24.01.2025, 15:43 ✶
Nie ukrywał, że w zakresie wspomnianym przez Corneliusa miał całkiem spore luki. Prawdę mówiąc wynikające z tego, że nigdy nie było mu to w żaden sposób potrzebne do szczęścia. Do nieszczęścia też nie, ale tu miał całkiem sporo okazji pozyskać wiele zbędnych, nieszczęśliwych umiejętności i talentów.
Miał wiedzę botaniczną dotyczącą roślin pochodzących z tamtych rejonów, udowodnił ją nawet nie tak dawno podczas spotkania w magazynach Ministerstwa Magii, gdzie zresztą był również w stanie rzucić zdanie bądź dwa na temat zwyczajów magicznych czy religijnych praktykowanych przez czarodziejów z rejonów Ameryki Łacińskiej, ale brujería?
Ten rodzaj mrocznej magii nigdy go nie interesował. A może powinien? Bowiem kiedy Corio przywołał to określenie, w głowie Ambroise zdecydowanie pojawiła się myśl o konieczności uzupełnienia wiedzy na ten temat. Nie bez przyczyny - od co najmniej końca czerwca coraz bardziej poważnie zastanawiał się nad zakończeniem spraw na Wyspach.
Nad zażegnaniem tyłu kryzysów, ile mógł udźwignąć na swoich barkach. Prawdopodobnie po drodze angażując się w kolejne, niekoniecznie takie, które faktycznie byłyby na jego siły, ale miał tendencję, by to robić. Zajmując się tym wszystkim, o czym teraz rozmawiali a potem składając wypowiedzenie w szpitalu i znikając, informując o tym wyłącznie najbliższe mu osoby.
I to nie wszystkie, prawda? Rozmawiał o tym z Geraldine. Wtedy na ganku czy później powiedział jej, że to mogło być najlepsze rozwiązanie ich cholernie uwikłanej, skomplikowanej sytuacji. A Meksyk? Peru? Gwatemala? Mógł spróbować znaleźć tam sobie zdjęcie. Doskonale wiedział, że nie ułożyć sobie życie, ale z dwojga złego - to zawsze była jakaś możliwość. To, że chwilowo nie poruszał tego tematu po raz kolejny wcale nie oznaczało, że przestał o tym myśleć.
- Znajdziemy ją - odpowiedział krótko, wbijając poważne spojrzenie w przyjaciela. - Zdecydowanie szybciej niż ktokolwiek z Ministerstwa - ale żaden z nich nie miał tu nawet najmniejszych wątpliwości, prawda? - Wybiorę się na Ścieżki. Powęszę i dam ci znać - nie było innej możliwości, zwłaszcza, że musieli działać szybko.
Zbyt wiele od tego zależało. Być może nie mówił Corio wszystkiego, ale to też musiało się zmienić. Tyle tylko, że nie z Geraldine siedzącą za ścianą. Nie, gdy była tak blisko, że mogłaby coś przypadkiem usłyszeć, bo wtedy...
...nie chciał dokładać jej kolejnych problemów. Ani sobie więcej konieczności wyjaśniania wkurwionej dziewczynie, czemu do cholery tak bardzo angażował się w coś, co w jej oczach nie powinno być jego sprawą. Tu także nie mieli jednorodnego zdania. Jakiejkolwiek jasności, wspólnego frontu. Tu też stali po przeciwnych stronach podejścia do problemu. Nie potrzebowali teraz o tym mówić.
Szczególnie, że był ktoś inny, kto mógł zamiast niej zaangażować się w naprawdę pojebanej sytuacji, bo już i tak siedział w tym naprawdę głęboko. Łączenie interesów Ministerstwa i pokątnych sprawek nie było dla nich pierwszyzną, nie? Wymieniali się informacjami, współpracując w takim zakresie, który zapewniał im obu korzyści. Teraz też nie było inaczej.
Musieli jednak porzucić ten temat. Przynajmniej na moment, bowiem Lestrange wciąż musiał naszkicować mu opisywany przez siebie znak. Robił to bez słowa, na co Roise również reagował milczącą aprobatą. Jednocześnie wsłuchując się w słowa Riny, które doskonale był w stanie przewidzieć nie tylko przez to, że znał już temat z jej, ich strony, lecz także znał ją. Jej podejście, przynajmniej ono nie uległo aż takiej zmianie. Nie na tej płaszczyźnie.
Nie skomentował słów Corneliusa, nie przytakując na słowa, że sprawa w istocie jest poważniejsza niż ktokolwiek sądził. W istocie był całkiem milczący, zwłaszcza jak na siebie. Nie było jednak potrzeby, aby wchodził między wyjaśnienia Yaxleyówny a wywód Lestrange'a, który zdecydowanie posiadał cholernie dużo całkiem przydatnych informacji. Nie bez powodu i zdecydowanie właściwie wybrali udanie się do niego w tej sprawie. Tak właściwie to wtrącił się jedynie w momencie, w którym padło to konkretne nazwisko.
- Mulciberowie byli wierzchołkiem góry lodowej. Tak właściwie to większość ma wyjebane na konflikt, chcą tylko robić interesy. Sami się usunęli. Natomiast Rookwoodowie? Carrowowie czy Borginowie? Tym szczególnie bym nie ufał - stwierdził powoli, jednocześnie wsłuchując się w alternatywę przedstawianą przez Lestrange'a.
Bagshotowie - wyśmienicie. O ile nie miał nic do samej rodziny, nie był także zdziwiony informacją o protekcji ze strony Ministerstwa, o tyle to jedno imię, które wypowiedziała Geraldine... ...oczy Ambroisa mimowolnie się zmrużyły a wargi wygięły w niezadowolonym grymasie.
- Israak... ...wyśmienicie - nie dodał: że masz i w dalszym ciągu podtrzymujesz tak wybitne znajomości, Rina, natomiast nawet nie próbował ukrywać pogardy.
Tak. Był cholernie zazdrosny o tego typa. Tak. W tym momencie mogłoby się wydawać, że nie miał do tego prawa, ale szczerze na to pluł. Rzeczywiście było to jedyne sensowne wyjście, jakby nie patrzeć. Innego na ten moment nie dostrzegał, no chyba że... ...niemalże otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zamknął je bez słowa, pochylając się za to ku przesuniętemu ku niemu rysunkowi.
- Northumbriański. Bez dwóch zdań - skwitował krótko, jednocześnie przenosząc wzrok z rysunku na Corneliusa, gdy ten zadał mu pytanie o czas na zajęcie się sprawą; bez wahania pokiwał głową, starając się nie spoglądać przy tym na Yaxleyównę ani nie myśleć, co to oznacza.
A znaczyło tyle, że ich wspólne dni właśnie zaczynały dobiegać końca. Czas uciekał im przez palce. Niemal całkowicie się skurczył. Wyparował. Mieli rozstać się bezpowrotnie i...
...coś ścisnęło go w piersi, gdy o tym pomyślał. Odruchowo zamknął oczy, niemalże nie zwracając uwagi na kolejne słowa Corio, zanim nie dotarł do niego ich podwójny sens. No kurwa. Nie powiedział dziewczynie o swoim londyńskim miejscu a ona zdecydowanie miała to teraz wyłapać. Był tego bardziej niż pewien. Mimo to zrobił dobrą minę do złej gry, kiwając głową.
- Mam. Podrzucę ci to jeszcze dziś, gdy tylko skończymy rozmowę - stwierdził, przenosząc wzrok na Geraldine dokładnie w tym samym momencie, kiedy pomknęło między nimi rzucone przez nią ostrze.
Nie mrugnął. Nie skrzywił się. Nie zareagował. Świst był szybki, pęd powietrza wyczuwalny, ale rzut na tyle błyskawiczny, że mężczyzna nawet nie zdążył zareagować na rozwój sytuacji.
- Już nie - musiał to powiedzieć, posyłając jej przy tym spojrzenie spod uniesionych brwi: serio?
Spojrzenie jego zielonych oczu ani na moment nie przesunęło się z tęczówek Geraldine. Nie skrzywił się ani nie zamrugał. Nie posłał jej grymasu ani uśmiechu. Po prostu patrzył prosto w twarz Yaxleyówny, będąc całkowicie świadomy tego, że choć teraz nic nie mówiła, w domu (jakim absurdalnie nieprawdziwym słowem to teraz było) mieli powrócić do tego tematu.
Wbrew wszystkiemu, nie czuł się winny, że nie powiedział jej, gdzie mieszka przez większość czasu spędzanego w Londynie poza szpitalem. Sama też nigdy go o to nie spytała. Mimo tak bliskiej odległości, może nawet trochę za bliskiej, ich ścieżki nie zbiegły się przez praktycznie półtora roku.
Nie unikali się, przynajmniej on nie robił tego w celowy sposób. Pojawił się na urodzinach Lestrange'a, mimo świadomości, że Yaxleyówna też zazwyczaj na nich bywała. W końcu zawsze przychodzili tam razem. Tymczasem mijały godziny a jej nie było. Cornelius w żaden sposób nie skomentował tego faktu. Zresztą w tamtym okresie uparcie milczał odnośnie tych tematów.
Ponownie powrócili do nich dopiero z początkiem tego roku. Mniej więcej wtedy, kiedy Greengrass kupił mieszkanie przy Horyzontalnej. Nie zrobił tego całkowicie celowo. Szukał czegoś, by stanąć na nogi po nagłej utracie jedynego miejsca w Londynie, do którego wracał po pracy bez konieczności teleportacji do Doliny, szwendania się po pokojach gościnnych u kolegów, wynajmowania pokoju w Dziurawym Kotle czy czegoś równie upokarzającego, o czym obecnie nie chciał myśleć.
Mieszkanie nad przyjacielem pojawiło się nagle. Trafiło na rynek po śmierci jego właścicielki, która to zresztą pozostawiła po sobie całkiem sporo odrobinę nawiedzonych rzeczy. Nie tyle przedmiotów osobistych, bo te zabrała jej raczej pazerna rodzinka, ale bardziej solidnych mebli czy mniej konwencjonalnych elementów wyposażenia wnętrz. Dzięki temu dostał niezłą cenę... ...i kilka tygodni zabawy, ale było warto.
Z początku był sceptycznie nastawiony. Nie chciał mieszkać tak blisko swojej przeszłości. Ilekroć przechodził obok tamtego budynku coś ściskało go w piersi. Coś, czego nie dało się załatwić w taki sposób jak kwestii dobytku po byłej lokatorce.
Te wszystkie uczucia na zawsze miały mieszkać w jego sercu. W bolącej piersi i w ociężałych ramionach. Nie mógł nic na to poradzić, więc co mu pozostało? W pewnym momencie zaczął to akceptować. Przynajmniej na swój pokrętny sposób. Rany dalej bolały, ale miał już gdzie spędzać większość londyńskich nocy.
Poza niewielkimi wyjątkami jak urodziny Fabiana, gdy potrzebował wydostać się z budynku, nie czekając na nikogo ani na nic, nawet jeśli wewnątrz tak bardzo chciał to zrobić. Zostać tam na klatce schodowej. Mniej wstawiony niż pozwoliłoby mu rzeczywiście to zrobić, zdecydować się na ten krok, rzeczywiście odczekać te kilka, kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt minut.
W jednej chwili dając się ponieść, próbując wyjaśnić to wszystko, co sprawiało, że ciskali w siebie gromami. Powiedzieć Geraldine to, co padło między nimi dopiero pół roku później. Może spróbować ją przeprosić, pocałować, zabrać na górę zamiast gwałtownie wyjść z budynku, trzaskając ciężkimi drzwiami kamienicy i tamtego wieczoru podejmując kolejne drastycznie idiotyczne decyzje.
Ale na to było za późno. Tak samo jak na czucie jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Wytrzymał intensywny napór spojrzenia błękitnych oczu, bo nie był miękki. Wiedział, na co się decyduje i zdawał sobie sprawę z tego, że być może prędzej czy później przyjdzie im się skonfrontować. Padło na później - to już było dla niego zaskoczeniem, lecz także nie wywołało u niego nawet drgnięcia powieki.
- Ależ oczywiście, że chciał - skwitował, akurat tym nie będąc specjalnie zdziwiony.
Zaskakiwało go naprawdę wiele rzeczy. Ostatnio znacznie więcej niż mógłby chcieć przyznać. Jednakże nie to. Mimo ich ostatnich kontaktów i sposobu, w jaki wtedy zachowywał się Astaroth, Ambroise nadal mu nie ufał. W dalszym ciągu miał go za niebezpiecznego i porywczego. Raczej nie do końca godnego zaufania. Nie tak łatwo ufał ludziom...
...a wampirom? No, tu już zupełnie ni chuja. Nie tak szybko. Być może nie nigdy, choć w ostatnich miesiącach powoli uczył się nigdy nie mówić nigdy. Zawsze mogło się coś wydarzyć, zawsze mogło się coś zmienić. Dotychczasowy los nauczył go, że zazwyczaj na gorsze.
Zaczął już otwierać usta, aby powiedzieć coś jeszcze, gdy uprzedziła go Geraldine. A więc się zaczęło. Roise zdecydowanie wiedział, że cokolwiek teraz mówiła, Cornelius miał spytać o szczegóły. Znacznie więcej szczegółów. Najwidoczniej nie włączyła go w całą sprawę. To jasno wybrzmiało z wyjaśnień, które im teraz wytłuszczała. Im, choć tak naprawdę to głównie Corio. Ambroise kolejny raz odwzajemnił spojrzenie Yaxleyówny, tym razem unosząc brwi i posyłając jej jednoznaczne spojrzenie:
- Nie włączyłaś go, Rina, prawda? Co do chuja? - Wybrzmiało jaśniej niż wypowiedziane na głos.
Sama akcja pozbywania się demona była jednym, ale całkowite wykluczenie Corneliusa z całej sprawy? Odkąd dowiedział się, że ta dwójka w dalszym ciągu miała bardzo bliski i aktywny kontakt, raczej sądził, że Geraldine była szczera z ich wspólnym przyjacielem.
Jasne, on sam też o tym nie rozmawiał. Nie powiedział Corio o planach na ostatni dzień sierpnia, ale tylko dlatego, że raczej spodziewał się go tam spotkać. Gdy na jego miejscu zastał Thomasa, nie pomyślał o tym zbyt wiele. Był zbyt mocno zaaferowany całą sprawą, nawet jeśli tego nie okazywał.
A teraz?
- Co do chuja, Rina, co do chuja? - Na ten moment nie włączał się z informacjami o własnym zaangażowaniu w sprawę, jeszcze nie, ale Geraldine dostatecznie bezceremonialnie go wydała; zamiast tego podjął temat Astarotha. - Może to kwestia krwi? - Zasugerował, starając się myśleć logicznie. - Wyssał jakiegoś ćpuna, wypił skażoną krew, stąd wzięła się paranoja? - Nie znał się na wampirach, ale przecież młodszy Yaxley znał swoją siostrę.
Astaroth powinien wiedzieć, że nie była w stanie go skrzywdzić. To było nie do podważenia.
Miał wiedzę botaniczną dotyczącą roślin pochodzących z tamtych rejonów, udowodnił ją nawet nie tak dawno podczas spotkania w magazynach Ministerstwa Magii, gdzie zresztą był również w stanie rzucić zdanie bądź dwa na temat zwyczajów magicznych czy religijnych praktykowanych przez czarodziejów z rejonów Ameryki Łacińskiej, ale brujería?
Ten rodzaj mrocznej magii nigdy go nie interesował. A może powinien? Bowiem kiedy Corio przywołał to określenie, w głowie Ambroise zdecydowanie pojawiła się myśl o konieczności uzupełnienia wiedzy na ten temat. Nie bez przyczyny - od co najmniej końca czerwca coraz bardziej poważnie zastanawiał się nad zakończeniem spraw na Wyspach.
Nad zażegnaniem tyłu kryzysów, ile mógł udźwignąć na swoich barkach. Prawdopodobnie po drodze angażując się w kolejne, niekoniecznie takie, które faktycznie byłyby na jego siły, ale miał tendencję, by to robić. Zajmując się tym wszystkim, o czym teraz rozmawiali a potem składając wypowiedzenie w szpitalu i znikając, informując o tym wyłącznie najbliższe mu osoby.
I to nie wszystkie, prawda? Rozmawiał o tym z Geraldine. Wtedy na ganku czy później powiedział jej, że to mogło być najlepsze rozwiązanie ich cholernie uwikłanej, skomplikowanej sytuacji. A Meksyk? Peru? Gwatemala? Mógł spróbować znaleźć tam sobie zdjęcie. Doskonale wiedział, że nie ułożyć sobie życie, ale z dwojga złego - to zawsze była jakaś możliwość. To, że chwilowo nie poruszał tego tematu po raz kolejny wcale nie oznaczało, że przestał o tym myśleć.
- Znajdziemy ją - odpowiedział krótko, wbijając poważne spojrzenie w przyjaciela. - Zdecydowanie szybciej niż ktokolwiek z Ministerstwa - ale żaden z nich nie miał tu nawet najmniejszych wątpliwości, prawda? - Wybiorę się na Ścieżki. Powęszę i dam ci znać - nie było innej możliwości, zwłaszcza, że musieli działać szybko.
Zbyt wiele od tego zależało. Być może nie mówił Corio wszystkiego, ale to też musiało się zmienić. Tyle tylko, że nie z Geraldine siedzącą za ścianą. Nie, gdy była tak blisko, że mogłaby coś przypadkiem usłyszeć, bo wtedy...
...nie chciał dokładać jej kolejnych problemów. Ani sobie więcej konieczności wyjaśniania wkurwionej dziewczynie, czemu do cholery tak bardzo angażował się w coś, co w jej oczach nie powinno być jego sprawą. Tu także nie mieli jednorodnego zdania. Jakiejkolwiek jasności, wspólnego frontu. Tu też stali po przeciwnych stronach podejścia do problemu. Nie potrzebowali teraz o tym mówić.
Szczególnie, że był ktoś inny, kto mógł zamiast niej zaangażować się w naprawdę pojebanej sytuacji, bo już i tak siedział w tym naprawdę głęboko. Łączenie interesów Ministerstwa i pokątnych sprawek nie było dla nich pierwszyzną, nie? Wymieniali się informacjami, współpracując w takim zakresie, który zapewniał im obu korzyści. Teraz też nie było inaczej.
Musieli jednak porzucić ten temat. Przynajmniej na moment, bowiem Lestrange wciąż musiał naszkicować mu opisywany przez siebie znak. Robił to bez słowa, na co Roise również reagował milczącą aprobatą. Jednocześnie wsłuchując się w słowa Riny, które doskonale był w stanie przewidzieć nie tylko przez to, że znał już temat z jej, ich strony, lecz także znał ją. Jej podejście, przynajmniej ono nie uległo aż takiej zmianie. Nie na tej płaszczyźnie.
Nie skomentował słów Corneliusa, nie przytakując na słowa, że sprawa w istocie jest poważniejsza niż ktokolwiek sądził. W istocie był całkiem milczący, zwłaszcza jak na siebie. Nie było jednak potrzeby, aby wchodził między wyjaśnienia Yaxleyówny a wywód Lestrange'a, który zdecydowanie posiadał cholernie dużo całkiem przydatnych informacji. Nie bez powodu i zdecydowanie właściwie wybrali udanie się do niego w tej sprawie. Tak właściwie to wtrącił się jedynie w momencie, w którym padło to konkretne nazwisko.
- Mulciberowie byli wierzchołkiem góry lodowej. Tak właściwie to większość ma wyjebane na konflikt, chcą tylko robić interesy. Sami się usunęli. Natomiast Rookwoodowie? Carrowowie czy Borginowie? Tym szczególnie bym nie ufał - stwierdził powoli, jednocześnie wsłuchując się w alternatywę przedstawianą przez Lestrange'a.
Bagshotowie - wyśmienicie. O ile nie miał nic do samej rodziny, nie był także zdziwiony informacją o protekcji ze strony Ministerstwa, o tyle to jedno imię, które wypowiedziała Geraldine... ...oczy Ambroisa mimowolnie się zmrużyły a wargi wygięły w niezadowolonym grymasie.
- Israak... ...wyśmienicie - nie dodał: że masz i w dalszym ciągu podtrzymujesz tak wybitne znajomości, Rina, natomiast nawet nie próbował ukrywać pogardy.
Tak. Był cholernie zazdrosny o tego typa. Tak. W tym momencie mogłoby się wydawać, że nie miał do tego prawa, ale szczerze na to pluł. Rzeczywiście było to jedyne sensowne wyjście, jakby nie patrzeć. Innego na ten moment nie dostrzegał, no chyba że... ...niemalże otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zamknął je bez słowa, pochylając się za to ku przesuniętemu ku niemu rysunkowi.
- Northumbriański. Bez dwóch zdań - skwitował krótko, jednocześnie przenosząc wzrok z rysunku na Corneliusa, gdy ten zadał mu pytanie o czas na zajęcie się sprawą; bez wahania pokiwał głową, starając się nie spoglądać przy tym na Yaxleyównę ani nie myśleć, co to oznacza.
A znaczyło tyle, że ich wspólne dni właśnie zaczynały dobiegać końca. Czas uciekał im przez palce. Niemal całkowicie się skurczył. Wyparował. Mieli rozstać się bezpowrotnie i...
...coś ścisnęło go w piersi, gdy o tym pomyślał. Odruchowo zamknął oczy, niemalże nie zwracając uwagi na kolejne słowa Corio, zanim nie dotarł do niego ich podwójny sens. No kurwa. Nie powiedział dziewczynie o swoim londyńskim miejscu a ona zdecydowanie miała to teraz wyłapać. Był tego bardziej niż pewien. Mimo to zrobił dobrą minę do złej gry, kiwając głową.
- Mam. Podrzucę ci to jeszcze dziś, gdy tylko skończymy rozmowę - stwierdził, przenosząc wzrok na Geraldine dokładnie w tym samym momencie, kiedy pomknęło między nimi rzucone przez nią ostrze.
Nie mrugnął. Nie skrzywił się. Nie zareagował. Świst był szybki, pęd powietrza wyczuwalny, ale rzut na tyle błyskawiczny, że mężczyzna nawet nie zdążył zareagować na rozwój sytuacji.
- Już nie - musiał to powiedzieć, posyłając jej przy tym spojrzenie spod uniesionych brwi: serio?
Spojrzenie jego zielonych oczu ani na moment nie przesunęło się z tęczówek Geraldine. Nie skrzywił się ani nie zamrugał. Nie posłał jej grymasu ani uśmiechu. Po prostu patrzył prosto w twarz Yaxleyówny, będąc całkowicie świadomy tego, że choć teraz nic nie mówiła, w domu (jakim absurdalnie nieprawdziwym słowem to teraz było) mieli powrócić do tego tematu.
Wbrew wszystkiemu, nie czuł się winny, że nie powiedział jej, gdzie mieszka przez większość czasu spędzanego w Londynie poza szpitalem. Sama też nigdy go o to nie spytała. Mimo tak bliskiej odległości, może nawet trochę za bliskiej, ich ścieżki nie zbiegły się przez praktycznie półtora roku.
Nie unikali się, przynajmniej on nie robił tego w celowy sposób. Pojawił się na urodzinach Lestrange'a, mimo świadomości, że Yaxleyówna też zazwyczaj na nich bywała. W końcu zawsze przychodzili tam razem. Tymczasem mijały godziny a jej nie było. Cornelius w żaden sposób nie skomentował tego faktu. Zresztą w tamtym okresie uparcie milczał odnośnie tych tematów.
Ponownie powrócili do nich dopiero z początkiem tego roku. Mniej więcej wtedy, kiedy Greengrass kupił mieszkanie przy Horyzontalnej. Nie zrobił tego całkowicie celowo. Szukał czegoś, by stanąć na nogi po nagłej utracie jedynego miejsca w Londynie, do którego wracał po pracy bez konieczności teleportacji do Doliny, szwendania się po pokojach gościnnych u kolegów, wynajmowania pokoju w Dziurawym Kotle czy czegoś równie upokarzającego, o czym obecnie nie chciał myśleć.
Mieszkanie nad przyjacielem pojawiło się nagle. Trafiło na rynek po śmierci jego właścicielki, która to zresztą pozostawiła po sobie całkiem sporo odrobinę nawiedzonych rzeczy. Nie tyle przedmiotów osobistych, bo te zabrała jej raczej pazerna rodzinka, ale bardziej solidnych mebli czy mniej konwencjonalnych elementów wyposażenia wnętrz. Dzięki temu dostał niezłą cenę... ...i kilka tygodni zabawy, ale było warto.
Z początku był sceptycznie nastawiony. Nie chciał mieszkać tak blisko swojej przeszłości. Ilekroć przechodził obok tamtego budynku coś ściskało go w piersi. Coś, czego nie dało się załatwić w taki sposób jak kwestii dobytku po byłej lokatorce.
Te wszystkie uczucia na zawsze miały mieszkać w jego sercu. W bolącej piersi i w ociężałych ramionach. Nie mógł nic na to poradzić, więc co mu pozostało? W pewnym momencie zaczął to akceptować. Przynajmniej na swój pokrętny sposób. Rany dalej bolały, ale miał już gdzie spędzać większość londyńskich nocy.
Poza niewielkimi wyjątkami jak urodziny Fabiana, gdy potrzebował wydostać się z budynku, nie czekając na nikogo ani na nic, nawet jeśli wewnątrz tak bardzo chciał to zrobić. Zostać tam na klatce schodowej. Mniej wstawiony niż pozwoliłoby mu rzeczywiście to zrobić, zdecydować się na ten krok, rzeczywiście odczekać te kilka, kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt minut.
W jednej chwili dając się ponieść, próbując wyjaśnić to wszystko, co sprawiało, że ciskali w siebie gromami. Powiedzieć Geraldine to, co padło między nimi dopiero pół roku później. Może spróbować ją przeprosić, pocałować, zabrać na górę zamiast gwałtownie wyjść z budynku, trzaskając ciężkimi drzwiami kamienicy i tamtego wieczoru podejmując kolejne drastycznie idiotyczne decyzje.
Ale na to było za późno. Tak samo jak na czucie jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Wytrzymał intensywny napór spojrzenia błękitnych oczu, bo nie był miękki. Wiedział, na co się decyduje i zdawał sobie sprawę z tego, że być może prędzej czy później przyjdzie im się skonfrontować. Padło na później - to już było dla niego zaskoczeniem, lecz także nie wywołało u niego nawet drgnięcia powieki.
- Ależ oczywiście, że chciał - skwitował, akurat tym nie będąc specjalnie zdziwiony.
Zaskakiwało go naprawdę wiele rzeczy. Ostatnio znacznie więcej niż mógłby chcieć przyznać. Jednakże nie to. Mimo ich ostatnich kontaktów i sposobu, w jaki wtedy zachowywał się Astaroth, Ambroise nadal mu nie ufał. W dalszym ciągu miał go za niebezpiecznego i porywczego. Raczej nie do końca godnego zaufania. Nie tak łatwo ufał ludziom...
...a wampirom? No, tu już zupełnie ni chuja. Nie tak szybko. Być może nie nigdy, choć w ostatnich miesiącach powoli uczył się nigdy nie mówić nigdy. Zawsze mogło się coś wydarzyć, zawsze mogło się coś zmienić. Dotychczasowy los nauczył go, że zazwyczaj na gorsze.
Zaczął już otwierać usta, aby powiedzieć coś jeszcze, gdy uprzedziła go Geraldine. A więc się zaczęło. Roise zdecydowanie wiedział, że cokolwiek teraz mówiła, Cornelius miał spytać o szczegóły. Znacznie więcej szczegółów. Najwidoczniej nie włączyła go w całą sprawę. To jasno wybrzmiało z wyjaśnień, które im teraz wytłuszczała. Im, choć tak naprawdę to głównie Corio. Ambroise kolejny raz odwzajemnił spojrzenie Yaxleyówny, tym razem unosząc brwi i posyłając jej jednoznaczne spojrzenie:
- Nie włączyłaś go, Rina, prawda? Co do chuja? - Wybrzmiało jaśniej niż wypowiedziane na głos.
Sama akcja pozbywania się demona była jednym, ale całkowite wykluczenie Corneliusa z całej sprawy? Odkąd dowiedział się, że ta dwójka w dalszym ciągu miała bardzo bliski i aktywny kontakt, raczej sądził, że Geraldine była szczera z ich wspólnym przyjacielem.
Jasne, on sam też o tym nie rozmawiał. Nie powiedział Corio o planach na ostatni dzień sierpnia, ale tylko dlatego, że raczej spodziewał się go tam spotkać. Gdy na jego miejscu zastał Thomasa, nie pomyślał o tym zbyt wiele. Był zbyt mocno zaaferowany całą sprawą, nawet jeśli tego nie okazywał.
A teraz?
- Co do chuja, Rina, co do chuja? - Na ten moment nie włączał się z informacjami o własnym zaangażowaniu w sprawę, jeszcze nie, ale Geraldine dostatecznie bezceremonialnie go wydała; zamiast tego podjął temat Astarotha. - Może to kwestia krwi? - Zasugerował, starając się myśleć logicznie. - Wyssał jakiegoś ćpuna, wypił skażoną krew, stąd wzięła się paranoja? - Nie znał się na wampirach, ale przecież młodszy Yaxley znał swoją siostrę.
Astaroth powinien wiedzieć, że nie była w stanie go skrzywdzić. To było nie do podważenia.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down