25.01.2025, 01:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.01.2025, 01:33 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada niestety nie miało przełożenia na rzeczywistość.
Otóż nie tym razem, choć naprawdę starał się pokazać dziewczynie trafność tego jakże uroczego powiedzonka. Niemalże tak pasującego do ich obecnej sytuacji, że gdyby tylko Ambroise chociaż trochę bardziej zastanawiał się nad swoimi posunięciami, byłby naprawdę zawiedziony niepowodzeniem. Cóż za nieoceniona strata potencjału sytuacyjnego.
Choć jednak nie działał całkowicie bezmyślnie, próbując na bieżąco tworzyć jakiś plan obieranej techniki walki (albo raczej: techniki zwycięstwa) w istocie nie miał zbyt wiele czasu na rozważanie tak błahych spraw jak nieziszczony komizm. Nie przeznaczał ani jednej zbędnej sekundy na roztrząsanie nieudanych zaklęć, odruchowo wchodząc dokładnie w ten tryb, którego oczekiwała od niego dziewczyna.
Nie cackał się z nią. Nie zamierzał mieć jakichkolwiek oporów przed tym, aby osaczyć Geraldine w jak najbardziej wyrachowany sposób. Zapędzić ją w kozi róg w pierwszej chwili, w której zobaczyłby ku temu nawet odrobinę adekwatną sytuację.
Oportunista, tak? Sam jej o tym wielokrotnie mówił. Znajdował okazję, zazwyczaj bardzo przelotnie i nieco po macoszemu traktując kwestię skorzystania z niej. Zwłaszcza teraz przez ostatnie półtora roku, gdy tak naprawdę częściej niż rzadziej przestawał się przy tym pilnować, bo w gruncie rzeczy nie musiał.
Nic nie musiał. Nic ani nikt nie czekał na niego w domu, zwłaszcza tym w Londynie, gdzie przez ostatnie tygodnie (po tym, co zaczęło dziać się z mruczkami z Doliny) co prawda urzędował jego nowoadoptowany kot, ale ten zdecydowanie miał dać sobie radę. Kiciuch wzbudzał na tyle pozytywne odczucia, że zaskarbił sobie opiekę sąsiadki, do której przełaził przez balkon po dachu. Ambroise nie mógł nic z tym zrobić, nie zamierzając zamykać zwierzęcia w dusznawym mieszkaniu i nie otwierać drzwi czy okien, szczególnie latem. Zamiast tego zrobił kotu niewielkie ukryte drzwiczki w drzwiach prowadzących na balkon i uznał to za zamkniętą sprawę.
Tak. Kot miał sobie poradzić a on? On też w ostatnim czasie zdawałoby się, że spadał na cztery łapy. I to całe szczęście nie do dołów wytworzonych w ziemi pod nim. Tej, w której chyba lubowała się jego luba, bowiem był to już drugi raz, kiedy chciała go w nią posłać.
Odskakując zdążył jeszcze rzucić jej jednoznacznie pełne dezaprobaty spojrzenie.
- Serio? - Parsknął z wręcz jawnie pozbawioną powagi pretensją, co prawda nie wiedząc, czy wyłapała ironię własnych posunięć, ale nie mógł się przed tym powstrzymać.
Wrócili do punktu wyjścia. Żadne z nich nie pchało się do piachu. To było pocieszające, nie? Trochę na pewno.
Przynajmniej do momentu, w którym Geraldine ponownie zaatakowała. Kolejny raz tym jebanym piachem, w którym zdecydowanie usiłowała go uwięzić a z którego to starał się przeskoczyć, teleportując się za nią. Zarówno z trzęsawiska, jak i z tej przeklętej klatki, którą zaczęła wokół niego kształtować.
No kurwa mać (zdecydowanie miał prawo tak mówić) - całkiem bezskutecznie, bo gdy tylko spróbował wykonać ruch, jego nogi momentalnie zapadły się w piachu. Zemlął przekleństwo w ustach, już się nie uśmiechał, zaciskając zęby i mrużąc oczy. Spróbował machnąć różdżką, aby chociaż przywiać Rinę do siebie...
...bezskutecznie. Łajza twardo stała na nogach.
Był w potrzasku, przynajmniej na chwilę, bo zdecydowanie nie zamierzał uznawać tej walki. Ani bardziej się ruszać, by nie zapaść się zbyt głęboko w piachu. Myślał. Pojedynek trwał. Przynajmniej dla niego, bo przecież wychodził z gorszych sytuacji.
Translokacja (I) - teleportacja za plecy Geraldine poza granice trzęsawiska i klatki.
Kształtowanie (II) - niezależnie od wyniku, siła pchająca dziewczynę do przodu w trzęsawisko albo blisko niego i w trzęsawisko, niech sobie posiedzą razem.
Otóż nie tym razem, choć naprawdę starał się pokazać dziewczynie trafność tego jakże uroczego powiedzonka. Niemalże tak pasującego do ich obecnej sytuacji, że gdyby tylko Ambroise chociaż trochę bardziej zastanawiał się nad swoimi posunięciami, byłby naprawdę zawiedziony niepowodzeniem. Cóż za nieoceniona strata potencjału sytuacyjnego.
Choć jednak nie działał całkowicie bezmyślnie, próbując na bieżąco tworzyć jakiś plan obieranej techniki walki (albo raczej: techniki zwycięstwa) w istocie nie miał zbyt wiele czasu na rozważanie tak błahych spraw jak nieziszczony komizm. Nie przeznaczał ani jednej zbędnej sekundy na roztrząsanie nieudanych zaklęć, odruchowo wchodząc dokładnie w ten tryb, którego oczekiwała od niego dziewczyna.
Nie cackał się z nią. Nie zamierzał mieć jakichkolwiek oporów przed tym, aby osaczyć Geraldine w jak najbardziej wyrachowany sposób. Zapędzić ją w kozi róg w pierwszej chwili, w której zobaczyłby ku temu nawet odrobinę adekwatną sytuację.
Oportunista, tak? Sam jej o tym wielokrotnie mówił. Znajdował okazję, zazwyczaj bardzo przelotnie i nieco po macoszemu traktując kwestię skorzystania z niej. Zwłaszcza teraz przez ostatnie półtora roku, gdy tak naprawdę częściej niż rzadziej przestawał się przy tym pilnować, bo w gruncie rzeczy nie musiał.
Nic nie musiał. Nic ani nikt nie czekał na niego w domu, zwłaszcza tym w Londynie, gdzie przez ostatnie tygodnie (po tym, co zaczęło dziać się z mruczkami z Doliny) co prawda urzędował jego nowoadoptowany kot, ale ten zdecydowanie miał dać sobie radę. Kiciuch wzbudzał na tyle pozytywne odczucia, że zaskarbił sobie opiekę sąsiadki, do której przełaził przez balkon po dachu. Ambroise nie mógł nic z tym zrobić, nie zamierzając zamykać zwierzęcia w dusznawym mieszkaniu i nie otwierać drzwi czy okien, szczególnie latem. Zamiast tego zrobił kotu niewielkie ukryte drzwiczki w drzwiach prowadzących na balkon i uznał to za zamkniętą sprawę.
Tak. Kot miał sobie poradzić a on? On też w ostatnim czasie zdawałoby się, że spadał na cztery łapy. I to całe szczęście nie do dołów wytworzonych w ziemi pod nim. Tej, w której chyba lubowała się jego luba, bowiem był to już drugi raz, kiedy chciała go w nią posłać.
Odskakując zdążył jeszcze rzucić jej jednoznacznie pełne dezaprobaty spojrzenie.
- Serio? - Parsknął z wręcz jawnie pozbawioną powagi pretensją, co prawda nie wiedząc, czy wyłapała ironię własnych posunięć, ale nie mógł się przed tym powstrzymać.
Wrócili do punktu wyjścia. Żadne z nich nie pchało się do piachu. To było pocieszające, nie? Trochę na pewno.
Przynajmniej do momentu, w którym Geraldine ponownie zaatakowała. Kolejny raz tym jebanym piachem, w którym zdecydowanie usiłowała go uwięzić a z którego to starał się przeskoczyć, teleportując się za nią. Zarówno z trzęsawiska, jak i z tej przeklętej klatki, którą zaczęła wokół niego kształtować.
No kurwa mać (zdecydowanie miał prawo tak mówić) - całkiem bezskutecznie, bo gdy tylko spróbował wykonać ruch, jego nogi momentalnie zapadły się w piachu. Zemlął przekleństwo w ustach, już się nie uśmiechał, zaciskając zęby i mrużąc oczy. Spróbował machnąć różdżką, aby chociaż przywiać Rinę do siebie...
...bezskutecznie. Łajza twardo stała na nogach.
Był w potrzasku, przynajmniej na chwilę, bo zdecydowanie nie zamierzał uznawać tej walki. Ani bardziej się ruszać, by nie zapaść się zbyt głęboko w piachu. Myślał. Pojedynek trwał. Przynajmniej dla niego, bo przecież wychodził z gorszych sytuacji.
Translokacja (I) - teleportacja za plecy Geraldine poza granice trzęsawiska i klatki.
Rzut O 1d100 - 27
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Kształtowanie (II) - niezależnie od wyniku, siła pchająca dziewczynę do przodu w trzęsawisko albo blisko niego i w trzęsawisko, niech sobie posiedzą razem.
Rzut N 1d100 - 36
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down