaszcza teraz. Ale nie zwykła spowiadać się nawet przed Bogami, więc niestety jeśli Anthony czekał na jakąkolwiek opowieść, tym razem się srogo przeliczył.
Zamiast tego wpatrywała się w przyjaciela wyczekująco. W milczeniu. Próbowała sobie wmówić, że nic złego się przecież nie działo. Nawet jeśli kompletnie się myliła - to ta nadzieja musiała czarownicy jak na razie wystarczyć. Było w tym strachu coś niezwykłego; jakby Lorien nigdy nie wątpiła, że Anthony byłby gotowy zejść po nią na dno piekieł, ale dziś był gotów wybrać Charliego. Zwłaszcza, gdy przyjdzie jej wyznać wszystko to co uczyniła w dobrej wierze.
Zostawi mnie. Zostawi.
Spuściła wzrok na swój talerz. Ich ostatnią wspólną kolacją będzie jakaś żałosna Caponata. Fantastycznie.