24.01.2025, 23:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.02.2025, 02:39 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Stwierdzenie, że to było to coś, czego chciał od życia... ...no cóż. Pewnie, gdyby usłyszał z ust Nory podobne stwierdzenie, raczej gorzkawo by się uśmiechnął. Niekoniecznie kiwnąłby głową, prawdopodobnie nawet darowałby sobie jakieś głębsze wyjaśnienia czy wnikanie w istotę tematu, która była skomplikowana. Lekko mówiąc. Nie tylko złożona - to byłoby zbyt proste słowo. Za mało wyraziste i raczej nie pasujące do sedna sprawy.
Tak. To, o czym wspominał zdecydowanie było efektem głębokiej samoświadomości. Znacznie szerszej niż jeszcze kilka lat wstecz. Zdecydowanie był bardziej świadomy własnych ograniczeń niż nawet te nieszczęsne dwa lata temu, gdy wydawało mu się, że może faktycznie nie jest aż takim najgorszym materiałem na męża czy ojca.
Starał się. Temu nie można było zaprzeczyć. Obierając zaskakującą dla siebie ścieżkę życiową, sam nie do końca wiedział, kiedy zaczął angażować się w te wszystkie codzienne rytuały. W bardzo przyziemne sprawy jak pilnowanie tego, by mieli co jeść i spożywali regularne domowe posiłki nie przyrządzone przez skrzata domowego. W uzupełnianie stanu domowej apteczki i zapasów eliksirów. W zajmowanie się kwiatami w domu czy mieszkaniu a potem powolne stworzenie ogrodu w Piaskownicy.
Być może lekko kulał w kwestii napraw, przy których wykonywaniu tak bardzo się upierał, bo była to swego rodzaju kwestia dumy i godności, więc trochę zbyt ambitnie do tego podchodził. Bez tak wyraźnych efektów, jakich mógłby oczekiwać. Szczególnie w domku letnim pod koniec będącym już stałym miejscem pobytu. Budynkiem, z którym mimowolnie wiązał większość wizji przyszłości. Tej, która nie nadeszła i nie miała nadejść.
Mimo to próbował, naprawdę się starał. Tyle tylko, że oto znalazł się w punkcie wyjścia. Powoli nabierając przekonania, którym podzielił się z Norą. Utwierdzając się we wrażeniu, że był w tym wszystkim jakiś głębszy sens, że po prostu nie nadawał się do tego życia, więc tak było...
...chuja, nie lepiej. Było trudno, naprawdę trudno, ale przynajmniej nie spierdolił życia kolejnym pokoleniom. Zniszczył je głównie sobie, bo jego była najwidoczniej bardzo szybko podniosła się po nieoczekiwanym uderzeniu. Korzystając z pomocnego ramienia innego przyjaciela Figgówny. Tego, o którym Greengrass nie chciał rozmawiać z Norą.
Zamiast ponownie odzywać się w kwestii tego zmarnowanego potencjału czy równie nieprzyjemnej kwestii życia ludzi, którzy nie powinni mnożyć się na potęgę, postanowił zmienić temat. Przeskoczyć na coś innego. Na nadzieję? Chyba poniekąd. Jej przebłyski w dalszym ciągu potrafiły przebijać się przez ciężkie burzowe chmury.
Kiwnął głową, unosząc szklaneczkę w milczącym toaście. Za nadzieję, tak? Za to, że dopóki po świecie chodzili tacy ludzie jak jego kompanka, te blade światło nadal świeciło. Zaskoczyłby się, może nawet zatrwożył jak bardzo, gdyby wiedział o przynależności Nory do Zakonu, nawet jeśli nie była tam w aktywnych bojówkach.
Jednakże pozostawał w nieświadomości. Czy błogiej? Niekoniecznie. Prawdę mówiąc od dawna nie czuł zbyt wiele typowej błogości, choć teraz w tym momencie alkohol całkiem błogo i przyjemnie rozpływał mu się po ciele.
Nie był jeszcze ani trochę wstawiony. Prawdę mówiąc, potrzebował dużo więcej, by być, ale zdecydowanie starał się osiągnąć ten stan, co rusz popijając bimber ze szklanki. W tym momencie czuł się już zdecydowanie weselszy, bardziej rozluźniony, być może nawet skory do niewielkich żartów i całkiem przyjemnych słówek.
Doceniał wkład Eleonory w karmienie słodyczami personelu Munga. Tak samo jak podziwiał jej zaciętość w rozwijaniu własnego biznesu, który naprawdę nabrał wiatru w żagle. To było imponujące, szczególnie w jej wieku i z dzieckiem na głowie. Bez wątpienia miała pasję i talent do wszystkiego, co robiła. Bez tego nie zaszłaby tak daleko.
- Aż tak ciężko znaleźć kogoś dobrego do pomocy? Albo do przyuczenia? - Nie wątpił w to, nie kwestionował tego faktu, jedynie pytał z najczystszego rodzaju ciekawości.
Szczególnie, że przecież poniekąd znał kwestię trudności w znalezieniu dobrego współpracownika. Co rusz użerał się w niezbyt światłymi przyszłymi uzdrowicielami albo z innymi ludźmi pracującymi z nim na oddziale. Miał wielu wartościowych kolegów, całkiem sporo godnych zaufania (przynajmniej zawodowego) koleżanek po fachu, ale nie raz i nie dwa spotykał też najprawdziwsze perły. Niekoniecznie w pozytywnym znaczeniu tego słowa.
Jego ręka samoistnie sięgnęła po więcej alkoholu. Tak, to też trzeba było przepić, bowiem z roku na rok stawało się coraz bardziej jasne, że zarówno Hogwart, jak i Mung przepuszczali osoby o naprawdę zaniżonym poziomie wiedzy. Oczekując, że ktoś inny im ją wpoi.
Robili co mogli, on sam naprawdę starał się być wyrozumiały i względnie sympatyczny. Nie wzbudzał lęku, nie grał stresem, ale w prywatnych przestrzeniach często niemal załamywał ręce, sprawdzając oddawane mu prace pisemne. W kontaktach twarzą w twarz podczas zaliczeń albo laboratoriów starając się zachować ze wszech miar właściwie, ale cholera. Tak, mógł zrozumieć problem ze znalezieniem kogoś choćby poprawnego.
- Masz więcej siły niż twierdzisz. Na pewno - odrzekł, patrząc na nią z niepoważnym wyrazem oczu, bo co jak co - tego był raczej całkowicie pewien. - Byłaś gotowa bić napastnika żeliwną patelnią - przypomniał gwoli wyjaśnienia, jednocześnie parskając pod nosem na samo wspomnienie i lekko kręcąc głową znad szklaneczki. - Ale przy Thomasie zdecydowanie wystarczy ci urok osobisty i argument młodszej siostry w potrzebie. Nie da się ukryć, że cię uwielbia - stwierdził, wreszcie ponownie mocząc usta w alkoholu.
Butelka powoli zaczynała zbliżać się do jednej trzeciej zawartości a on nawet tego nie dostrzegał. Może to była alkoholowa ślepota, może kolejny element związany z lekkością prowadzonej rozmowy i wspomnianym czarem Nory, ale było miło. Naprawdę miło. Znacznie milej niż Ambroise mógłby spodziewać się po początku i rozwinięciu tego dnia. Końcówka zapowiadała się naprawdę dobrze.
- Strasznie nielegalne. Bardzo szemrany interes. Można iść za to siedzieć na dożywocie albo od razu trafić do dementorów - odparł gładko, nawet nie mrużąc przy tym oka.
Brzmiał tak poważnie jak tylko mógł, jednakże nie był w stanie zbyt długo utrzymać tej miny. Wręcz przeciwnie, szybko ponownie zadrgały mu kąciki ust, szczególnie, gdy wznieśli kolejny toast...
...a Nora chyba znowu podjęła swój ulubiony temat. Westchnął pobłażliwie.
- To nie tak, że totalnie nienawidzę kotów. Po prostu opieka nad futrzakiem to nie coś, czym chciałbym się zajmować - odpowiedział, gotów rozwinąć temat raz i na zawsze (ta, jasne), wspominając o tych wszystkich dyżurach i tak dalej. No nie. Koty to nie była jego bajka. Nawet nie zamierzał poświęcać temu zbyt wiele czasu.
Tak. To, o czym wspominał zdecydowanie było efektem głębokiej samoświadomości. Znacznie szerszej niż jeszcze kilka lat wstecz. Zdecydowanie był bardziej świadomy własnych ograniczeń niż nawet te nieszczęsne dwa lata temu, gdy wydawało mu się, że może faktycznie nie jest aż takim najgorszym materiałem na męża czy ojca.
Starał się. Temu nie można było zaprzeczyć. Obierając zaskakującą dla siebie ścieżkę życiową, sam nie do końca wiedział, kiedy zaczął angażować się w te wszystkie codzienne rytuały. W bardzo przyziemne sprawy jak pilnowanie tego, by mieli co jeść i spożywali regularne domowe posiłki nie przyrządzone przez skrzata domowego. W uzupełnianie stanu domowej apteczki i zapasów eliksirów. W zajmowanie się kwiatami w domu czy mieszkaniu a potem powolne stworzenie ogrodu w Piaskownicy.
Być może lekko kulał w kwestii napraw, przy których wykonywaniu tak bardzo się upierał, bo była to swego rodzaju kwestia dumy i godności, więc trochę zbyt ambitnie do tego podchodził. Bez tak wyraźnych efektów, jakich mógłby oczekiwać. Szczególnie w domku letnim pod koniec będącym już stałym miejscem pobytu. Budynkiem, z którym mimowolnie wiązał większość wizji przyszłości. Tej, która nie nadeszła i nie miała nadejść.
Mimo to próbował, naprawdę się starał. Tyle tylko, że oto znalazł się w punkcie wyjścia. Powoli nabierając przekonania, którym podzielił się z Norą. Utwierdzając się we wrażeniu, że był w tym wszystkim jakiś głębszy sens, że po prostu nie nadawał się do tego życia, więc tak było...
...chuja, nie lepiej. Było trudno, naprawdę trudno, ale przynajmniej nie spierdolił życia kolejnym pokoleniom. Zniszczył je głównie sobie, bo jego była najwidoczniej bardzo szybko podniosła się po nieoczekiwanym uderzeniu. Korzystając z pomocnego ramienia innego przyjaciela Figgówny. Tego, o którym Greengrass nie chciał rozmawiać z Norą.
Zamiast ponownie odzywać się w kwestii tego zmarnowanego potencjału czy równie nieprzyjemnej kwestii życia ludzi, którzy nie powinni mnożyć się na potęgę, postanowił zmienić temat. Przeskoczyć na coś innego. Na nadzieję? Chyba poniekąd. Jej przebłyski w dalszym ciągu potrafiły przebijać się przez ciężkie burzowe chmury.
Kiwnął głową, unosząc szklaneczkę w milczącym toaście. Za nadzieję, tak? Za to, że dopóki po świecie chodzili tacy ludzie jak jego kompanka, te blade światło nadal świeciło. Zaskoczyłby się, może nawet zatrwożył jak bardzo, gdyby wiedział o przynależności Nory do Zakonu, nawet jeśli nie była tam w aktywnych bojówkach.
Jednakże pozostawał w nieświadomości. Czy błogiej? Niekoniecznie. Prawdę mówiąc od dawna nie czuł zbyt wiele typowej błogości, choć teraz w tym momencie alkohol całkiem błogo i przyjemnie rozpływał mu się po ciele.
Nie był jeszcze ani trochę wstawiony. Prawdę mówiąc, potrzebował dużo więcej, by być, ale zdecydowanie starał się osiągnąć ten stan, co rusz popijając bimber ze szklanki. W tym momencie czuł się już zdecydowanie weselszy, bardziej rozluźniony, być może nawet skory do niewielkich żartów i całkiem przyjemnych słówek.
Doceniał wkład Eleonory w karmienie słodyczami personelu Munga. Tak samo jak podziwiał jej zaciętość w rozwijaniu własnego biznesu, który naprawdę nabrał wiatru w żagle. To było imponujące, szczególnie w jej wieku i z dzieckiem na głowie. Bez wątpienia miała pasję i talent do wszystkiego, co robiła. Bez tego nie zaszłaby tak daleko.
- Aż tak ciężko znaleźć kogoś dobrego do pomocy? Albo do przyuczenia? - Nie wątpił w to, nie kwestionował tego faktu, jedynie pytał z najczystszego rodzaju ciekawości.
Szczególnie, że przecież poniekąd znał kwestię trudności w znalezieniu dobrego współpracownika. Co rusz użerał się w niezbyt światłymi przyszłymi uzdrowicielami albo z innymi ludźmi pracującymi z nim na oddziale. Miał wielu wartościowych kolegów, całkiem sporo godnych zaufania (przynajmniej zawodowego) koleżanek po fachu, ale nie raz i nie dwa spotykał też najprawdziwsze perły. Niekoniecznie w pozytywnym znaczeniu tego słowa.
Jego ręka samoistnie sięgnęła po więcej alkoholu. Tak, to też trzeba było przepić, bowiem z roku na rok stawało się coraz bardziej jasne, że zarówno Hogwart, jak i Mung przepuszczali osoby o naprawdę zaniżonym poziomie wiedzy. Oczekując, że ktoś inny im ją wpoi.
Robili co mogli, on sam naprawdę starał się być wyrozumiały i względnie sympatyczny. Nie wzbudzał lęku, nie grał stresem, ale w prywatnych przestrzeniach często niemal załamywał ręce, sprawdzając oddawane mu prace pisemne. W kontaktach twarzą w twarz podczas zaliczeń albo laboratoriów starając się zachować ze wszech miar właściwie, ale cholera. Tak, mógł zrozumieć problem ze znalezieniem kogoś choćby poprawnego.
- Masz więcej siły niż twierdzisz. Na pewno - odrzekł, patrząc na nią z niepoważnym wyrazem oczu, bo co jak co - tego był raczej całkowicie pewien. - Byłaś gotowa bić napastnika żeliwną patelnią - przypomniał gwoli wyjaśnienia, jednocześnie parskając pod nosem na samo wspomnienie i lekko kręcąc głową znad szklaneczki. - Ale przy Thomasie zdecydowanie wystarczy ci urok osobisty i argument młodszej siostry w potrzebie. Nie da się ukryć, że cię uwielbia - stwierdził, wreszcie ponownie mocząc usta w alkoholu.
Butelka powoli zaczynała zbliżać się do jednej trzeciej zawartości a on nawet tego nie dostrzegał. Może to była alkoholowa ślepota, może kolejny element związany z lekkością prowadzonej rozmowy i wspomnianym czarem Nory, ale było miło. Naprawdę miło. Znacznie milej niż Ambroise mógłby spodziewać się po początku i rozwinięciu tego dnia. Końcówka zapowiadała się naprawdę dobrze.
- Strasznie nielegalne. Bardzo szemrany interes. Można iść za to siedzieć na dożywocie albo od razu trafić do dementorów - odparł gładko, nawet nie mrużąc przy tym oka.
Brzmiał tak poważnie jak tylko mógł, jednakże nie był w stanie zbyt długo utrzymać tej miny. Wręcz przeciwnie, szybko ponownie zadrgały mu kąciki ust, szczególnie, gdy wznieśli kolejny toast...
...a Nora chyba znowu podjęła swój ulubiony temat. Westchnął pobłażliwie.
- To nie tak, że totalnie nienawidzę kotów. Po prostu opieka nad futrzakiem to nie coś, czym chciałbym się zajmować - odpowiedział, gotów rozwinąć temat raz i na zawsze (ta, jasne), wspominając o tych wszystkich dyżurach i tak dalej. No nie. Koty to nie była jego bajka. Nawet nie zamierzał poświęcać temu zbyt wiele czasu.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down