24.01.2025, 07:52 ✶
- Asystent. Znaczy nie mój. Mojego papy - odpowiedziała sucho, chociaż kusiło ją żeby powiedzieć to, co Scarlett zasugerowała jako ostatnie. Bo Peregrinus był czymś zupełnie innym. Czymś więcej, niż zwykłym asystentem, a Lyssa widziała powoli narastającą zażyłość i przywiązanie między nim, a Vakelem, kiedy religijnie wręcz sprawdzała nici otaczających ją ludzi, chcąc dzięki nim lepiej wpasować się w Londyńską układankę relacji. Ale tak, dla innych ludzi, tych którzy patrzyli z zewnątrz, tyle wystarczało. Oficjalne stanowisko Trelawneya, widniejące w umowie o pracę.
- We Francji było podobnie. Było głośno, ruchliwie, trochę męcząco - szczególnie dla niej i czasem miała wrażenie, że tylko dla niej. - Ale nie narzekałam jakoś specjalnie. Czuło się wtedy, że są przyjaciele. Moja mama ma pełno przyjaciółek, trochę rodziny we Francji, więc święta to było takie bieganie po domach, plotkowanie, dawanie prezentów. Wigilię Yule spędzałyśmy same. Jadłyśmy obiad i dawałyśmy sobie prezenty, a potem grałyśmy w karty przy filmach. Mam wrażenie, że są one bardziej popularne za granicą, bo tutaj odniosłam wrażenie, że przede wszystkim teatry. Nie narzekam, ale ciężko oglądać spektakle w zaciszu domu. To jest pierwszy rok, kiedy spędzam u papy i w sumie nie wiem czego się spodziewać. Czy będziemy u rodziny jego żony, czy może posiedzimy w Prawach Czasu w kameralnym gronie? - mówiła miękko, delikatnym głosem snując swoją opowieść i nawet jeśli w środku czuła uścisk niepewności i odrobinę strachu przed nieznanym, to ani na moment nie zawahała się i nie pokazała kuzynce, że coś było nie tak. W tym akurat była mistrzynią - w udawaniu.
- Mało kiedy słyszę kogoś, kto mówi o tym w tak trafny sposób - uśmiechnęła się kpiąco, zerkając na Mulciber z rozbawieniem. Ładnie to ujęła, chociaż Lyssa, ta Lyssa - uwięziona na Angielskiej ziemi i chcąca wypaść jak najlepiej w narzuconej sobie roli, nigdy by tego tak nie nazwała. Ale Lyssa biegająca jeszcze parę miesięcy temu z koleżankami po szkolnych korytarzach? Ona mówiła rzeczy często o wiele gorsze, bardziej obcesowe i zawsze zapakowane w uroczy, różowy papierek. Człowiek czuł, że jest obrażany, ale w taki sposób że inni widzieli w tym same komplementy.
- Po co mi przejezdny. Nigdy nie miałam aspiracji do jeżdżenia po świecie, a z mężczyznami tak jest, że kiedy włóczą się dookoła ziemi i znajdą idealną kobietę - a ona taką przecież była. - To marzy im się spokojny dom w miejscu, który to dla nich uosabia. Myślą o maminych obiadach, które nie mają w sobie za grosz smaku i dziesięć ton nostalgii - wydęła usta w zniesmaczonym grymasie, powstrzymując się od epitetów o marzeniu o powrotu do maminego cycka.
- Oh, jest to całkiem przyjemny pomysł. Na ten moment jest ciepło, ale myślę że do momentu aż nam się to uda, to zdążymy trochę zmarznąć.
- We Francji było podobnie. Było głośno, ruchliwie, trochę męcząco - szczególnie dla niej i czasem miała wrażenie, że tylko dla niej. - Ale nie narzekałam jakoś specjalnie. Czuło się wtedy, że są przyjaciele. Moja mama ma pełno przyjaciółek, trochę rodziny we Francji, więc święta to było takie bieganie po domach, plotkowanie, dawanie prezentów. Wigilię Yule spędzałyśmy same. Jadłyśmy obiad i dawałyśmy sobie prezenty, a potem grałyśmy w karty przy filmach. Mam wrażenie, że są one bardziej popularne za granicą, bo tutaj odniosłam wrażenie, że przede wszystkim teatry. Nie narzekam, ale ciężko oglądać spektakle w zaciszu domu. To jest pierwszy rok, kiedy spędzam u papy i w sumie nie wiem czego się spodziewać. Czy będziemy u rodziny jego żony, czy może posiedzimy w Prawach Czasu w kameralnym gronie? - mówiła miękko, delikatnym głosem snując swoją opowieść i nawet jeśli w środku czuła uścisk niepewności i odrobinę strachu przed nieznanym, to ani na moment nie zawahała się i nie pokazała kuzynce, że coś było nie tak. W tym akurat była mistrzynią - w udawaniu.
- Mało kiedy słyszę kogoś, kto mówi o tym w tak trafny sposób - uśmiechnęła się kpiąco, zerkając na Mulciber z rozbawieniem. Ładnie to ujęła, chociaż Lyssa, ta Lyssa - uwięziona na Angielskiej ziemi i chcąca wypaść jak najlepiej w narzuconej sobie roli, nigdy by tego tak nie nazwała. Ale Lyssa biegająca jeszcze parę miesięcy temu z koleżankami po szkolnych korytarzach? Ona mówiła rzeczy często o wiele gorsze, bardziej obcesowe i zawsze zapakowane w uroczy, różowy papierek. Człowiek czuł, że jest obrażany, ale w taki sposób że inni widzieli w tym same komplementy.
- Po co mi przejezdny. Nigdy nie miałam aspiracji do jeżdżenia po świecie, a z mężczyznami tak jest, że kiedy włóczą się dookoła ziemi i znajdą idealną kobietę - a ona taką przecież była. - To marzy im się spokojny dom w miejscu, który to dla nich uosabia. Myślą o maminych obiadach, które nie mają w sobie za grosz smaku i dziesięć ton nostalgii - wydęła usta w zniesmaczonym grymasie, powstrzymując się od epitetów o marzeniu o powrotu do maminego cycka.
- Oh, jest to całkiem przyjemny pomysł. Na ten moment jest ciepło, ale myślę że do momentu aż nam się to uda, to zdążymy trochę zmarznąć.