24.01.2025, 15:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.01.2025, 16:28 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Jego uśmiech momentalnie stał się znacznie szerszy, gdy Ambroise wzruszył ramionami. Znała go. Oczywiście, że wiedziała jak to wygląda. Miał ku temu tendencję, która nie zniknęła w przeciągu ostatniego półtora roku. W dalszym ciągu przychodziło mu to niezmiernie naturalnie i odruchowo.
- Bardzo możliwe - odparł całkiem bezbłędnie, jednocześnie kręcąc głową i uderzając językiem o podniebienie. - Poza tym nie chodziło mi o samo tworzenie żywopłotu. Tylko o dobór roślin. Wiesz, co mówią - gdy sąsiedzi to chuje, wtedy sadzi się tuje, tylko dlatego to tak skwitował.
W innym wypadku zdecydowanie zgadzał się ze stworzeniem wokół nich nieprzeziernej osłony przed niepożądanymi oczami. Szczególnie, że jak szybko ustalili - zamierzali używać nie tylko czystej fizycznej siły, lecz także magii. To zaś wymagało szczególnej ostrożności, szczególnie przy mugolskich siedliskach. Nawet takich oddalonych o wiele kilometrów.
- Skoro tak to ujmujesz - odmruknął, wciąż jeszcze stojąc na tyle blisko, by nie umieć darować sobie tego, co kolejny raz przyszło mu niemalże odruchowo.
Klepnął ją w pośladek. Tak po prostu. Zupełnie bez skrępowania, odwzajemniając uśmiech i znaczące spojrzenie, zanim powtórzył to, co zrobiła w lesie. Zanim zaczął odchodzić na dziesięć długich kroków, skłonił się przed nią. Może nie w pas, nie triumfalnie (jeszcze nie), ale zdecydowanie teatralnie. Ostatni raz poprawił związane włosy i uchwyt różdżki, kręcąc głową z cholernie pewnym siebie, odrobinę prowokacyjnym uśmieszkiem.
- Ależ nie zamierzam - mieli to ustalone.
Tym razem odpuścił. Nigdy nie pomyślałby, że to zrobi, ale odpuścił, choć przez długi czas za nic w świecie by go do tego nie namówiła.
Być może to było dosyć skrajne podejście. Możliwe, że nie brał pod uwagę pozytywnych aspektów płynących z możliwości zmierzenia się z Geraldine, ale był tego całkowicie świadomy. Robił to z pełną pewnością, że tak - nie wykorzystywali pełnego potencjału tego, co mogli zaoferować sobie nawzajem w zakresie nauki nowych technik starć siłowych czy magicznych. Ale nie bez powodu.
Była silna, była sprytna i wytrzymała. Nigdy w to nie wątpił. W żadnym momencie ich wspólnej historii nie bagatelizował umiejętności czy naturalnych talentów (wtedy jeszcze jego) dziewczyny. Tyle tylko, że niekoniecznie chciał je testować w praktyce. Miał do tego naprawdę jednorodne, bardzo określone i sztywne podejście.
Całkiem mocno kontrastujące z ich bardziej intymnymi wybrykami. Z pewną dawką szaleństwa w dawaniu ujścia pożądaniu. Z dzikością tego wszystkiego, co potrafili robić, wpadając do domu czy mieszkania, czasami nawet tam nie docierając tak jak wtedy podczas pierwszego z pamiętnych polowań. Z gwałtownością sypialnianych uniesień, jego podrapanymi plecami, śladami na jej udach czy dekolcie.
Mimo to nie miał oporów przeciw ciskaniu zaklęciami w Geraldine - o nie. On po prostu założył, że tego nie zrobi, więc tym samym nie mógł mieć oporów wobec czegoś, czego próby nawet nie podjął, prawda? Bo uparł się, że tego nie zrobi. Koniec. Kropka. Mogli ganiać się po domu, mogli zapominać się cieleśnie, ale sparingi były dla niego zupełnie wykluczone.
To nigdy nie miało związku z tym, że uważał Yaxleyównę za słabą. W żadnym wypadku. Zamiast tego miało zdecydowany związek z nim samym i z jego podejściem do podobnych tematów. Tych, które bądź co bądź podejmował, tyle tylko, że nie z Riną.
Z tym, że nie pozwalał sobie na to, żeby tak łatwo odpuścić, że częściej niż rzadziej dawał z siebie dosłownie wszystko, że czasami potrafiło go ponieść. A przy doświadczeniach nabytych w półświatku oznaczało to tyle, co znaczne prawdopodobieństwo wyrządzenia przypadkowej krzywdy.
Nie raz i nie dwa zdarzyło mu się cisnąć w partnera odrobinę zbyt precyzyjnym zaklęciem. I choć był uzdrowicielem, mogąc niemal natychmiast zareagować na konieczność udzielenia pierwszej pomocy, raczej nie chciał testować swojej medycznej wiedzy na najbliższej mu osobie. Odpuszczać i dawać jej fory, obchodząc się z nią niczym z kryształowym kieliszkiem też nie.
Miała gwarancję, że w tym wypadku nie zamierzał tego robić. Cały czas wpatrując się w ruchy Geraldine, ostatni raz kiwnął głową, po czym...
...skoczył. Bez wahania, nie zastanawiając się ani przez ułamek sekundy. W momencie, w którym dziewczyna machnęła różdżką, jeszcze zanim grunt dobrze zdążył zacząć transformować się w bagno pod jego stopami, Greengrass z cichym odgłosem towarzyszącym teleportacji rozpłynął się w powietrzu. Tylko po to, aby aportować się cztery metry za plecami Yaxleyówny, bez wahania machając różdżką i również nie korzystając z werbalnego wypowiadania zaklęć.
Chciał utrzymać moment zaskoczenia. Element zagubienia, niepewności, co do tego, gdzie się przeniósł i co zamierzał zrobić.
Długie, mocno czepiające się nogawek i butów pędy jeżyn wystrzeliły z ziemi, ciasno oplatając kostki Riny i pnąc się w taki sposób, żeby zatrzymać się w połowie jej łydek.
Unieruchomiona.
Translokacja (I) - skok teleportacją za Geraldine, ucieczka przed bagnem
Kształtowanie (II) - pnącza jeżyn wokół jej kostek
- Bardzo możliwe - odparł całkiem bezbłędnie, jednocześnie kręcąc głową i uderzając językiem o podniebienie. - Poza tym nie chodziło mi o samo tworzenie żywopłotu. Tylko o dobór roślin. Wiesz, co mówią - gdy sąsiedzi to chuje, wtedy sadzi się tuje, tylko dlatego to tak skwitował.
W innym wypadku zdecydowanie zgadzał się ze stworzeniem wokół nich nieprzeziernej osłony przed niepożądanymi oczami. Szczególnie, że jak szybko ustalili - zamierzali używać nie tylko czystej fizycznej siły, lecz także magii. To zaś wymagało szczególnej ostrożności, szczególnie przy mugolskich siedliskach. Nawet takich oddalonych o wiele kilometrów.
- Skoro tak to ujmujesz - odmruknął, wciąż jeszcze stojąc na tyle blisko, by nie umieć darować sobie tego, co kolejny raz przyszło mu niemalże odruchowo.
Klepnął ją w pośladek. Tak po prostu. Zupełnie bez skrępowania, odwzajemniając uśmiech i znaczące spojrzenie, zanim powtórzył to, co zrobiła w lesie. Zanim zaczął odchodzić na dziesięć długich kroków, skłonił się przed nią. Może nie w pas, nie triumfalnie (jeszcze nie), ale zdecydowanie teatralnie. Ostatni raz poprawił związane włosy i uchwyt różdżki, kręcąc głową z cholernie pewnym siebie, odrobinę prowokacyjnym uśmieszkiem.
- Ależ nie zamierzam - mieli to ustalone.
Tym razem odpuścił. Nigdy nie pomyślałby, że to zrobi, ale odpuścił, choć przez długi czas za nic w świecie by go do tego nie namówiła.
Być może to było dosyć skrajne podejście. Możliwe, że nie brał pod uwagę pozytywnych aspektów płynących z możliwości zmierzenia się z Geraldine, ale był tego całkowicie świadomy. Robił to z pełną pewnością, że tak - nie wykorzystywali pełnego potencjału tego, co mogli zaoferować sobie nawzajem w zakresie nauki nowych technik starć siłowych czy magicznych. Ale nie bez powodu.
Była silna, była sprytna i wytrzymała. Nigdy w to nie wątpił. W żadnym momencie ich wspólnej historii nie bagatelizował umiejętności czy naturalnych talentów (wtedy jeszcze jego) dziewczyny. Tyle tylko, że niekoniecznie chciał je testować w praktyce. Miał do tego naprawdę jednorodne, bardzo określone i sztywne podejście.
Całkiem mocno kontrastujące z ich bardziej intymnymi wybrykami. Z pewną dawką szaleństwa w dawaniu ujścia pożądaniu. Z dzikością tego wszystkiego, co potrafili robić, wpadając do domu czy mieszkania, czasami nawet tam nie docierając tak jak wtedy podczas pierwszego z pamiętnych polowań. Z gwałtownością sypialnianych uniesień, jego podrapanymi plecami, śladami na jej udach czy dekolcie.
Mimo to nie miał oporów przeciw ciskaniu zaklęciami w Geraldine - o nie. On po prostu założył, że tego nie zrobi, więc tym samym nie mógł mieć oporów wobec czegoś, czego próby nawet nie podjął, prawda? Bo uparł się, że tego nie zrobi. Koniec. Kropka. Mogli ganiać się po domu, mogli zapominać się cieleśnie, ale sparingi były dla niego zupełnie wykluczone.
To nigdy nie miało związku z tym, że uważał Yaxleyównę za słabą. W żadnym wypadku. Zamiast tego miało zdecydowany związek z nim samym i z jego podejściem do podobnych tematów. Tych, które bądź co bądź podejmował, tyle tylko, że nie z Riną.
Z tym, że nie pozwalał sobie na to, żeby tak łatwo odpuścić, że częściej niż rzadziej dawał z siebie dosłownie wszystko, że czasami potrafiło go ponieść. A przy doświadczeniach nabytych w półświatku oznaczało to tyle, co znaczne prawdopodobieństwo wyrządzenia przypadkowej krzywdy.
Nie raz i nie dwa zdarzyło mu się cisnąć w partnera odrobinę zbyt precyzyjnym zaklęciem. I choć był uzdrowicielem, mogąc niemal natychmiast zareagować na konieczność udzielenia pierwszej pomocy, raczej nie chciał testować swojej medycznej wiedzy na najbliższej mu osobie. Odpuszczać i dawać jej fory, obchodząc się z nią niczym z kryształowym kieliszkiem też nie.
Miała gwarancję, że w tym wypadku nie zamierzał tego robić. Cały czas wpatrując się w ruchy Geraldine, ostatni raz kiwnął głową, po czym...
...skoczył. Bez wahania, nie zastanawiając się ani przez ułamek sekundy. W momencie, w którym dziewczyna machnęła różdżką, jeszcze zanim grunt dobrze zdążył zacząć transformować się w bagno pod jego stopami, Greengrass z cichym odgłosem towarzyszącym teleportacji rozpłynął się w powietrzu. Tylko po to, aby aportować się cztery metry za plecami Yaxleyówny, bez wahania machając różdżką i również nie korzystając z werbalnego wypowiadania zaklęć.
Chciał utrzymać moment zaskoczenia. Element zagubienia, niepewności, co do tego, gdzie się przeniósł i co zamierzał zrobić.
Długie, mocno czepiające się nogawek i butów pędy jeżyn wystrzeliły z ziemi, ciasno oplatając kostki Riny i pnąc się w taki sposób, żeby zatrzymać się w połowie jej łydek.
Unieruchomiona.
Translokacja (I) - skok teleportacją za Geraldine, ucieczka przed bagnem
Rzut O 1d100 - 70
Sukces!
Sukces!
Kształtowanie (II) - pnącza jeżyn wokół jej kostek
Rzut N 1d100 - 99
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down