24.01.2025, 23:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.01.2025, 00:34 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Kwestionowałby słowa Yaxleyówny. Nie te o nauce, na które odpowiedział naturalnym wzruszeniem ramionami i kiwnięciem głową. Te drugie o tym, że to było dobre, że nie zamierzał się powstrzymywać. Bowiem, gdy chodziło o tę pierwszą kwestię, sam też w istocie uważał, że nie należy osiadać na laurach. Nie można było być nazbyt wyedukowanym, na tej samej zasadzie, wedle której nie można było być zbyt dobrze ubranym.
Regularnie hołdował obu tym stwierdzeniom, więc gdy wreszcie zdecydowali się stanąć do starcia, Ambroise ani myślał dawać jej fory. Przedtem, rzecz jasna, pozbywając się większości wierzchnich okryć, żeby nie ugotować się pod wpływem ruchu i prażącego słońca. Mieli samo południe, nie mogło być cieplej.
Mimo to wiedział, że wygląda dobrze. Nawet w samym dosyć opiętym szarozielonym t-shirtcie i z włosami niedbale związanymi w koczek z tyłu głowy, posłał Geraldine szeroki, zawadiacki uśmiech, gdy otwarcie klepnął ją w tyłek (łamiąc tym samym kolejną regułę: ten nowy dystans między nimi).
Zaraz odsuwając się od dziewczyny tylko po to, aby zająć się pojedynkiem. Nie czekał zbyt długo. Nie wahał się przed reakcją. Zdecydowanie nie zamierzał być miękki w tym, co robił. Jeżyny były na to wręcz doskonałym dowodem.
Nawet jeśli zdawał sobie sprawę z butów założonych przez Rinę i jej długich nogawek, czy w innym wypadku zawahałby się przed wykorzystaniem tego samego ruchu? Niekoniecznie. Po prostu to zrobił. Tak samo jak odruchowo zareagował na jej machnięcie różdżką. Dobra była. Cholernie dobra, ale przecież się tego spodziewał. Nie zamierzał pozostać bierny.
Spróbował złapać równowagę w miejscu, nie zamierzając pozwolić sobie na to, aby tak po prostu wpaść na głaz za nim. Ten sam, na którym wcześniej zawiesił płaszcz i rzucił koszulę, więc o ile z pewnością nie obiłby sobie ciała o ostrą, chropowatą powierzchnię, o tyle zetknięcie z twardym kamieniem z pewnością nie miało być miłe. Szczególnie, że już wczoraj nieco obił sobie kość ogonową.
Reakcja była niemalże instynktowna. Zwłaszcza, że Geraldine w dalszym ciągu była splątana jeżynami, więc nie mogła tak po prostu się ku niemu obrócić i zacząć ciskać w niego zaklęciami. Nawet ona nie była tak giętka i zwinna, aby zacząć wyginać się w tył niczym kobra. Musiała rzucać czarami niemalże na ślepo.
Albo pozbyć się pędów, co też z pewnością zamierzała zrobić. Tyle tylko, że wpierw postanowiła zaatakować go polem siłowym mającym zwalić go z nóg. Być może nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że miał za sobą coś, na co mógł zarówno wpaść zupełnie bez kontroli jak i wykorzystać to na swoją korzyść.
Instynktownie machnął różdżką, próbując wykształtować za sobą coś na kształt podpory z mchu i pobliskich brzozowych gałęzi, od której mógłby odepchnąć się i ponownie skoczyć przy pomocy teleportacji. Lubił tę technikę. Choć nie był w żadnym stopniu mocny z zakresu translokacji, w ostatnim czasie podejmował coraz więcej prób zmiany tego niedociągnięcia. Odruchowo chciał stać się niemalże niedosięgalny przez jej potencjalne rzucane na oślep czary. Przynajmniej jeszcze na kilka chwil, rysując w swojej głowie plan kolejnych posunięć.
Jeżeli nie powiodło mu się wykształtowanie bardziej miękkiej i bliższej ściany między nim a głazem, w dalszym ciągu mocno odepchnął się rękami od powierzchni, prawdopodobnie brudząc albo nawet rwąc zawieszony tam ciemnozielony prochowiec i wciąż usiłując skoczyć obok Riny. Jeszcze nie atakował po raz kolejny, wpierw usiłował ją rozproszyć, zbić z tropu, dopiero wtedy osaczając dziewczynę.
Ksztaltowanie (II) - podpora z mchu i gałęzi
Translokacja (I) - kolejny skok - tym razem w prawo w równej linii z Geraldine; w zależności od wyniku kształtowania: albo po podparciu się na roślinach, albo już w momencie odbicia się rękami od głazu za nim i stanięcia na nogach
Regularnie hołdował obu tym stwierdzeniom, więc gdy wreszcie zdecydowali się stanąć do starcia, Ambroise ani myślał dawać jej fory. Przedtem, rzecz jasna, pozbywając się większości wierzchnich okryć, żeby nie ugotować się pod wpływem ruchu i prażącego słońca. Mieli samo południe, nie mogło być cieplej.
Mimo to wiedział, że wygląda dobrze. Nawet w samym dosyć opiętym szarozielonym t-shirtcie i z włosami niedbale związanymi w koczek z tyłu głowy, posłał Geraldine szeroki, zawadiacki uśmiech, gdy otwarcie klepnął ją w tyłek (łamiąc tym samym kolejną regułę: ten nowy dystans między nimi).
Zaraz odsuwając się od dziewczyny tylko po to, aby zająć się pojedynkiem. Nie czekał zbyt długo. Nie wahał się przed reakcją. Zdecydowanie nie zamierzał być miękki w tym, co robił. Jeżyny były na to wręcz doskonałym dowodem.
Nawet jeśli zdawał sobie sprawę z butów założonych przez Rinę i jej długich nogawek, czy w innym wypadku zawahałby się przed wykorzystaniem tego samego ruchu? Niekoniecznie. Po prostu to zrobił. Tak samo jak odruchowo zareagował na jej machnięcie różdżką. Dobra była. Cholernie dobra, ale przecież się tego spodziewał. Nie zamierzał pozostać bierny.
Spróbował złapać równowagę w miejscu, nie zamierzając pozwolić sobie na to, aby tak po prostu wpaść na głaz za nim. Ten sam, na którym wcześniej zawiesił płaszcz i rzucił koszulę, więc o ile z pewnością nie obiłby sobie ciała o ostrą, chropowatą powierzchnię, o tyle zetknięcie z twardym kamieniem z pewnością nie miało być miłe. Szczególnie, że już wczoraj nieco obił sobie kość ogonową.
Reakcja była niemalże instynktowna. Zwłaszcza, że Geraldine w dalszym ciągu była splątana jeżynami, więc nie mogła tak po prostu się ku niemu obrócić i zacząć ciskać w niego zaklęciami. Nawet ona nie była tak giętka i zwinna, aby zacząć wyginać się w tył niczym kobra. Musiała rzucać czarami niemalże na ślepo.
Albo pozbyć się pędów, co też z pewnością zamierzała zrobić. Tyle tylko, że wpierw postanowiła zaatakować go polem siłowym mającym zwalić go z nóg. Być może nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że miał za sobą coś, na co mógł zarówno wpaść zupełnie bez kontroli jak i wykorzystać to na swoją korzyść.
Instynktownie machnął różdżką, próbując wykształtować za sobą coś na kształt podpory z mchu i pobliskich brzozowych gałęzi, od której mógłby odepchnąć się i ponownie skoczyć przy pomocy teleportacji. Lubił tę technikę. Choć nie był w żadnym stopniu mocny z zakresu translokacji, w ostatnim czasie podejmował coraz więcej prób zmiany tego niedociągnięcia. Odruchowo chciał stać się niemalże niedosięgalny przez jej potencjalne rzucane na oślep czary. Przynajmniej jeszcze na kilka chwil, rysując w swojej głowie plan kolejnych posunięć.
Jeżeli nie powiodło mu się wykształtowanie bardziej miękkiej i bliższej ściany między nim a głazem, w dalszym ciągu mocno odepchnął się rękami od powierzchni, prawdopodobnie brudząc albo nawet rwąc zawieszony tam ciemnozielony prochowiec i wciąż usiłując skoczyć obok Riny. Jeszcze nie atakował po raz kolejny, wpierw usiłował ją rozproszyć, zbić z tropu, dopiero wtedy osaczając dziewczynę.
Ksztaltowanie (II) - podpora z mchu i gałęzi
Rzut N 1d100 - 35
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Translokacja (I) - kolejny skok - tym razem w prawo w równej linii z Geraldine; w zależności od wyniku kształtowania: albo po podparciu się na roślinach, albo już w momencie odbicia się rękami od głazu za nim i stanięcia na nogach
Rzut O 1d100 - 34
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down