– Przeprosiny przyjęte – odpowiedział mu lekko, a potem roześmiał się serdecznie na mimowolny komplement, w głowie nie musząc nawet dokonywać szybkiej kalkulacji, czy jego zewnętrzna powłoka, którą czas zatrzymał dla świata jest starsza, czy młodsza od znajomego polityka. – Znając preferencje i pasje Monsieur Shafiqa, podejrzewam, że byłby z tego pokrewieństwa bardziej niż szczęśliwy. Nigdy jednak nie przykładałem zbytniej uwagi do swojego drzewa, ale krew - jak to mówią - nie woda. Ciekaw byłbym w sumie takich badań, ich wyniki mogłyby być bardzo interesujące. – Zaciągnął się ponownie, nie poświęcając zbyt wiele myśli i uczuć prawdziwości tych słów. Przeszłość pozostawała przeszłością, prawdziwie utkwioną w czasach, które były tak odległe od tego, co otaczało ich obecnie.
Pominął milczeniem postać matki i fakt jak szczenię odsłoniło się ze swoją młodością i brakiem buntu w żyłach, który już dawno winien mieć się ku wygaszeniu.
– Lubię sztukę współczesną. Lubię pomysły na to jak zachwycić widzów obrosłych tłuszczem od oglądania wciąż tego samego. Ionesco ostatnio wystawił swojego Macbetha. Znam miłość was Anglików do Shakespeara, ale to ponowne pochylenie się nad dramatem ogarniętego rządzą władzy człowieka o bardzo krwiożerczej małżonce... Śmiałem się wybornie. Autor uczynił wszystko satyrą, tak też prezentowała się scena. Rozbryzgująca krew smakowała słodkim syropem kukurydzianym, lewitujące głowy śpiewały, a duchy tańczyła kankana. – Uśmiechał się gdy to mówił, barwnie, z nieukrywaną miłością do teatru, ale też jego opowieść podszyta była melancholią i smutkiem, które w pewnym sensie tym bardziej czyniły go podobnym do spodziewanej osoby. –Théâtre de l'Alliance française nie jest zbyt daleko stąd młodzieńcze, jeśli miałbyś ochotę odświeżyć umysł i otworzyć oczy na głos własnego pokolenia. – cóż, wszystko kwestią perspektywy, w której nie można było ów pokoleń rozliczać co dziesięć, dwadzieścia lat. Już ludzie sami patrzyli na ubiegły wiek dekadami, potem stuleciami, by średniowiecze zamknąć jedną gigantyczną wspólną klamrą. – Dla mnie Christine uratowała ten spektakl, heroiny tak mają, zwłaszcza te, które przyciągają nie tylko ucho ale też wzrok. W ogóle, gdzie moje maniery... Gabriel Montbel, kolekcjoner. – Skinął głową w geście powitania, choć przecież już rozmawiali, zawieszając głos w oczekiwaniu na poznanie miana swojego mimowolnego towarzysza.
Papieros powoli acz nieuchronnie kończył się, a wujka jak nie było widać...
Pominął milczeniem postać matki i fakt jak szczenię odsłoniło się ze swoją młodością i brakiem buntu w żyłach, który już dawno winien mieć się ku wygaszeniu.
– Lubię sztukę współczesną. Lubię pomysły na to jak zachwycić widzów obrosłych tłuszczem od oglądania wciąż tego samego. Ionesco ostatnio wystawił swojego Macbetha. Znam miłość was Anglików do Shakespeara, ale to ponowne pochylenie się nad dramatem ogarniętego rządzą władzy człowieka o bardzo krwiożerczej małżonce... Śmiałem się wybornie. Autor uczynił wszystko satyrą, tak też prezentowała się scena. Rozbryzgująca krew smakowała słodkim syropem kukurydzianym, lewitujące głowy śpiewały, a duchy tańczyła kankana. – Uśmiechał się gdy to mówił, barwnie, z nieukrywaną miłością do teatru, ale też jego opowieść podszyta była melancholią i smutkiem, które w pewnym sensie tym bardziej czyniły go podobnym do spodziewanej osoby. –Théâtre de l'Alliance française nie jest zbyt daleko stąd młodzieńcze, jeśli miałbyś ochotę odświeżyć umysł i otworzyć oczy na głos własnego pokolenia. – cóż, wszystko kwestią perspektywy, w której nie można było ów pokoleń rozliczać co dziesięć, dwadzieścia lat. Już ludzie sami patrzyli na ubiegły wiek dekadami, potem stuleciami, by średniowiecze zamknąć jedną gigantyczną wspólną klamrą. – Dla mnie Christine uratowała ten spektakl, heroiny tak mają, zwłaszcza te, które przyciągają nie tylko ucho ale też wzrok. W ogóle, gdzie moje maniery... Gabriel Montbel, kolekcjoner. – Skinął głową w geście powitania, choć przecież już rozmawiali, zawieszając głos w oczekiwaniu na poznanie miana swojego mimowolnego towarzysza.
Papieros powoli acz nieuchronnie kończył się, a wujka jak nie było widać...