24.01.2025, 00:10 ✶
- Och, jakże mi źle. Czyli nici z patronusa - wcale nie był przy tym poważny.
Wręcz przeciwnie, nawet nie udawał, że poruszyły go słowa o krwawiącym sercu.
Zdecydowanie nie próbował uśmiechać się do Geraldine. Faktycznie to robił. Spoglądając wprost na nią, mimowolnie unosił kąciki ust, po chwili zaś po prostu susząc do niej zęby w szerokim uśmiechu. Widział zadowolenie Yaxleyówny. Dumę z tego, co udawało jej się osiągnąć. To w tym momencie w zupełności mu wystarczało. Nie zamierzał próbować psuć tej chwili, racjonalizować szczęścia początkującego, bo właśnie to się liczyło. To, że była szczęśliwa. Nawet przez krótki moment.
Oderwali się od ponurego klimatu lasu, który ich tu otaczał. W jednej chwili miał wrażenie, jakby znaleźli się zupełnie gdzieś indziej. W lepszym miejscu. Może nawet w przeszłości? Albo w alternatywnej rzeczywistości? W innej linii czasowej, gdzie wszystko było zupełną przeciwnością trudnego, bolesnego losu? Nie wiedział, nie wnikał. Zamiast tego kolejny raz parsknął urywanymi śmiechem, gdy usłyszał stwierdzenie, jakie padło z ust dziewczyny. Pokręcił głową. Tym razem nie zamierzał się zgrywać, nie próbował udawać.
- Pojętne? Być może. Ponętne? Poza jednym wyjątkiem potwierdzającym regułę, mam swoje standardy. Nie. Znam się na rzeczy dzięki obszernym podstawom opanowanym przy jednym szczególnym przypadku. Bardzo trudnym - musiał jeszcze dodawać, że szczególnie łajzowatym czy to było całkiem jasne?
Wydawało mu się, że wybrzmiało naprawdę gładko. Zupełnie tak jak poszło im to rzucenie patronusa. Tym razem dwóch. Kręcących się wokół siebie przez chwilę, bo jakże miałyby tego nie robić? Oni też ku temu zmierzali. Być może usiłowali utrzymywać dystans, ale prędzej czy później go zmniejszali.
Każdego. Cholernego. Dnia. Chwila po chwili. Moment za momentem. Spędzili ze sobą cztery dni. Cztery praktycznie pełne dni, nie licząc kilku godzin ostatniego dnia sierpnia i tych kilkunastu, które pozostały im do czwartego września. W umyśle Roisa nie miało to aż takiego znaczenia, bo mieli przecież zostać tuż obok siebie jeszcze przez następne...
...cholera wiedziała, ile dni, bo sobie tego nie mówili. Łajza i osioł, tak? Skunks i wydra? W tym momencie żartował z bycia jej złym omenem. Teraz podchodził do tego znacznie lżej niż jeszcze chwilę wcześniej, bo patrzył na jej uśmiech. Spoglądał na nią, wywracając oczami i kręcąc głową.
- Zdecydowanie to miałaś na myśli. Kraczę jak wrona - stwierdził, jednocześnie posyłając jej jednoznacznie spojrzenie: i co?
Rzuciła patronusa. Trzeciego z rzędu, kolejnego niemalże idealnego widmowego skunksa. Tak wyjątkowego, że naprawdę śmiał wątpić w to, czy nie próbowała go podpuszczać. Oszustwo może było zbyt ciężkim słowem, ale za to podpuszczanie? Ono już do niej pasowało. Geraldine zdecydowanie lubiła sobie z nim pogrywać.
- Udowodnij - odparł, jednocześnie nie do końca wiedząc jak miałaby to zrobić.
Rzucając jeszcze jednego patronusa? Tym razem na innej podstawie? Chyba tak. Nie wiedział, czy za każdym razem wybierała to samo wspomnienie, ale znając ją twierdził, że tak. Zwycięskiej formuły się nie zmieniało, czyż nie? Otóż nie tym razem.
- Inne wspomnienie - nie miał żadnych oporów, aby jej to zlecić.
W końcu mieli się tu uczyć, czyż nie? Najwidoczniej każda ich nauka kończyła się pocałunkami, nawet tymi przelotnymi, choć nie mniej słodkimi. Oderwał się od jej ust, jednocześnie posyłając Rinie całkiem ciepłe spojrzenie.
- Jest Panienka niezmiernie łaskawa, Panno Yaxley - odparł, cały czas utrzymując wzrok na jej oczach.
Twarz przy twarzy, nos niemalże stykający się z nosem, oddech zmieszany z oddechem. Gdyby zbliżył się jeszcze o kilka centymetrów, mógłby ponownie zagarniać wargi Geraldine w pocałunku. Nie brakowało mu wiele, by to zrobić. Szczególnie teraz, gdy wpatrywał się w błękit jej błyszczących tęczówek. Światło patronusa, nawet jasne i błyszczące, nijak nie miało się do tego blasku.
Brakowało mu jej. Ich wspólnych chwil, nawet tych raczej bardzo opornie idących lekcji, o których teraz tak pokrętnie wspomniała. Wszystkich błogich poranków, gdy plątali się w miękkiej, ciepłej pościeli. Wieczornego wsuwania się między chłodne prześcieradło a jeszcze zimniejszą kołdrę. Momentów, gdy spychał ją ze swojej poduszki lub wręcz przeciwnie - kiedy przyciągał dziewczynę ku sobie, oplatając ją ramionami i przygniatając nogą, żeby mu się nie wyślizgnęła.
Tych chwil spędzonych w lasach, bo tych też wbrew pozorom było całkiem dużo. Więcej niż Ambroise kiedykolwiek by założył, bo choć wiedział, że i pod tym względem niemalże idealnie się ze sobą zgrywali, nigdy nie przewidziałby, ile czasu spędzą szwendając się wspólnie po bliższych i dalszych okolicach. W głuszy czy całkiem blisko ludzkich siedzib.
Wszystko zaczęło się w tamtym dworku, chociaż czy aby na pewno? Nie chciał o tym myśleć ani tym bardziej mówić, lecz chodziło o wcześniejszy moment. Znacznie wcześniejszy, bo zimą, gdy zakopali Rosiera w głębi naprawdę dzikiego, bardzo odległego lasu, choć...
...czy to nie było jeszcze wcześniej? Zmarszczył brwi, starając się przypomnieć sobie coś, co przeleciało mu teraz przez głowę. Tę jedną naprawdę przypadkową myśl, trudne do zidentyfikowania wspomnienie. Właściwie to jego wątły cień. Coś, co mogło, ale nie musiało być prawdziwe.
- Łaziłaś kiedyś po drzewach w Zakazanym Lesie? - Spytał, choć chyba znał odpowiedź.
W dalszym ciągu spoglądał w oczy Geraldine. Błękitne jak dwa jeziora. Błyszczące jak słońce odbijające się w falach, gdy siedzieli na plaży.
Ich plaży. Wtedy jeszcze była ich, bo Rina była jego a on był jej. Świat był dużo prostszy niż w tej chwili. Podejmowanie decyzji nie przychodziło mu w żaden oporny sposób. Wręcz przeciwnie. Być może sprawiała to nostalgia, patrzenie przez pryzmat minionego czasu, koloryzowanie utraconych chwil, ale Greengrassowi naprawdę wydawało się, że to były najlepsze lata ich życia.
A teraz odeszły bezpowrotnie. I mimo tego, że miał ochotę wyciągnąć wolną dłoń ku policzkowi dziewczyny stojącej tuż obok niego, powstrzymał się przed tym. Nie chciał jeszcze bardziej utrudniać im życia, nawet jeśli to jeszcze był ten moment. Chwila światła w niemalże nieprzeniknionym mroku Lasu Wisielców.
- Nowe wspomnienie. Zapasowe - polecił, nie zamierzając jej tego odpuścić.
Wręcz przeciwnie, nawet nie udawał, że poruszyły go słowa o krwawiącym sercu.
Zdecydowanie nie próbował uśmiechać się do Geraldine. Faktycznie to robił. Spoglądając wprost na nią, mimowolnie unosił kąciki ust, po chwili zaś po prostu susząc do niej zęby w szerokim uśmiechu. Widział zadowolenie Yaxleyówny. Dumę z tego, co udawało jej się osiągnąć. To w tym momencie w zupełności mu wystarczało. Nie zamierzał próbować psuć tej chwili, racjonalizować szczęścia początkującego, bo właśnie to się liczyło. To, że była szczęśliwa. Nawet przez krótki moment.
Oderwali się od ponurego klimatu lasu, który ich tu otaczał. W jednej chwili miał wrażenie, jakby znaleźli się zupełnie gdzieś indziej. W lepszym miejscu. Może nawet w przeszłości? Albo w alternatywnej rzeczywistości? W innej linii czasowej, gdzie wszystko było zupełną przeciwnością trudnego, bolesnego losu? Nie wiedział, nie wnikał. Zamiast tego kolejny raz parsknął urywanymi śmiechem, gdy usłyszał stwierdzenie, jakie padło z ust dziewczyny. Pokręcił głową. Tym razem nie zamierzał się zgrywać, nie próbował udawać.
- Pojętne? Być może. Ponętne? Poza jednym wyjątkiem potwierdzającym regułę, mam swoje standardy. Nie. Znam się na rzeczy dzięki obszernym podstawom opanowanym przy jednym szczególnym przypadku. Bardzo trudnym - musiał jeszcze dodawać, że szczególnie łajzowatym czy to było całkiem jasne?
Wydawało mu się, że wybrzmiało naprawdę gładko. Zupełnie tak jak poszło im to rzucenie patronusa. Tym razem dwóch. Kręcących się wokół siebie przez chwilę, bo jakże miałyby tego nie robić? Oni też ku temu zmierzali. Być może usiłowali utrzymywać dystans, ale prędzej czy później go zmniejszali.
Każdego. Cholernego. Dnia. Chwila po chwili. Moment za momentem. Spędzili ze sobą cztery dni. Cztery praktycznie pełne dni, nie licząc kilku godzin ostatniego dnia sierpnia i tych kilkunastu, które pozostały im do czwartego września. W umyśle Roisa nie miało to aż takiego znaczenia, bo mieli przecież zostać tuż obok siebie jeszcze przez następne...
...cholera wiedziała, ile dni, bo sobie tego nie mówili. Łajza i osioł, tak? Skunks i wydra? W tym momencie żartował z bycia jej złym omenem. Teraz podchodził do tego znacznie lżej niż jeszcze chwilę wcześniej, bo patrzył na jej uśmiech. Spoglądał na nią, wywracając oczami i kręcąc głową.
- Zdecydowanie to miałaś na myśli. Kraczę jak wrona - stwierdził, jednocześnie posyłając jej jednoznacznie spojrzenie: i co?
Rzuciła patronusa. Trzeciego z rzędu, kolejnego niemalże idealnego widmowego skunksa. Tak wyjątkowego, że naprawdę śmiał wątpić w to, czy nie próbowała go podpuszczać. Oszustwo może było zbyt ciężkim słowem, ale za to podpuszczanie? Ono już do niej pasowało. Geraldine zdecydowanie lubiła sobie z nim pogrywać.
- Udowodnij - odparł, jednocześnie nie do końca wiedząc jak miałaby to zrobić.
Rzucając jeszcze jednego patronusa? Tym razem na innej podstawie? Chyba tak. Nie wiedział, czy za każdym razem wybierała to samo wspomnienie, ale znając ją twierdził, że tak. Zwycięskiej formuły się nie zmieniało, czyż nie? Otóż nie tym razem.
- Inne wspomnienie - nie miał żadnych oporów, aby jej to zlecić.
W końcu mieli się tu uczyć, czyż nie? Najwidoczniej każda ich nauka kończyła się pocałunkami, nawet tymi przelotnymi, choć nie mniej słodkimi. Oderwał się od jej ust, jednocześnie posyłając Rinie całkiem ciepłe spojrzenie.
- Jest Panienka niezmiernie łaskawa, Panno Yaxley - odparł, cały czas utrzymując wzrok na jej oczach.
Twarz przy twarzy, nos niemalże stykający się z nosem, oddech zmieszany z oddechem. Gdyby zbliżył się jeszcze o kilka centymetrów, mógłby ponownie zagarniać wargi Geraldine w pocałunku. Nie brakowało mu wiele, by to zrobić. Szczególnie teraz, gdy wpatrywał się w błękit jej błyszczących tęczówek. Światło patronusa, nawet jasne i błyszczące, nijak nie miało się do tego blasku.
Brakowało mu jej. Ich wspólnych chwil, nawet tych raczej bardzo opornie idących lekcji, o których teraz tak pokrętnie wspomniała. Wszystkich błogich poranków, gdy plątali się w miękkiej, ciepłej pościeli. Wieczornego wsuwania się między chłodne prześcieradło a jeszcze zimniejszą kołdrę. Momentów, gdy spychał ją ze swojej poduszki lub wręcz przeciwnie - kiedy przyciągał dziewczynę ku sobie, oplatając ją ramionami i przygniatając nogą, żeby mu się nie wyślizgnęła.
Tych chwil spędzonych w lasach, bo tych też wbrew pozorom było całkiem dużo. Więcej niż Ambroise kiedykolwiek by założył, bo choć wiedział, że i pod tym względem niemalże idealnie się ze sobą zgrywali, nigdy nie przewidziałby, ile czasu spędzą szwendając się wspólnie po bliższych i dalszych okolicach. W głuszy czy całkiem blisko ludzkich siedzib.
Wszystko zaczęło się w tamtym dworku, chociaż czy aby na pewno? Nie chciał o tym myśleć ani tym bardziej mówić, lecz chodziło o wcześniejszy moment. Znacznie wcześniejszy, bo zimą, gdy zakopali Rosiera w głębi naprawdę dzikiego, bardzo odległego lasu, choć...
...czy to nie było jeszcze wcześniej? Zmarszczył brwi, starając się przypomnieć sobie coś, co przeleciało mu teraz przez głowę. Tę jedną naprawdę przypadkową myśl, trudne do zidentyfikowania wspomnienie. Właściwie to jego wątły cień. Coś, co mogło, ale nie musiało być prawdziwe.
- Łaziłaś kiedyś po drzewach w Zakazanym Lesie? - Spytał, choć chyba znał odpowiedź.
W dalszym ciągu spoglądał w oczy Geraldine. Błękitne jak dwa jeziora. Błyszczące jak słońce odbijające się w falach, gdy siedzieli na plaży.
Ich plaży. Wtedy jeszcze była ich, bo Rina była jego a on był jej. Świat był dużo prostszy niż w tej chwili. Podejmowanie decyzji nie przychodziło mu w żaden oporny sposób. Wręcz przeciwnie. Być może sprawiała to nostalgia, patrzenie przez pryzmat minionego czasu, koloryzowanie utraconych chwil, ale Greengrassowi naprawdę wydawało się, że to były najlepsze lata ich życia.
A teraz odeszły bezpowrotnie. I mimo tego, że miał ochotę wyciągnąć wolną dłoń ku policzkowi dziewczyny stojącej tuż obok niego, powstrzymał się przed tym. Nie chciał jeszcze bardziej utrudniać im życia, nawet jeśli to jeszcze był ten moment. Chwila światła w niemalże nieprzeniknionym mroku Lasu Wisielców.
- Nowe wspomnienie. Zapasowe - polecił, nie zamierzając jej tego odpuścić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down