24.01.2025, 07:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.01.2025, 07:35 przez Bertie Bott.)
Patronus.
To była wręcz oczywista odpowiedź, ale tak samo jak wstrzeliła się z miejsca w głowę Millie, tak Bertie był zbyt skołowany tym co działo się dookoła, by zareagować w ten sam sposób. Nie był przede wszystkim brygadzistą, a już tym bardziej aurorem - no bo chyba przede wszystkim osoby walczące ze złymi ludźmi posługiwały się tego typu magią? Nie wspominając już o tym, ze aby wyczarować patronusa, należało zaczerpnąć z własnej energii życiowej, a to z kolei było zakazane przez Ministerstwo. Mężczyzna więc nie miał nigdy jak nauczyć się tej sztuki. Kiedyś, kiedy jeszcze chodził do szkoły, nauczycielka wróżbiarstwa kazała im się skomunikować ze swoimi totemicznymi zwierzętami, cokolwiek to znaczyło, i tylko dzięki temu wiedział, że gdyby miał szukać breloczka ze zwierzątkiem, to powinien wybrać byka. Bardzo go ta rewelacja wtedy ucieszyła, nawet jeśli zaraz za nią szedł komunikat, że nie miał za grosz talentu do wróżbiarstwa, bo po pierwsze był zodiakalnym bykiem, a po drugie bardzo lubił bydło. Dzięki swoim krowom miał mleko i sery.
Bott jak na komendę spojrzał w kierunku Blacka, obdarzając go wymownym spojrzeniem zatytułowanym - no przecież nie będzie tego sprawdzać na własna rękę. Mógłby zaraz po tym powiedzieć jeszcze, że on już tego dopilnuje, ale nie zamierzał się oszukiwać i doskonale wiedział, ze Millie zrobi dokładnie to, co uważa za stosowne, nie ważne co się jej do głowy nawkłada, albo zasugeruje. Była trochę jak kappa, taki japoński demon co go Bertie poznał przez książki; miała głowę jak miskę, tylko u niej to działało tak, ze jak się pochylała to wszystko co właśnie do niej zostało włożone zaraz wylewało na tego, co próbował to zrobić. Całe szczęście, że od tego nie umierała jak wspomniane stworzenie.
Bertie powstrzymał się, żeby grzecznie Moody przypomnieć, że to co właśnie mówiła to było nielegalne. Wierzył w Ministerstwo, bo pracował tam Alastor a do nie dawno i Millie. Pracowali tam Longbottomowie, ale prawda była taka, że prawo było prawem i gdyby ktoś się przyznał do używania takiego zaklęcia, nawet w obronie własnej, to zostałby zamknięty, albo przynajmniej porządnie przesłuchany. Pytanie tylko co z osobami, które takie przeciwdziałania na widma rozpowszechniały.
Spojrzał na Millie i uśmiechnął się do niej ciepło, kiedy poczuł jak oplotła swoje dłonie dookoła jego potężnego bicepsa ramienia. Położył dłoń na jej własnej, krótko ją jeszcze klepiąc, w jakimś zapewniającym geście.
- Oczywiście, że tak. Jeśli chcesz, to mogę ci nawet i całą wannę takiego budyniu zrobić - pogładził ją jeszcze po głowie i pożegnawszy się z doktorem Blackiem, a także ze staruszką z którą przyszło im rozmawiać przed chwilą, udał się z Millie do domu. I oczywiście, pierwsze co zrobił po powrocie, to zabrał się za trzepanie budyniu.
To była wręcz oczywista odpowiedź, ale tak samo jak wstrzeliła się z miejsca w głowę Millie, tak Bertie był zbyt skołowany tym co działo się dookoła, by zareagować w ten sam sposób. Nie był przede wszystkim brygadzistą, a już tym bardziej aurorem - no bo chyba przede wszystkim osoby walczące ze złymi ludźmi posługiwały się tego typu magią? Nie wspominając już o tym, ze aby wyczarować patronusa, należało zaczerpnąć z własnej energii życiowej, a to z kolei było zakazane przez Ministerstwo. Mężczyzna więc nie miał nigdy jak nauczyć się tej sztuki. Kiedyś, kiedy jeszcze chodził do szkoły, nauczycielka wróżbiarstwa kazała im się skomunikować ze swoimi totemicznymi zwierzętami, cokolwiek to znaczyło, i tylko dzięki temu wiedział, że gdyby miał szukać breloczka ze zwierzątkiem, to powinien wybrać byka. Bardzo go ta rewelacja wtedy ucieszyła, nawet jeśli zaraz za nią szedł komunikat, że nie miał za grosz talentu do wróżbiarstwa, bo po pierwsze był zodiakalnym bykiem, a po drugie bardzo lubił bydło. Dzięki swoim krowom miał mleko i sery.
Bott jak na komendę spojrzał w kierunku Blacka, obdarzając go wymownym spojrzeniem zatytułowanym - no przecież nie będzie tego sprawdzać na własna rękę. Mógłby zaraz po tym powiedzieć jeszcze, że on już tego dopilnuje, ale nie zamierzał się oszukiwać i doskonale wiedział, ze Millie zrobi dokładnie to, co uważa za stosowne, nie ważne co się jej do głowy nawkłada, albo zasugeruje. Była trochę jak kappa, taki japoński demon co go Bertie poznał przez książki; miała głowę jak miskę, tylko u niej to działało tak, ze jak się pochylała to wszystko co właśnie do niej zostało włożone zaraz wylewało na tego, co próbował to zrobić. Całe szczęście, że od tego nie umierała jak wspomniane stworzenie.
Bertie powstrzymał się, żeby grzecznie Moody przypomnieć, że to co właśnie mówiła to było nielegalne. Wierzył w Ministerstwo, bo pracował tam Alastor a do nie dawno i Millie. Pracowali tam Longbottomowie, ale prawda była taka, że prawo było prawem i gdyby ktoś się przyznał do używania takiego zaklęcia, nawet w obronie własnej, to zostałby zamknięty, albo przynajmniej porządnie przesłuchany. Pytanie tylko co z osobami, które takie przeciwdziałania na widma rozpowszechniały.
Spojrzał na Millie i uśmiechnął się do niej ciepło, kiedy poczuł jak oplotła swoje dłonie dookoła jego potężnego bicepsa ramienia. Położył dłoń na jej własnej, krótko ją jeszcze klepiąc, w jakimś zapewniającym geście.
- Oczywiście, że tak. Jeśli chcesz, to mogę ci nawet i całą wannę takiego budyniu zrobić - pogładził ją jeszcze po głowie i pożegnawszy się z doktorem Blackiem, a także ze staruszką z którą przyszło im rozmawiać przed chwilą, udał się z Millie do domu. I oczywiście, pierwsze co zrobił po powrocie, to zabrał się za trzepanie budyniu.
Koniec sesji