25.01.2025, 02:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.01.2025, 02:19 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
W porządku...
...abstrahując od tego, że nic kurwa nie było w porządku i Ambroise już aż nazbyt dobrze widział triumf na twarzy Geraldine (i to nawet bez patrzenia na dziewczynę!, nawet jeśli zdecydowanie na nią spoglądał, posyłając jej pociemniałe spojrzenie) w tym momencie zaczynało go to wszystko naprawdę solidnie drażnić.
Nie lubił przegrywać. Powinien wziąć pod uwagę, że to zdecydowanie nie był jego dzień. Wpierw tamte dwa nieszczęsne patronusy, które za nic nie chciały pojawić się na polanie, teraz kolejne niepowodzenia. Próbował umknąć z transmutowanego pod nim gruntu zanim całkowicie się w nim zapadnie, jednak bez skutku. Jego ciężkie ciało wyłącznie bardziej zapadło się w ziemię. Usiłował gwałtownym podmuchem przepchnąć Rinę ku jej własnemu wytworowi - również na nic. Bezskutecznie.
Łajza zdecydowanie zbyt stabilnie stała na ziemi, ani na chwilę nie przestając roztaczać wokół siebie atmosfery triumfu. Gdyby to od niego zależało, zdecydowanie powiedziałby jej, że chuja mogła, nie triumfować, bo jeszcze się przecież nie poddał.
Ale milczał. Świadomie wybierał, by nie dawać jej tego, czego od niego oczekiwała. Wiedział, że spodziewała się, że zacznie dziamdziać, że gwałtownymi ruchami jeszcze bardziej zagłębi się w grunt, ale on... ...on tylko pokazał jej język. Jakże dojrzałe zachowanie, czyż nie?
W istocie teraz nareszcie miał okazję, by pomyśleć. Utykając w niestabilnym gruncie, dodatkowo otoczony cholerną metalową klatką, nie miał zbyt wielu opcji. Przynajmniej jeszcze nie przychodziły mu do głowy. A musiały. Zdecydowanie musiały, bo nie zamierzał przegrać drugi raz w przeciągu dwóch dni.
No, dobrze. Skoro nie był w stanie pchnąć jej ku sobie i swojemu bagienku przepraszam trzęsawisku (przestrzeni przejściowej między bagnem a jeziorem! oczywiście, że nie mogła po prostu pokusić się o standardowe bagno) zamierzał spróbować rozszerzyć je ze swojej pozycji. Niezmiernie mocno dbając o to, aby nie ruszyć przy tym nawet najmniejszym mięśniem nogi. Ani niczego, co mogłoby go głębiej pogrążyć w gruncie.
Całe szczęście w dalszym ciągu mógł poruszać dosłownie każdym mięśniem twarzy, zdecydowanie korzystając z tej możliwości. Zaciskał wargi, niemalże zgrzytając przy tym zębami i mrużąc zielone oczy - w tym momencie zdecydowanie ciskające gromami w stronę Yaxleyówny i jej triumfalnej postawy. Myślał, naprawdę intensywnie myślał nad swoimi opcjami, bo przecież nie miał nawet najmniejszego zamiaru poddać jej tego starcia. Prędzej zamierzał dać się pogrążyć ziemi pod nim niż w walce, nawet wyłącznie towarzyskiej.
Nie odzywał się. Tego też nie planował robić, dopóki nie odzyska stabilnego gruntu pod nogami.
Uniósł różdżkę, kolejny raz unikając wypowiadania zaklęcia, aby nie wydać swoich planów. Zamierzał dać im obojgu szansę potaplania się w bagnie przepraszam trzęsawisku, w pierwszej chwili próbując zaskoczyć Geraldine swoimi niezbyt wybitnymi zdolnościami transmutacji (nad tym też zdecydowanie musiał popracować). W kolejnej dostrzegając lecące ku niemu pęta, wyczarowując niewielki strumień ognia bijący z różdżki w kierunku więzów, zamierzając spopielić je zanim go oplotą.
Nie miał zamiaru skończyć jako ofiara, do której Geraldine faktycznie strzeli z kuszy. Nawet tylko na pokaz. Tak, wiedział, że by to zrobiła. Razem z jabłkiem na głowie i całą resztą cyrkowej otoczki.
Transmutacja (I) - rozszerzenie trzęsawiska pod Geraldine
Kształtowanie (II) - płomień wycelowany w sznury zanim go dojadą
...abstrahując od tego, że nic kurwa nie było w porządku i Ambroise już aż nazbyt dobrze widział triumf na twarzy Geraldine (i to nawet bez patrzenia na dziewczynę!, nawet jeśli zdecydowanie na nią spoglądał, posyłając jej pociemniałe spojrzenie) w tym momencie zaczynało go to wszystko naprawdę solidnie drażnić.
Nie lubił przegrywać. Powinien wziąć pod uwagę, że to zdecydowanie nie był jego dzień. Wpierw tamte dwa nieszczęsne patronusy, które za nic nie chciały pojawić się na polanie, teraz kolejne niepowodzenia. Próbował umknąć z transmutowanego pod nim gruntu zanim całkowicie się w nim zapadnie, jednak bez skutku. Jego ciężkie ciało wyłącznie bardziej zapadło się w ziemię. Usiłował gwałtownym podmuchem przepchnąć Rinę ku jej własnemu wytworowi - również na nic. Bezskutecznie.
Łajza zdecydowanie zbyt stabilnie stała na ziemi, ani na chwilę nie przestając roztaczać wokół siebie atmosfery triumfu. Gdyby to od niego zależało, zdecydowanie powiedziałby jej, że chuja mogła, nie triumfować, bo jeszcze się przecież nie poddał.
Ale milczał. Świadomie wybierał, by nie dawać jej tego, czego od niego oczekiwała. Wiedział, że spodziewała się, że zacznie dziamdziać, że gwałtownymi ruchami jeszcze bardziej zagłębi się w grunt, ale on... ...on tylko pokazał jej język. Jakże dojrzałe zachowanie, czyż nie?
W istocie teraz nareszcie miał okazję, by pomyśleć. Utykając w niestabilnym gruncie, dodatkowo otoczony cholerną metalową klatką, nie miał zbyt wielu opcji. Przynajmniej jeszcze nie przychodziły mu do głowy. A musiały. Zdecydowanie musiały, bo nie zamierzał przegrać drugi raz w przeciągu dwóch dni.
No, dobrze. Skoro nie był w stanie pchnąć jej ku sobie i swojemu bagienku przepraszam trzęsawisku (przestrzeni przejściowej między bagnem a jeziorem! oczywiście, że nie mogła po prostu pokusić się o standardowe bagno) zamierzał spróbować rozszerzyć je ze swojej pozycji. Niezmiernie mocno dbając o to, aby nie ruszyć przy tym nawet najmniejszym mięśniem nogi. Ani niczego, co mogłoby go głębiej pogrążyć w gruncie.
Całe szczęście w dalszym ciągu mógł poruszać dosłownie każdym mięśniem twarzy, zdecydowanie korzystając z tej możliwości. Zaciskał wargi, niemalże zgrzytając przy tym zębami i mrużąc zielone oczy - w tym momencie zdecydowanie ciskające gromami w stronę Yaxleyówny i jej triumfalnej postawy. Myślał, naprawdę intensywnie myślał nad swoimi opcjami, bo przecież nie miał nawet najmniejszego zamiaru poddać jej tego starcia. Prędzej zamierzał dać się pogrążyć ziemi pod nim niż w walce, nawet wyłącznie towarzyskiej.
Nie odzywał się. Tego też nie planował robić, dopóki nie odzyska stabilnego gruntu pod nogami.
Uniósł różdżkę, kolejny raz unikając wypowiadania zaklęcia, aby nie wydać swoich planów. Zamierzał dać im obojgu szansę potaplania się w bagnie przepraszam trzęsawisku, w pierwszej chwili próbując zaskoczyć Geraldine swoimi niezbyt wybitnymi zdolnościami transmutacji (nad tym też zdecydowanie musiał popracować). W kolejnej dostrzegając lecące ku niemu pęta, wyczarowując niewielki strumień ognia bijący z różdżki w kierunku więzów, zamierzając spopielić je zanim go oplotą.
Nie miał zamiaru skończyć jako ofiara, do której Geraldine faktycznie strzeli z kuszy. Nawet tylko na pokaz. Tak, wiedział, że by to zrobiła. Razem z jabłkiem na głowie i całą resztą cyrkowej otoczki.
Transmutacja (I) - rozszerzenie trzęsawiska pod Geraldine
Rzut O 1d100 - 68
Sukces!
Sukces!
Kształtowanie (II) - płomień wycelowany w sznury zanim go dojadą
Rzut N 1d100 - 31
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down