24.01.2025, 02:10 ✶
Jego kroki były powolne, nawet jeśli stawiał je raz za razem. Nieuchronnie zbliżał się ku samotnej sylwetce stojącej u brzegu na plaży, pozwalając wiatrowi szarpać jego płaszczem, plącząc mu włosy i zawierając piaskiem w oczy. Czyż to nie było metaforyczne?
Aż wreszcie stanął w miejscu. Pół metra, może niespełna metr od milczącego mężczyzny, który ani na chwilę nie zwrócił ku niemu wzroku. Nie powitał go tak samo jak Ambroise nie wyciągnął ku niemu dłoni. Byli przyjaciółmi, niemal braćmi, ale teraz?
Nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Słowa nigdy nie przychodziły mu z tak wielkim trudem jak w tych naprawdę istotnych momentach, kiedy to potrzebował, by samoistnie płynęły z jego ust. Nie miewał problemu z błahymi odżywkami. Z błyszczeniem w sztucznie wykreowanych sytuacjach towarzyskich. Z brylowaniem na salonach, gdzie nie musiał pokazywać swojej prawdziwej twarzy, gdzie mógł z łatwością wejść w wyuczoną rolę, traktując swoje wypowiedzi niczym wyuczony skrypt, nie zaś szczerą prawdę.
Bowiem w ich środowisku mało kto potrzebował zupełnej szczerości, czyż nie? Szczególnie w miejscach, w których liczyło się głównie utrzymanie pozorów, pokazanie siebie i swoich bliskich od najlepszej strony. Nawet jeśli był to wyłącznie sztucznie wykreowany obraz czy powszechnie przyjęta narracja.
Ambroise nie miał z tym problemu. Wychowując się w takim a nie innym środowisku już jako chłopiec przyswoił reguły gry. Znał je. Mógł powiedzieć, że niemalże na wylot, bo były one czymś, czego nie zmieniła obecnie rozpętująca się wojna. Tą jedną rzeczą pozostającą niemalże dokładnie taką samą od wielu pokoleń. Zresztą nie można było się temu dziwić, prawda?
Zwłaszcza teraz, gdy świat dookoła zaczynał dymić i płonąć, sprawianie pozorów było sztuką radzenia sobie z coraz bardziej brutalną rzeczywistością. Tyle tylko, że w tym momencie czuł, że nie umie ponownie podjąć tej gry. Założyć maski, otworzyć ust, wydobyć z nich dźwięku, jakiegokolwiek pustego słowa, które byłoby w stanie przerwać panującą między nimi ciszę.
Wiedział, że Cornelius go dostrzegał. Zdawał sobie sprawę z tego, że przyjaciel był świadomy jego obecności. Co z tego? Milczeli. Wsłuchani w szum morza. W odgłos fal uderzających o nabrzeże. Stali na chłodnym piasku tuż przy linii wody tak lodowatej jak atmosfera panująca pomiędzy nimi.
Kiedy tak bardzo się od siebie oddalili? Kiedy to wszystko, co było dla niego istotne, momentami ważniejsze od czegokolwiek innego, co miało dla niego znacznie... ...w tamtych minionych ostatnich momentach pozornej walki o normalność, ważniejszych od niego samego... ...kiedy to zniknęło? Przepadło zatracone gdzieś w odmętach przejmującej ciszy i wiatru przejmującego do szpiku kości, który rozwiewał resztki nadziei?
Cornelius milczał. Nie patrzył w jego kierunku. Miał ku temu prawo. Ambroise tego nie kwestionował. W ostatnim czasie nie potrafił dalej ukrywać przed sobą tego, co się stało. Zawiódł, zawodził, miał zawodzić. Raz za razem. Raz po raz. Wszystko, na czym mu zależało rozwiało się w podmuchach. Jak piasek przesypujący mu się między palcami.
A on nie potrafił otworzyć ust. Wyciągnąć ręki, by dotknąć ramienia kogoś, kto był przy nim przez ponad dwadzieścia lat. Na dobre i na złe, na gorsze i najgorsze, na najlepsze brzmiało tak samo jak to drugie kłamstwo, które przez lata wypowiadał w kierunku innej osoby. Do usranej śmierci.
Tyle tylko, że to drugie uporczywie nie chciało nadejść. Podejmował głupie, pochopne decyzje. Miotał się między złym i najgorszym a usrana śmierć nie chciała nadejść. Szczególnie teraz, gdy nie miał już nic do stracenia. Omijała go raz za razem. Uderzała w innych. W ludzi dookoła niego, nie patrząc na to, czy na to zasługiwali.
On zaś trwał. Nie jak opoka. Nie jak kamienny posąg. Bardziej niczym drzewo targane wiatrem. Trzymające się w miejscu mimo połamanych gałęzi i wydartych korzeni. Nie rozumiał tego. Nie potrafił pojąć kolei losu prowadzących go ku tej chwili.
Tych samych, które dały mu tak wiele wyłącznie po to, żeby mu to odebrać. Żeby zawiesić go w ciszy między dwoma światami, sprawiając, że ta chwila, choć realna, wydawała się nie istnieć.
Wiatr szarpał ich płaszczami. Rozwiewał jego przydługie włosy, ogarniał ciało przejmująco zimnym dreszczem. Podobnym do tego wewnątrz, który sprawiał, że Ambroise milczał. Bo co miałby powiedzieć? Nie było słów, które cokolwiek by zmieniły. Zawiódł i miał zawodzić...
Aż wreszcie stanął w miejscu. Pół metra, może niespełna metr od milczącego mężczyzny, który ani na chwilę nie zwrócił ku niemu wzroku. Nie powitał go tak samo jak Ambroise nie wyciągnął ku niemu dłoni. Byli przyjaciółmi, niemal braćmi, ale teraz?
Nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Słowa nigdy nie przychodziły mu z tak wielkim trudem jak w tych naprawdę istotnych momentach, kiedy to potrzebował, by samoistnie płynęły z jego ust. Nie miewał problemu z błahymi odżywkami. Z błyszczeniem w sztucznie wykreowanych sytuacjach towarzyskich. Z brylowaniem na salonach, gdzie nie musiał pokazywać swojej prawdziwej twarzy, gdzie mógł z łatwością wejść w wyuczoną rolę, traktując swoje wypowiedzi niczym wyuczony skrypt, nie zaś szczerą prawdę.
Bowiem w ich środowisku mało kto potrzebował zupełnej szczerości, czyż nie? Szczególnie w miejscach, w których liczyło się głównie utrzymanie pozorów, pokazanie siebie i swoich bliskich od najlepszej strony. Nawet jeśli był to wyłącznie sztucznie wykreowany obraz czy powszechnie przyjęta narracja.
Ambroise nie miał z tym problemu. Wychowując się w takim a nie innym środowisku już jako chłopiec przyswoił reguły gry. Znał je. Mógł powiedzieć, że niemalże na wylot, bo były one czymś, czego nie zmieniła obecnie rozpętująca się wojna. Tą jedną rzeczą pozostającą niemalże dokładnie taką samą od wielu pokoleń. Zresztą nie można było się temu dziwić, prawda?
Zwłaszcza teraz, gdy świat dookoła zaczynał dymić i płonąć, sprawianie pozorów było sztuką radzenia sobie z coraz bardziej brutalną rzeczywistością. Tyle tylko, że w tym momencie czuł, że nie umie ponownie podjąć tej gry. Założyć maski, otworzyć ust, wydobyć z nich dźwięku, jakiegokolwiek pustego słowa, które byłoby w stanie przerwać panującą między nimi ciszę.
Wiedział, że Cornelius go dostrzegał. Zdawał sobie sprawę z tego, że przyjaciel był świadomy jego obecności. Co z tego? Milczeli. Wsłuchani w szum morza. W odgłos fal uderzających o nabrzeże. Stali na chłodnym piasku tuż przy linii wody tak lodowatej jak atmosfera panująca pomiędzy nimi.
Kiedy tak bardzo się od siebie oddalili? Kiedy to wszystko, co było dla niego istotne, momentami ważniejsze od czegokolwiek innego, co miało dla niego znacznie... ...w tamtych minionych ostatnich momentach pozornej walki o normalność, ważniejszych od niego samego... ...kiedy to zniknęło? Przepadło zatracone gdzieś w odmętach przejmującej ciszy i wiatru przejmującego do szpiku kości, który rozwiewał resztki nadziei?
Cornelius milczał. Nie patrzył w jego kierunku. Miał ku temu prawo. Ambroise tego nie kwestionował. W ostatnim czasie nie potrafił dalej ukrywać przed sobą tego, co się stało. Zawiódł, zawodził, miał zawodzić. Raz za razem. Raz po raz. Wszystko, na czym mu zależało rozwiało się w podmuchach. Jak piasek przesypujący mu się między palcami.
A on nie potrafił otworzyć ust. Wyciągnąć ręki, by dotknąć ramienia kogoś, kto był przy nim przez ponad dwadzieścia lat. Na dobre i na złe, na gorsze i najgorsze, na najlepsze brzmiało tak samo jak to drugie kłamstwo, które przez lata wypowiadał w kierunku innej osoby. Do usranej śmierci.
Tyle tylko, że to drugie uporczywie nie chciało nadejść. Podejmował głupie, pochopne decyzje. Miotał się między złym i najgorszym a usrana śmierć nie chciała nadejść. Szczególnie teraz, gdy nie miał już nic do stracenia. Omijała go raz za razem. Uderzała w innych. W ludzi dookoła niego, nie patrząc na to, czy na to zasługiwali.
On zaś trwał. Nie jak opoka. Nie jak kamienny posąg. Bardziej niczym drzewo targane wiatrem. Trzymające się w miejscu mimo połamanych gałęzi i wydartych korzeni. Nie rozumiał tego. Nie potrafił pojąć kolei losu prowadzących go ku tej chwili.
Tych samych, które dały mu tak wiele wyłącznie po to, żeby mu to odebrać. Żeby zawiesić go w ciszy między dwoma światami, sprawiając, że ta chwila, choć realna, wydawała się nie istnieć.
Wiatr szarpał ich płaszczami. Rozwiewał jego przydługie włosy, ogarniał ciało przejmująco zimnym dreszczem. Podobnym do tego wewnątrz, który sprawiał, że Ambroise milczał. Bo co miałby powiedzieć? Nie było słów, które cokolwiek by zmieniły. Zawiódł i miał zawodzić...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down